fot. Materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #20

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku: Cudowny Czwartek, Fryderyk Szulgit/Spazbar i Revive.

CUDOWNY CZWARTEK Popiół wydanie własne, 2016

 

„Popiół” to jeden z tych albumów, na który w poznańskim podziemiu czekało wielu. W końcu zespół Cudowny Czwartek od lat cieszy się w nim statusem kultowego. Najgłośniej było o nim od połowy lat dziewięćdziesiątych do 2004, może 2005 roku. Przez te dziesięć lat kapela, najpewniej założona między jednym a drugim papierosem na korytarzu akademika przy ul. Obornickiej, zdobyła wiele pierwszych miejsc na cenionych festiwalach, przeglądach i konkursach (warto dodać, że najczęściej o zasięgu ogólnopolskim), przez cały czas ciesząc się zaufaniem fanów niezależnego rocka.

W wydaniu wokalisty Marcina Sordyla, gitarzystów Dawida Janczaka i Witolda Lochowskiego, akordeonisty Artura Dudy, basisty Szymona Sławińskiego i perkusisty Ryszarda Nowaka był on prosty, szczery, a przez to trafiający w sedno. Połączenie folkowych nutek z brzmieniami alternatywnymi oraz modnym indie przekonywało wszystkich – zwykłych Janów Kowalskich, tłoczących się pod sceną w tym czy innym klubie, kapitułę Nagrody Muzycznej Programu Trzeciego, a nawet Ministerstwo Edukacji Narodowej.

 

Ulice, place, skłoty, opery, teatry – Cudowny Czwartek pasował wszędzie, choć niemądrze byłoby powiedzieć, że twórczość chłopaków była niewymagająca i dla wszystkich.

Choć Cudowny Czwartek koncertował w całej Polsce, to związany był głównie ze sceną poznańską, gdzie żaden koncert nie pozostał bez echa, a sale klubowe zawsze były wypełnione po brzegi – czytamy w opisie „Popiołu”, będącego rejestracją koncertu kapeli, jaki w 1999 roku odbył się w studiu Giełda w poznańskim radio Merkury. Gratką jest również bonus w postaci sześciu nagrań studyjnych, wcześniej nigdy niepublikowanych.

FRYDERYK SZULGIT / SPAZBAR Unvrdbbd wydanie własne, 2017

 

O Fryderyku Szulgicie, znanym też jako Spazbar, dowiedziałem się zupełnie przypadkiem, przy okazji jednego z niedawnych tekstów niezawodnego Bartka Chacińskiego, który na łamach swojej „Polifonii” pochwalił się zakupem jego nowej płyty „Summer Songs”. Czytając jego słowa o „całkiem ładnych kompozycjach”, postanowiłem cofnąć się o krok i najpierw zapoznać się z bezpłatnym, debiutanckim krążkiem muzyka, będącym przedmiotem niniejszej recenzji. Wydane przed trzema laty „Unvrdbbd”, zresztą podobnie jak jego następca, proponuje nam muzykę zupełnie niedzisiejszą, bo – mówiąc ironicznie – ortodoksyjnie gitarową, a – mówiąc poważnie – skrajnie minimalistyczną.

 

Fryderyk Szulgit polega wyłącznie na swojej gitarze, a my nie mamy jakiegokolwiek powodu, by mu nie ufać. Bo kiedy z głośników zaczyna wybrzmiewać otwierający „Exit”, to już wiemy, że czeka nas fascynująca, bardzo filmowa i kontemplacyjna podróż, trochę przypominające te, do których tak wiele razy zapraszał nas legendarny Robin Guthrie.

„Unvrdbbd” to czysto improwizacyjny, silnie ambientowy „soundtrack”, w którym emocjonalność i powściągliwość, grają te same, pierwsze skrzypce. Ten paradoks bardzo trudno wyjaśnić, jednak jest on zauważalny chyba w każdej z dwunastu kompozycji, wśród których króluje repetytywny, oniryczny i niemal sielski „I Know This Place”, posępny i drone’owy „Droneosaurus Plex” oraz oczyszczający i skupiony na detalu „Home Again”.

Ma Szulgit rękę do pisania szkiców, w których już nie trzeba już zmieniać, poprawiać. I choć z początku jego wizja może wydać się nam nieco hermetyczna, to poświęcając jej odpowiednio wiele uwagi odwdzięczy się i zaprowadzi na być może dawno nieodwiedzany szlak własnych myśli o czymś więcej niż tylko szeroko pojęta przyziemność…

REVIVE Red Version wydanie własne, 2019

 

Jeśli emo, to surowe jak tatar. Jeśli punk, to bez oglądania się na zblazowaną Kalifornię. Muzyka chłopaków z Revive to raczej nie propozycja dla fanów Panic! at the Disco, Taking Back Sunday czy – z drugiej strony – Green Daya. Choć poznaniacy, wcześniej działający w takich składach jak Thug X Life RIP, Contrail, Cervantes, Astrid Lindgren czy One Trillion Dreams, twierdzą, ze grają emo punk, to najbliżej im do znacznie bardziej hardcore’owych Black Flag, Bad Brains i Minor Threat. Po pierwsze, za sprawą surowego wokalu W., który już w otwierających „Oczekiwaniach” uderza w nas z całą mocą. Po drugie, dzięki hałaśliwemu brzmieniu bębnów K. i gitary B., przypominających silny, gordyjski węzeł.

Jednak, co ciekawe, najprzyjemniej robi się, kiedy Revive zamiast przyspieszać zwalnia, jak ma to miejsce w utworze „Escape Rope”, który w wersji instrumentalnej przypominałby o pierwszych albumach… The Smashing Pumpkins! Wcale niemniej przebojowym kawałkiem jest też późniejsze „HM03” z genialnym, melodyjnym riffem (warto docenić też linię basu S.) oraz spowijającą całość aurą rocka wczesnych lat dziewięćdziesiątych, w tym popularnego w tamtym okresie nurtu shoegaze.

 

„Zabierz mnie na drugi brzeg, gdzie trawa jest bardziej zielona, gdzie będziemy szczęśliwsi...” – krzyczy W., a my, jakby bezwiednie, dajemy się wprowadzić w sentymentalny nastrój, wspominając swoje pierwsze wielkie przyjaźnie, pierwsze naiwne miłości. Jeśli tak ma działać emo, to wiedzcie, że działa.

Można przypuszczać, że już niebawem Revive będzie trząść nie tylko scenami w małych klubach takich jak Pod Minogą czy Pies Andaluzyjski, ale i na wakacyjnych, plenerowych festiwalach z rockowym motywem przewodnim. Tam będą pasować jak ulał!