fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #17

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku: Mucha Ladaco, Orzeł i Reszka oraz Szmira.

MUCHA LADACO
„Vaco”, Enjoy Life, 2019

Jedni nazywają ich „cyrkowym The Kurws” (bo tak samo postpunkowi), drudzy mają za „akrobatyczne Lightning Bolt” (bo tak samo math rockowi). Jednak to zaledwie część prawdy o poznańskim duecie Mucha Ladaco.

We właściwym „rozkminieniu” (dość niedookreślonej i jednocześnie bardzo wyrazistej twórczości tego projektu) może pomóc wiedza, kto za nim stoi.

Pierwszą z postaci jest szalony, niepokorny i wiecznie poszukujący Jakub Lemiszewski – artysta znany nie tylko z takich kapel jak Sierść, Złota Jesień czy Gołębie, ale też z działalności solowej (po części opisanej w pierwszym odcinku „Muzyki bezcennej”), który tym razem sprawdza się w roli perkusisty. Kroku dotrzymuje mu basistka i wokalistka Natalia Kozłowska, której – również z powodu niewątpliwej charyzmy – właśnie zaczynają przypatrywać się obserwatorzy polskiego „niezalu”.

Tandem wysmażył w tym roku krążek, który – trzeba to powiedzieć wprost – przywraca wiarę w nasze posthardcore’owe podziemie. Zapomnijcie nawet o odlotach w stylu kapel wspomnianych na początku, bo granice w muzie Muchy Ladaco właśnie zostały przekroczone.

Musicie wiedzieć, że finałowa, ledwie dwuminutowa „Mandarynka” to bardzo bliska (i bynajmniej nieuboga) krewna Siksy, a odjechanego patentu z półminutowej (!) „Pszczółki” nie powstydziłby się nawet The Dillinger Escape Plan (i to ten z czasów, kiedy Greg Puciato biegał na koncertach ludziom po głowach).

Sytuacja z „Vaco” jest taka, że wszystko się na nim zgadza, a jednocześnie nic nie pasuje – połamane rytmy łomoczą w gitarowej kakofonii tak, że trudno o jakąkolwiek równowagę. „Chciałabym złapać balans…” – przyznaje Kozłowska w otwierającym kawałku i zdajemy się to rozumieć. Płonne nasze nadzieje.

ORZEŁ I RESZKA
„Orzeł i reszka”, Thin Man Records, 2019

Magdalena Turłaj i Maurycy Kiebzak-Górski – to duet, jakich w muzyce dziś zadziwiająco mało.

Ona to wokalistka i skrzypaczka, którą mogliśmy podziwiać choćby na albumach projektu Kawałek Kulki (tworzonego z Błażejem Królem!) czy płytach Muzyki Końca Lata i Drekotów. On to z kolei wytrawny instrumentalista i jedna druga przewspaniałego, choć coraz bardziej zapominanego już, nieistniejącego obecnie projektu UL/KR (tworzonego, a jakże, z Błażejem Królem).

W połowie lipca ten dwuosobowy dream team poczęstował nas pierwszym wspólnym krążkiem nagranym pod szyldem Orzeł i Reszka. Panuje tu atmosfera, której – przynajmniej na lokalnym podwórku – nie uświadczycie chyba nigdzie indziej. Zaręczam!

Tak naprawdę zwyczajowa zapowiedź tej płyty w ogóle nie oddaje tego, co się na niej znajduje. „Ich wspólna muzyczna marszruta prowadzi przez poletko nasiąknięte synth popem, okraszonym nostalgiczną mgiełką, meandrując w dubowe rejony” – niby racja, jednak w przypadku Orła i Reszki znacznie lepiej posłużyć się terminem „retrowave”.

Od strony muzycznej otwierające „Zrobię to inaczej” i „Posążek” to bowiem nic innego, jak magiczna podróż do końca lat 80., a dokładnie ścieżek dźwiękowych polskich programów telewizyjnych tamtego okresu i uroczych melodii rodem z klasycznej „Akademii Pana Kleksa”. Całą „syntezatorowość” owych czasów uwydatniają również późniejsze kawałki, już znacznie poważniejsze i wygaszone. Przykładem jest niemal postdubstepowy utwór „Nocy stół”, pod który równie dobrze mógłby zanucić debiutujący James Blake, albo „Zamknij usta”, w którym duet zaczyna ścigać się na nostalgię z poznańską Rebeką.

I jeszcze te teksty… Kiedy Turłaj śpiewa: „Zasłoń uszy za mną, powiem, co usłyszysz, nigdy nie zapomnisz, takiej pięknej ciszy” – wiemy, że to najlepsze, co możemy dla siebie zrobić.

SZMIRA
„Pan Polak”, wydanie własne, 2019

To nie tak, że nie lubię punk rocka. Wręcz przeciwnie – naprawdę dobra płyta potrafi sprawić, że zagrzmię o jej wyższości nad garścią innych. Inna sprawa, że to nie głęboka miłość, lecz proste zauroczenie. Krótkotrwała zajawka, często towarzysząca mi również, kiedy mam do czynienia z reggae i country.

Co łączy te trzy gatunki? Może się ze mną nie zgodzicie, jednak czasem odnoszę wrażenie, że szeroko pojęty SCHEMAT jest wpisany w ich tożsamość bardziej niż w przypadku innych. Stąd też, kiedy do rąk wpada mi kolejny krążek zdolnych wyznawców KSU, Izraela czy Grupy Furmana (choć jej to akurat nikt nie pamięta…), to istotnie, cieszę się, ale nazajutrz nie pamiętam już nic.

Pochylając się nad kondycją punk rocka w Polsce, trzeba jasno powiedzieć, że nie dość, że lata temu stanął w miejscu, to na dodatek się cofa – najczęściej do lat, w których miał o wiele większą rację bytu niż teraz. Dlaczego o tym piszę?

Ostatnio czwórka łobuzów z poznańskiej Szmiry pochwaliła się debiutancką płytką „Pan Polak”, która świetnie sprawdziłaby się na scenie Jarocińskich Rytmów Młodych. Czy to komplement? Jak najbardziej, o ile tylko wciąż macie słabość do krótkich, szybkich, skocznych i surowych riffów ze świdrującym basem w tle – i jeżeli nadal ruszają was do bólu naiwne, skandowane/krzyczane teksty w rodzaju „Przyleciał tu pławić się w komforcie / all inclusive standard w tym kurorcie” („Czarna Kubota”).

Szmira to materiał, którym drażni się starsze sąsiadki. I to by było na tyle. Obudź w sobie łobuza albo zostań tam, gdzie jesteś.