fot. Materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #39

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Rogi, Szymon Kaliski i Zaumne.

ROGI
Zły Pasterz
wydanie własne, 2015

 

 

„Śliczna pasterko, powiedz, dlaczego / Owieczki wpuściłaś w zboże? / Daj pocałować usta twe hoże / Nic się twej trzódce nie stanie złego” – te słowa, wypowiadane przez Edgara, jednego z bohaterów dramatu „Król Lir” Williama Szekspira, były podobno największą inspiracją dla Williama Holmana Hunta, kiedy w 1851 roku malował swojego słynnego „Złego pasterza”.

 

To piękny, choć kontrowersyjny obraz, na którym para zajętych sobą pasterzy, zupełnie nie zwraca uwagi na pierzchające owce. W jednym z listów Hunt nie ukrywał, że jego dzieło było krytyką instytucji Kościoła, w jego opinii niedbającego o dobro wiernych, a pochłoniętego błahostkami.

 

Owe spostrzeżenia jednego z najbardziej utalentowanych członków Bractwa Prerafaelitów powracają jak bumerang na płycie poznańskiego, jednoosobowego projektu Rogi, który od lat udowadnia, że w najcięższych odmianach rocka i metalu wprost nie ma sobie równych.

„Zły Pasterz”, wydany sześć lat temu w Noc Kupały, to nagrany na setkę mini-album, który choć realizowany był bez jakichkolwiek powtórek czy późniejszych edycji, to brzmi równie potężnie, co najmocniejsze albumy ikonicznych postaci ze scen, których Rogi są niewiele mniej istotną, polską częścią. To duszna, surowa i majestatyczna muzyka, będąca połączeniem sludge metalu, noise rocka oraz death i apocalyptic bluesa.

Trudno się dziwić, że fani Rogów określają je jako „jednoosobową armię”, bo choć twórca projektu działa w pojedynkę, to jego twórczość zawsze brzmi na tyle mocarnie, by śmiało porównać ją do numerów takich watah jak Kylesa, Crowbar czy – pamiętając o bluesowych konotacjach – 20 Watt Tombstone.

„Zły Pasterz” jest jak vantablack – to najczarniejsza z muzycznych czerni.

 

SZYMON KALISKI
For Isolated Recollections
Hibernate, 2011

 

 

Na wstępie trzeba powiedzieć, że w niniejszej recenzji nie będzie choćby i cienia obiektywizmu, ponieważ jej autor ma ogromny sentyment do tego albumu. Na swoje usprawiedliwienie chciałby jednak podkreślić, że owa słabość na pewno nie wzięła się znikąd, a z pewnego bardzo wymownego wieczoru, jaki spędził w jakże lubianym w wielu poznańskich kręgach klubie Pod Minogą.

 

To właśnie tam, dziesięć lat temu, dokładnie w ostatni dzień marca 2011 roku, „For Isolated Recollections” miał okazję posłuchać po raz pierwszy.

Choć wszyscy – łącznie z nim – przyszli przede wszystkim dla multiinstrumentalisty z Efterklangu, rozczulającego Petera Brodericka, to jednak na support w postaci live-actu Szymona Kaliskiego nie sposób było patrzeć inaczej niż na równorzędny koncert. Na kameralnej, wątłej wręcz scenie pojawił się równie niepozorny, dość nieśmiały chłopak, który za sprawą kilku ruchów pokręteł i uderzeń w klawisze roztoczył nieprawdopodobnie intymną atmosferę.

Kaliski ma dar do poruszania w człowieku jego najwrażliwszych obszarów – tych, w których odwaga walczy ze strachem, a nadzieja z beznadzieją. Jak ktoś trafnie to określił, „For Isolated Recollections” jest jak ususzone liście pomiędzy stronami zakurzonej książki. Najbardziej jednak przypomina spacer po zamarzniętym jeziorze, kiedy każdy nasz krok wywołuje nieprzyjazny, zwiastujący niebezpieczeństwo dźwięk, rozrywający ciszę natury śpiącej zimowym snem.

Ta płyta to uważne i czułe pochylenie się nad detalem. Zawarte na niej utwory wpasowują się w estetykę contemporary classical, jednak w przypadku Kaliskiego każde zanieczyszczenie/zakłócenie zdaje się odgrywać tak samo istotną rolę jak fortepian – w jego wykonaniu zawsze repetytywny i niedookreślony.

Czasem absolutne minimum pozwala dosięgnąć absolutu.

 

ZAUMNE
Przeżycia
Magia, 2016

 

 

A mówili, że w muzyce już nic nowego się nie wymyśli. Mateusz Olszewski – czy tego chciał, czy nie – podniósł rękawicę i ukonstytuował kolejny podgatunek muzyki elektronicznej, internetowe znaleziska łącząc z brudnymi, medytacyjnymi tłami dźwiękowymi.

 

W jego wykonaniu dub zyskuje zupełnie nowe, nieznane wcześniej oblicze, narażające nasze uszy na przyjemny dysonans.

Jego dokonania niby można określić mianem dubu industrialnego, odhumanizowanego i na pewno nie mającego wiele z Jamajki. Ale to byłoby zbyt proste, bo jego „Przeżycia” to pełnokrwisty, a raczej pełno-duszny emo dub. Styl, który do twórczości tego poznańskiego producenta, znanego choćby z setów w klubie Projekt LAB, przylgnął tak bardzo, że jego nazwa posłużyła mu za tytuł kolejnej płyty.

Wracając jednak do „Przeżyć” – co wciąga w nich najbardziej, i co jednocześnie dobrze opisuje emo dub, to dźwięki balansujące na linie rozciągniętej pomiędzy albumami Acronyma z Tresor, mistrza minimalnego i ambientowego techno, a starą awangardą Williama Basinskiego i jemu podobnych.

Jak powiedział Zaumne w jednym z wywiadów, „Przeżycia” są wtedy, kiedy:

 

„ci się nie układa, nie udaje, jesteś zmęczony, chciałbyś się z kimś spotkać, ale zostajesz w domu. Kiedy czujesz czyjąś bliskość, rozmawiasz z przyjacielem. Tworzysz coś przez kontakt z inną osobą lub przez brak takiego kontaktu, i chciałbyś to jakoś zachować. Spoglądasz na to wszystko i rozmyślasz”.

 

 

„Zaumne mi życie uratowało. PS To prawda” – napisał jeden z facebookowiczów pod postem o płycie, na którejś z grup dla muzycznych poszukiwaczy.

 

Mając w pamięci własne przeżycia z „Przeżyciami”, wiemy, że faktycznie to może być prawda.