fot. materiały promocyjne

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #1

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają bezpłatne pobranie nagrań. W tym odcinku zespół Burbon oraz producent Jakub Lemiszewski.

Kiedy sześć lat temu opublikowałem pierwszy odcinek autorskiego cyklu „Muzyka bezcenna” na jednym z nieistniejących już wrocławskich portali, nie spodziewałem się, że moja koncepcja przypadnie do gustu tak wielu czytelnikom. Miałem obawy co do powodzenia tego projektu – w końcu w jego ramach nie pisałem o klikalnym mainstreamie, lecz o najgłębszym podziemiu, do którego (wydawałoby się) statystyczny Kowalski raczej nie ma ochoty zaglądać. Tymczasem już po pierwszych odcinkach serii okazało się, że dobry pomysł może odczarować nawet najciężej pokutujące przesądy. Z odsłony na odsłonę pod recenzjami kolejnych płyt, często zupełnie anonimowych artystów, zaczęło pojawiać się coraz więcej pochlebnych komentarzy. Pozytywny odzew utwierdził mnie w przekonaniu, że pisanie o muzyce nie popularnej, lecz wartościowej jest pożyteczne dla obu stron – dla znudzonego komercją czytelnika, ale i dla samych artystów, którzy w nadziei na jakiekolwiek zainteresowanie coraz częściej decydują się udostępniać swoją muzykę za darmo. Reakcje na blisko 80 odcinków „Muzyki bezcennej” pokazały mi, że warto o niej pisać.

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to kontynuacja tego cyklu. To rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają bezpłatne pobranie utworów. Nie podlegają regułom muzycznego rynku, grają niezależnie i z pasją.

 

Być może niektórym trudno w to uwierzyć, ale polska muzyka to nie tylko festiwal w Sopocie. Nie kończy się też na Opolu, Fryderykach, ofercie Empiku czy hitach z Eski.

Dzisiaj, kiedy na rynku płytowym panuje konkurencja większa niż kiedykolwiek wcześniej, by trafić na naprawdę oryginalne albumy, trzeba sięgnąć głębiej. Posługując się nazwą naszego portalu – do samych podstaw. W czasach, kiedy tabulatury zastępują tabelki i wykresy, powinniśmy robić na przekór. Czy jako świadomi słuchacze, nielubiący zadowalać się byle czym, które to byle co wciąż podtyka się nam pod nos, nie powinniśmy zwrócić się w stronę tych, którzy w swojej twórczości nie polegają na chłodnej kalkulacji? Czas, by ktoś wreszcie się o nich dowiedział! Zwłaszcza, że Wielkopolska brzmi naprawdę dobrze…

BURBON
„The Biggest Bastards In The Eastern Bloc”, Brown Note Records, 2018

Po czterech latach ciszy Największe Skurczybyki Bloku Wschodniego wracają do hardrockowej gry. Wróć: dopiero teraz ją zaczynają. Na poprzednich krążkach brzmieli jeszcze jak niezaprawione w boju oseski, zapatrzone w Kyuss czy inny Queens of the Stone Age, którym trudno było odmówić szczerych chęci, ale łatwo było się z nimi rozstać. Debiutancki „Pierwszy Strzał” grupy Burbon nie zagościł w moich głośnikach na długo, a późniejsze „Miasto Miłości” i „Revolver” dowodziły, że panowie wciąż nie odrobili lekcji z rock’n’rollowej jazdy. To już jednak przeszłość, bo jakimś cudem przed przystąpieniem do prac nad nowym krążkiem chłopaki zdążyli się przepoczwarzyć.

 

Okrzepli, nabrali charakteru, naostrzyli pazury i dziś stoją przed nami z tykającą bombą, która tylko czeka na odpalenie jej na głośnikach.

Na minialbumie „The Biggest Bastards In The Eastern Bloc” grają (a raczej łoją!) bezkompromisowo od początku do końca. Płyta nęci wieloma patentami, które choć są ograne do cna, to w przypadku załogi Krzysztofa „Kidda” Adamskiego działają jak – nomen omen – burbon w piątkowy wieczór.

Otwierający „Freezing” pędzi na złamanie karku i na modłę południowego rocka „Enjoy The Show”, przypomina o jego pustynnej wersji za sprawą sennego, melodyjnego motywu, zaś finalny „Your Time, Your Life, Your Money” (ze swoim skandowanym refrenem i klimatycznym, garage’owym riffem) jest jak wytrawna wisienka na torcie, zaostrzająca apetyt na pełnoprawny materiał kapeli. Trudno nie wspomnieć też o zawartym na płycie kawałku o „progresywnym” tytule „The Interplanetary Trip of Captain Caveman” – uraczy on przede wszystkim tych, którzy wciąż płaczą po Motörhead, przy okazji przeczuwając zbliżający się koniec całej tej monstrualnej rock’n’rollowej sceny, którą współtworzył Lemmy.

Mam wielką nadzieję, że chłopaki z Burbona nie znikną już z pola widzenia i nowy start w postaci tak udanego (choć stanowczo zbyt krótkiego materiału) już niebawem pozwoli im wkroczyć na duże festiwalowe sceny swingowym, zawadiackim krokiem. Poznań, Jarocin – możecie być z nich dumni!

JAKUB LEMISZEWSKI, 
„Bubblegum New Age”, Trzy Szóstki, 2018

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to Jakub Lemiszewski, który na „Bubblegum New Age” leci jak piloci na Poznań Air Show! Robi beczki, kręci salta, a potem wbija się z impetem w gęste chmury muzycznego surrealizmu. O tym, że jest jednym z największych wariatów w polskim podziemiu, skutecznie przekonywał już dobrych kilka lat temu, działając w ramach takich offowych grup jak Sierść, Złota Jesień, Gołębie, Graveyard Drug Party czy Bambong.

Lemiszewski dał się w nich poznać jako skrajny eklektyk, co i rusz wymykając się z gatunkowych szufladek. Nie mniej śmiały jest w wydaniu solowym – zarówno jego debiutanckie, wydane na magnetofonowej kasecie „30 Minut”, jak i późniejsze płyty „Hermes”, „Mixtape” i „2017 [nielegal]”, wprawiały w konsternację nawet tych, którzy zdążyli już dowiedzieć się o istnieniu takich podgatunków muzyki elektronicznej jak vapor wave, footwork czy ghetto house.

 

Na „Bubblegum New Age” postanowił wspiąć się na wyżyny abstrakcji, na których tkanka dźwiękowa skrzy się i pulsuje.

Niemal z każdej strony nasze uszy atakują pstrokate arpeggia, przedzierające się przez syntezatorowy kwas, który choć czasem bywa ciężki do strawienia, to smakuje tak nietypowo, że wciąż mamy ochotę się nim zajadać. W każdym z utworów gęsty, niejednorodny ambient wiąże się z polirytmicznym industrialem, a wspomnienie o delirycznym muzaku Ery Wodnika przeplata się z sentymentem do futuryzmu Lema. Tak, tak: zakładając słuchawki, lepiej zapiąć pasy.

Nowy album Lemiszewskiego to ekstatyzm i całkowita dekonstrukcja utartych schematów gatunkowych. Warto – choćby raz! – zabrać się w tę fascynującą, narkotyczną podróż. Posłuchać, jak analogowa machina niemieckiego „kosmische musik” z lat 70. rozdzielana jest na komponenty, by zaraz później zostać ponownie złożona w jakiś bliżej nieokreślony, odrealniony twór.

Wizjonerstwo tego młodego poznaniaka zupełnie absorbuje zmysł słuchu – nie tylko świeżością brzmienia czy brawurowo zmieniającą się dynamiką dźwięku, ale i kompozytorską smykałką autora całego tego zamieszania. Wbrew pozorom, „Bubblegum New Age” nie ma nic wspólnego z losowym programowaniem sampli. Mamy tu raczej do czynienia z dobrze przemyślanym zamachem na naszą percepcję…

 

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #2
CZYTAJ TAKŻE: GusGus: Wytańczyć ten smutek
CZYTAJ TAKŻE: Jerzy Milian nie do końca odkryty