fot. Michał Sita

Mox, longe, tarde

W wydanej właśnie książce z serii Kolekcji Wrzesińskiej, Maciej Jeziorek skupia się na momencie, w którym porzuciliśmy nagle swoje dotychczasowe życie. Zmuszeni uciekać, opuściliśmy domy, być może zniknęliśmy bez śladu, może już nie żyjemy? Materialne ślady naszej codzienności zaczęły funkcjonować w całkowicie obcym kontekście. Na niespodziewanie opustoszałą kuchnię patrzą oczy kogoś, kto nie zna historii, jakie się tu rozgrywały. Pracę nad książką „Mox, longe, tarde” w październiku 2021 obserwował Michał Sita.

Banalnymi przedmiotami, towarzyszącymi przerwanemu posiłkowi, bawi się ktoś, kto myśli i czuje w niezrozumiały, obcy, niepojęty sposób.

 

Miejsca i rzeczy, pozbawione swoich użytkowników, zawieszone są poza czasem i poza ludzkim wymiarem doświadczenia.

Rozmowa, którą przeprowadziliśmy jesienią ubiegłego roku, w czasie gdy Maciej Jeziorek wykonywał ostatnie zdjęcia do swojej książki, oscylowała wokół najbardziej wtedy oczywistego kontekstu tej wanitatywnej pracy – zarazy.

 

Mox, Longe, Tarde – Maciej Jeziorek, fot. materiały prasowe wydawcy

Jednak nie o covid tu chodzi.

Cytaty z barokowego malarstwa, z ówczesnej religijności, i forma martwych natur odtwarzają moment, gdy życie, jakie znamy, nagle się zatrzymuje.

 

Michał Sita: Bardzo skomplikowane jest to urządzenie.

Maciej Jeziorek: Lubię budować maszyny. Lubię, kiedy czuć w pracy moją rękę. Żadnego z rozwiązań, których używam, by wywołać świetlne wrażenia, nie znajdziesz w tutorialach fotografii produktowej – bo one podporządkowane są zakładanemu efektowi.

 

Maciej Jeziorek podczas pracy nad książką „Mox, longe, tarde” z serii Kolekcji Wrzesińskiej, fot. Michał Sita

A mi chodziło o to, by obrazy były obarczone błędem i nieprzewidywalnością.

Używam pryzmatów, luster, w sklepach typu Action z domowymi sprzętami za 5 złotych kupuję szklaną tackę, złożoną z 28 kawałków różnego rodzaju lusterek. Dopiero kiedy zacznę fotografować, dokładam jakieś patyczki, załamuję światło, mam z tego kupę frajdy. Staram się nie myśleć o określonym efekcie. Nie wiem, czy zdjęcia staną się przyjemne, czy może dziwne, czy będą wystarczająco czytelne? Może kod, jakiego użyję, będzie tak hermetyczny, że przestaniemy rozpoznawać już fizyczne obiekty? Może całkiem znikną w otaczającej je czerni i w domysłach?

 

M.S.: Oddajesz tej maszynie, złożonej z lusterek i latarek, jakąś sprawczość?

M.J.: Nie. Po to tworzę maszyny, żeby mnie słuchały.

 

Maciej Jeziorek podczas pracy nad książką „Mox, longe, tarde” z serii Kolekcji Wrzesińskiej, fot. Michał Sita

M.S.: Od czego zacząłeś pracę nad książką?

M.J.: Każdy, kto fotografuje i ma świadomość, czym jest Kolekcja Wrzesińska, pewnie sobie zadawał pytanie: a co gdybym to ja robił książkę we Wrześni? Jak bym do niej podszedł? I kiedy rzeczywiście Karol Szymkowiak zaprosił do pracy właśnie mnie, musiałem jakoś odnieść się do faktu, że moja książka będzie trzynastą odsłoną kolekcji. To nie jest druga, trzecia czy piąta publikacja, wtedy mógłbym się jeszcze skupić na elementach przestrzeni, światła, wrażeń lub jakimś mocno dokumentalnym kawałku rzeczywistości…

 

Ale dwanaście osób przede mną mierzyło się z problemem opisania miasta – wiele komentarzy kierowanych taką intuicją po prostu już powstało.

Wyeliminowałem więc dość szybko charakterystyczny sposób pracy polegający na tym, że wprowadzasz się w jakiś stan świadomości, szukasz motywów charakterystycznych dla tego rodzaju doświadczenia, fotografujesz i ze zdjęć składasz opowieść, której narracja ma przekazać stan, jaki ci towarzyszył, kiedy fotografowałeś.

 

Maciej Jeziorek podczas pracy nad książką „Mox, longe, tarde” z serii Kolekcji Wrzesińskiej, fot. Michał Sita

Gueorgui Pinkhassov albo Alex Webb ale też całe rzesze nowych dokumentalistów, takich jak ci związani ze szkołą w Opawie, do perfekcji opanowali ten rodzaj obserwacji i narracji.

Ja sam przez wiele lat starałem się pracować podobnie, i chociaż to uwielbiam, rozumiem, że taka reakcja na dokumentowaną rzeczywistość ma swoje ograniczenia. Pojawił się więc inny pomysł, stworzenia kolekcji uporządkowanej w przewrotny, nieoczywisty sposób.

Mox, longe, tarde

M.S.: Nie rezygnujesz z tej intuicyjnej metody pracy. Rzeczy, które fotografujesz, wybierasz chyba w ten sam, wrażeniowy sposób. Bawisz się światłem, redukujesz przedmioty do takich właśnie doznań.

M.J.: Tak. Na tym właśnie polega całe założenie, by wrażeniowość podkreślić, przerysować, użyć jej w sposób ekstremalny.

Formalne wrażenia redukują świat do intuicji, pozbawiają go znaczeń, czasami zdarza się, że zdjęcia kierowane intuicją stają się całkowicie niezdolne do tego, by nieść jakąkolwiek treść. Powierzchowne, formalne impulsy wysuwają się na pierwszy plan.

 

Chodziło o to, by wrażenia, jakie wywołuję, całkowicie przykryły świat znaczeń.

Maciej Jeziorek podczas pracy nad książką „Mox, longe, tarde” z serii Kolekcji Wrzesińskiej, fot. Michał Sita

Wchodzę do jadalni na jakiś czas po tym, gdy wszyscy z niej zniknęli, coś ich zabrało – nie do końca wiadomo, co. Ważne, że ich nie ma. Zostały puste przestrzenie i przedmioty. Nagle, niespodziewanie, nastał bezwzględny niebyt. Obiad jeszcze paruje. Obserwuję tę sytuację. Coś stamtąd kradnę. Spinacz, blister tabletek, słownik ortograficzny, pieniek, który dostałem w Goniczkach, dopiero będę fotografował. Szukam tych rzeczy, a myśląc o nich, mam z tyłu głowy świadomość, że celem jest przesunięcie ich w obszar, który całkowicie pozbawi je znaczeń.

 

M.S.: Kojarzy się to podejście z archeologiem, który po trzech tysiącach lat wykopuje jakiś przedmiot, patrzy na niego i myśli o nim w sposób niemający absolutnie nic wspólnego z wyobraźnią ludzi, którzy ten paciorek, czy ceramiczną miskę, zgubili kiedyś w piasku.

M.J.: Dokładnie o to chodzi – stwarzam sobie warunki do prowadzenia takiego właśnie eksperymentu myślowego.

 

Kiedy biorę na warsztat kolejną rzecz, podporządkowuję ją w całości wrażeniom świetlnym.

Traktuję ją arbitralnie. Wywołuję bliki na tych rzeczach, obserwuję je, bawię się nimi. Zastanawiam się – kiedy nas już nie będzie, skąd możemy wiedzieć, co będzie stanowiło wartość takich przedmiotów? Czyjeś wrażenie, wynikające z obcowania z nimi, wrażenie kogoś, kto w ogóle nie rozumie oryginalnego kontekstu, może się rozwijać w zupełnie nieprzewidywalny sposób. Kula metalowych trocin z obrabiarki może się stać czymś całkiem nowym, kiedy pojawi się na niej światło – zacznie żyć, dostarczając doświadczeń jakiejś innej, obcej nam jaźni. Zabawa polega na fotografowaniu rzeczy wedle tej logiki. Pozbawiam przedmioty kontekstu i znaczenia. Przyglądam się im tak, jakby to robił kosmita, świadomy komputer albo inny byt całkowicie obcy.

 

M.S.: Dlaczego?

M.J.: Mox, longe, tarde – to część łacińskiej sentencji określającej zachowanie w obliczu dżumy. Uciekaj. Szybko, daleko, nierychło wracaj. Póki nie będzie spokojnie. Cytat pochodzi 1622 roku, z jednego z najstarszych polskich tekstów medycznych, książki Jana Innocentego Petrycego. Taki był punkt wyjścia. Moja praca początkowo reagowała na doświadczenia sytuacji covidowej. Trzy tygodnie od pierwszych zachorowań wystarczyły, by pojawiły się plotki o tym, że czołgi blokują mosty w Warszawie, i żebym się poważnie zastanawiał, w jaki sposób uciekać z miasta, gdy mam rodzinę po obu stronach Wisły. Identycznie jak w czasie wojny, kataklizmu albo apokalipsy – powód jest mniej istotny – pojawia się pytanie: jak się przeprawić przez rzekę, by uciec?

 

Mox, Longe, Tarde – Maciej Jeziorek, fot. materiały prasowe wydawcy

Nie istnieje inna skuteczna reakcja na śmiertelne zagrożenie.

Możemy latać w kosmos, ale ucieczka, pozostawienie za sobą wszystkiego, zniknięcie, jest w tych skrajnych warunkach jedyną możliwą odpowiedzią. Tak było w czasie zarazy od zawsze. W każdym momencie może cię to spotkać. Świadomość, że w dowolnej chwili może zgasnąć światło, a ty zostawisz za sobą wszystko, stała się dzięki pandemii bardziej uchwytna. I kiedy to do mnie dotarło, mniej zacząłem się skupiać na samej zarazie. Przestała mnie zajmować pandemia, ale właśnie ta refleksja, którą można bardzo precyzyjnie zawrzeć w klasycznej formie martwej natury. Tradycja barokowego malarstwa oparta jest na tym przekazie: pamiętaj – jesteś i zaraz może cię nie być. Martwe natury tego okresu kapią kolorem, pięknem, bogactwem. A jednocześnie, gdzieś z boku, na jabłku siedzi mucha, robak, motyl – coś, co świadczy, że już zaraz możemy spodziewać się końca.

Obiad

M.S.: Prosisz ludzi, by wstali i wyszli?

M.J.: W ten sposób działam. Wpraszam się na obiad. Czasami, jeśli się nie da na obiad, na jakiś mniejszy poczęstunek. Jedno z pierwszych zdjęć zrobiłem przy kawie – bo o dziesiątej ojciec zawsze zjeżdża z pola, to będzie dobry moment na kawę, usłyszałem. Dzisiaj jadę jeszcze do Piotrka. Byłem już u niego, ale chciałbym poprawić zdjęcie niedzielnego obiadu. Znamy się na tyle dobrze, że może mi się uda u niego ukraść coś bardziej osobistego niż w innych miejscach.

 

M.S.: Nie sprzątają po obiedzie? Po prostu znikają?

M.J.: Niby nie sprzątają, chociaż zauważyłem, że ja sam inaczej wstałbym od stołu. Często widelce są odłożone jakby trochę zbyt równo… Ale to niewiele zmienia. Namawiam mieszkańców podwrzesińskich wsi do udziału w pewnym teatralnym zdarzeniu. To stworzona sztucznie sytuacja, więc i fakt, że niektórzy przygotowują się do spotkania z fotografem, nie przeszkadza, to naturalne. Działamy w ramach pewnej umowności – wywołuję sytuację i tworzę w oparciu o nią zdjęcia, bazujące na prawdziwych przestrzeniach i prawdziwych ludziach, ale jednak oddalające się od dokumentalnej funkcji.

 

Mox, Longe, Tarde – Maciej Jeziorek, fot. materiały prasowe wydawcy

To, co widzisz na fotografiach, to sytuacja zamrożona w jednej dokładnie sekundzie – może dzieje się to 15 minut, może trzy godziny po tym, gdy nas zabrakło.

Nie ma nikogo, kto mógłby wytłumaczyć, co jest czym w takiej przestrzeni. I ja w takim właśnie miejscu pracuję. Mogę podnieść cokolwiek, co mnie formalnie i znaczeniowo zainteresuje. Patrzę na światło, fakturę, na wygląd tych obiektów.

 

M.S.: Co kradniesz?

Maciej Jeziorek podczas pracy nad książką „Mox, longe, tarde” z serii Kolekcji Wrzesińskiej, fot. Michał Sita

M.J.: Wybieram na przykład muszlę – znaną z wanitatywnych motywów malarskich, flagę, obrazek z papieżem, blister z niebieską tabletką z „Matriksa”. Albo słownik ortograficzny – czyli obrzydliwą, potworną książkę o języku, która traktuje komunikację w sposób fascynujący – w ogóle nie wyjaśnia znaczeń. Może ci zaprezentować jakiś wyraz i jego odmianę, ale już nie podpowie, co ten wyraz znaczy. Słownik ortograficzny jest skupiony wyłącznie na formalnych regułach, porządkujących język. Razem z nami wszystkie te prawa pójdą do piachu.

 

Zostanie coś materialnego – książka – z niezrozumiałym zapisem tych nieaktualnych, niezrozumiałych zasad.

I choć wybieram rzeczy, które mają konkretne znaczenia, obarczone są określonymi kodami znanymi z kultury i historii sztuki, staram się w dalszym procesie fotografowania pozbawić je tych odniesień. Proces fotografowania i zabawy światłem polega na „odkontekstowieniu” tych rzeczy. Oglądam je tak, jakby ich znaczenia nie były już zrozumiałe. Jakby słownik ortograficzny dotyczył dawno wymarłego języka.

 

M.S.: Fascynujesz się drobiazgami, które się w tych przedmiotach ujawniają, jakby je oglądać przez sen, jakby to nie człowiek na nie patrzył.

Maciej Jeziorek podczas pracy nad książką „Mox, longe, tarde” z serii Kolekcji Wrzesińskiej, fot. Michał Sita

M.J.: Zastanawiałem się, w jaki sposób to zrobić – jak pozbawić zwyczajnych znaczeń przedmioty używane na co dzień? Jak sprawić, by stały się czymś, czego sens stanie się dla nas niedostępny?

 

Tylko czerń mogła być odpowiedzią.

Czerń, w której te rzeczy są zatopione, pochodzi z barokowych martwych natur, z malarstwa Cotána. W oknie, na sznurku, wieszał kapustę czy jabłko. Wokół panowała niezwykła, gęsta czerń, niedające żadnego punktu odniesienia. Dzięki niej na obrazie zostaje tylko światło. Nie wiadomo, skąd się bierze, podkreśla arbitralne elementy tych rzeczy, wywołuje zjawiska optyczne. Ktoś, nie wiadomo kto, go doświadcza, poza czasem i poza normalnym obiegiem zwykłych znaczeń. Mamy przed sobą taką martwą naturę i nie wiemy, czy Cotán malował ogórki, czy odnosił się do nurtu wanitatywnego. A może widział świętych, może doświadczał religijnych objawień?

 

Maciej Jeziorek – urodzony w 1973 roku w Warszawie. Współzałożyciel i członek agencji Napo Images, członek Związku Polskich Artystów Fotografików. Absolwent studiów teologicznych na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie i Studium Fotografii w Zespole Szkół Fototechnicznych im. Jurija Gagarina w Warszawie. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2012, 2018, 2022). Pracował dla „Tygodnika Solidarność”, dzienników „Życie”, „Życie Warszawy” i „Polska”. Współpracował z Polską Agencją Fotografów Forum. Wielokrotnie nagradzany w konkursach fotografii. Autor książek fotograficznych: „Jak przez szkło”, „317 Days to Mars”, „Message”.

Mox, Longe, Tarde – Maciej Jeziorek, fot. materiały prasowe wydawcy

Mox, Longe, Tarde – Kolekcja Wrzesińska 2021

 92 strony, 42 fotografie
format: 270x240mm, oprawa twarda
język: polski, angielski
rok wydania: 2022, wydanie: I, nakład: 500 sztuk
data premiery: 1 lipca 2022
ISBN: 978-83-917850-4-1
Wydawca: Urząd Miasta i Gminy Września
Druk i oprawa: Petit Lublin

Fotografie: Maciej Jeziorek
Marbling: Hanna i Tadeusz Jeziorek
Kurator: Karol Szymkowiak
Projekt: Andrzej Dobosz
Pre-press: Tomasz Kubaczyk
Tłumaczenie: Tomasz Bałdowski
Korekta: Urszula Kifer

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
1
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0