fot. fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

Mosińskie polowanie na czarownice

Kilkuset aresztowanych i maltretowanych w piwnicach gmachu gestapo. Co najmniej 60 osób straconych. Taką cenę zapłaciła w 1943 roku niewielka Mosina za trucicielską obsesję szefa miejscowych żandarmów.

Wszystko zaczęło się od nagłej śmierci niemieckiego burmistrza Moschin (niemiecka nazwa Mosiny w czasach okupacji). Otto Högy, Niemiec pochodzenia węgierskiego, ponoć pozytywnie nastawiony do Polaków, zmarł niespodziewanie 7 października 1942 roku w wieku 42 lat – na skutek dolegliwości w jamie brzusznej. Włodarz poczuł się źle po rozegranym 4 października meczu piłki nożnej w Mosinie. Zmarł po przewiezieniu do szpitala miejskiego w Poznaniu. Sekcja zwłok wykazała niedrożność jelit i skręt kiszek.

Sprawa z miejsca stała się podejrzana dla funkcjonariuszy poznańskiego gestapo, którzy pół roku wcześniej – wiosną 1942 roku – zaaresztowali w Poznaniu niemal wszystkich członków konspiracyjnego Związku Odwetu, organizacji sabotażowo-dywersyjnej kojarzonej z doktorem Franciszkiem Witaszkiem.

W mieszkaniach zatrzymanych gestapowcy odkryli urządzenia laboratoryjne oraz fiolki z bakteriami duru i wąglika.

 

W śledztwie członkom organizacji – okrutnie bitym i maltretowanym – postawiono zarzut przyczynienia się do zgładzenia pięciu oficerów Abwehry w poznańskiej Café Sim. W odwecie 8 stycznia 1943 roku w Forcie VII powieszono 30 konspiratorów Związku Odwetu.

Wiele wskazuje na to, że za szeroko zakrojoną akcją represyjną w Mosinie stał Hermann Beukenbusch, szef tamtejszego posterunku żandarmerii. To on zaalarmował poznańskie gestapo, że również w Mosinie może działać tajna organizacja dywersyjna.

 

ZBIEGŁO SIĘ KILKA ZGONÓW

Czas niemieckiej akcji w Mosinie był szczególny: na przełomie 1942/1943 roku pod Stalingradem wykrwawiała się niemiecka 6 Armia. Niemiecka propaganda robiła co mogła, by nie przyznać się do klęski. Wszelkie informacje o jakimkolwiek sabotażu na tyłach, poza linią frontu, natychmiast były wykorzystywane przez tajną policję.

Nagła śmierć burmistrza Mosiny pasowała śledczym z gestapo do koncepcji. Tym bardziej że nie była pierwszym zgonem ważnych Niemców w tym miasteczku, położonym na południe od Poznania.

Franciszek Witaszek, fot. ze zbiorów autora

Franciszek Witaszek, fot. ze zbiorów autora

Niemcy uznali, że równie podejrzana jest nagła śmierć Edgara Haacka, Niemca pochodzącego z Rygi, który przyjechał do Mosiny na początku 1940 roku, by objąć tu kierownictwa miejscowej apteki w rynku. Haack zmarł w marcu na atak serca, w wieku 54 lat. Prowadzenie apteki przejęła wtedy jego żona.

Zawał był także przyczyną śmierci innego mosińskiego aptekarza – teścia Haacka – Karla Feyerabenda (lat 74), również baltendeutscha (Niemca z krajów nadbałtyckich przesiedlonego do tzw. Kraju Warty). Stało się to także na początku 1940 roku. Pech chciał, że w październiku tego roku – również na atak serca – zmarł Carl Eduard Arlt, miejscowy lekarz. Miał 54 lata. A kilka miesięcy później odeszła jego siostra Klara.

Wszystkie te wypadki „przypomnieli sobie” niemieccy śledczy, gdy na skręt jelit zmarł burmistrz Otto Högy. I skojarzyli ze sprawą grupy Witaszka. Z miejsca nasunął im się jeden wniosek: w Moschin musi działać podobna grupa „trucicieli”!

ZNALEŹLI CHEMIKALIA I SZKŁA

28 grudnia 1942 roku Niemcy aresztowali Kazimierza Kałana, gońca mosińskiej apteki. Rewizja przeprowadzona w jego domu przy ulicy Garbarskiej przez niemiecką żandarmerię doprowadziła do wykrycia sporego magazynu lekarstw, chemikaliów i artykułów drogeryjnych. A także: aparatów fotograficznych, części radiowych i motocyklowych, książek naukowych, około 320 szkieł laboratoryjnych i… sztandaru drużyny ZHP.

Kałan był przed wojną harcerzem, a w trakcie wojny – członkiem Związku Walki Zbrojnej. Niewykluczone, że miał wcześniej kontakt z grupą Witaszka. Brak jednak dowodów, że aktywnie uczestniczył w jakichkolwiek przygotowaniach do jakiejś akcji w Mosinie.

 

Znalezione u Kałana lekarstwa, chemikalia i szkła laboratoryjne stały się dla śledczych dowodem na istnienie w mieście grupy trucicieli.

Za uwięzieniem Kałana poszły dalsze kroki. 29 stycznia 1943 roku okupanci zatrzymali doktora Edmunda Jurdzyńskiego (oskarżono go o „otrucie” burmistrza Högy), doktora weterynarii Czesława Skibińskiego (zarzut: trucie bydła i koni u niemieckiego właściciela majątku Iłówiec) i farmaceutkę Stefanię Dabińską (oskarżoną wkrótce o rzekome otrucie Feyerabenda i Haaka, kierowała bowiem pracą apteki w rynku), ale również o udział w otruciu burmistrza i trzymanie w domu leków nierejestrowanych w aptece.

Dom Żołnierza im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Poznaniu, 1939 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dom Żołnierza im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Poznaniu, 1939 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Niemcy aresztowali także nauczycielkę Władysławę Rogowską (obwinioną o to, że pełniła funkcję sekretarza w rzekomej tajnej polskiej organizacji zabójców). A także Joannę Strychalską i Anielę Pachojkę, które pracowały jako sekretarki u zmarłego lekarza Arlta.

Wkrótce do uwięzionych dołączyli pracownicy farbiarni „Barwa” – i miejscowej cegielni. Według śledczych wszyscy oni mieli należeć do tajnej, nielegalnej organizacji i trudnić się sabotażem.

Paranoja gestapowskich śledczych rosła w zastraszającym tempie. Do grona oskarżonych – i zatrzymanych – dołączyły… mosińskie akuszerki! Oskarżono je o uśmiercanie niemieckich dzieci. Mimo że analiza szpitalnych akt nie potwierdzała tak poważnych zarzutów.

W latach 1939–1942 w Mosinie zmarło 18 polskich noworodków (w tym 6 urodzeń było martwych) oraz 2 niemieckie. W żadnym przypadku nie było dowodów na to, że zgony dzieci nie nastąpiły z przyczyn naturalnych.

Aresztowane położne: Wiktoria Dybizbańska, Maria Mikołajczak i Joanna Męclewska – po strasznym śledztwie – trafiły do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Żadna z nich nie doczekała końca wojny.

BICI AŻ DO PRZYZNANIA SIĘ

Do 22 kwietnia 1943 roku Niemcy aresztowali w sumie 125 mieszkańców Mosiny. Zostali uwięzieni w poznańskim Forcie VII, skąd przewożono ich na przesłuchania do siedziby Gestapo w Domu Żołnierza. Poddano ich brutalnemu śledztwu, próbując wymusić obciążające innych zeznania. Oskarżonych przesłuchiwali również członkowie specjalnej komisji gestapo, która przyjechała z Berlina.

 

„Gestapo wymyśliło, że na terenie Mosiny działała organizacja trucicielska, której celem było zabijanie Niemców przez zatruwanie żywności. Straszliwymi torturami wymuszano od więźniów podpisy pod zeznaniami potwierdzającymi ich przynależność do organizacji zatruwanie żywności oraz wody” – wspominała Hanna Sarnecka, jedna z oskarżonych.

 

Brama Fortu VII, w którym trzymano mieszkańców Mosiny. Fot. Muzeum Martyrologiczne w Żabikowie

Brama Fortu VII, w którym trzymano mieszkańców Mosiny. Fot. Muzeum Martyrologiczne w Żabikowie

Zarzuty dotyczące padłego bydła (kilka sztuk) w Dymaczewie, wsi niedaleko Mosiny, były naciągane: w okresie wojny zdarzało się to często. Wiadomo też, że gospodarz Jan Jaworski przyznał się do zatrucia swojego bydła (co – zdaniem śledczych – było aktem sabotażu wobec gospodarki III Rzeszy) – pod wpływem sadystycznego bicia, aby uniknąć dalszych tortur.

Z więźniami postępowano bowiem bez żadnych skrupułów. Byli bici bykowcami lub szpicrutą po całym ciele aż do utraty przytomności. Niektórym z nich – np. nauczycielowi Geppertowi – wbijano drzazgi pod paznokcie.

Już w kwietniu 1943 roku zginęło dziesięciu z zatrzymanych, m.in. wspomniany wyżej Kazimierz Kałan czy położna Maria Mikołajczak. Wielu z nich nie wytrzymało bólu, strachu i stresu i przyznało się do urojonych win. Byle tylko odsunąć od siebie bicie i sadyzm śledczych.

Dom Żołnierza im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Poznaniu, 1939 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dom Żołnierza im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Poznaniu, 1939 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Sąd okupacyjny skazał 60 mieszkańców Mosiny na karę śmierci, a innych – na dożywotnie więzienia. Skazanych na śmierć stracono w sierpniu 1943 roku, wiadomo tylko, że odjechali w nocy z 17 na 18 sierpnia z peronu poznańskiego dworca w kierunku Wrocławia. Wszelki ślad po nich zaginął…

Nie był to jednak koniec szeroko zakrojonego śledztwa. We wrześniu 1943 roku okupanci uwięzili członków rodzin osób straconych w sierpniu – w sumie ponad dwieście osób. Wielu z nich nie przeżyło śledztwa i wojny.

MASAKRA BEZ DOWODÓW

Czy w Mosinie rzeczywiście istniała tajna organizacja trucicieli? Nie ma na to mocnych dowodów. Nagły zgon Haacka czy wiekowego Feyerabenda (na atak serca) mógł być naturalnym skutkiem stresów, jakie przeżywali wówczas baltendeutsche, wyrwani ze swoich rodzinnych stron i przesiedleni w zupełnie nowe środowisko.

Wiadomo, że podczas wojny wśród mieszkańców Mosiny kolportowano podziemne gazetki niepodległościowe, a niektórzy z nich wciągnięci byli w działalność Związku Walki Zbrojnej (późniejszej Armii Krajowej). Poza wymuszanymi siłą zeznaniami Niemcy nigdy nie znaleźli jednak twardych dowodów na to, że w Mosinie istniała grupa sabotażowo-dywersyjna uśmiercająca Niemców truciznami.

 

W artykule wykorzystałem m.in. informacje z tekstów Jacka Szeszuły, publikowanych na portalu zolnierzewolnosci.pl.

 

PIOTR BOJARSKI – pisarz i publicysta, autor m.in. powieści „Szmery” i „Cwaniaki” oraz książek non fiction „1956. Przebudzeni” i „Poznaniacy przeciwko swastyce”.