fot. Materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #41

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Before A Burning Earth, Epileptic Walk i Stanisław Sote.

BEFORE A BURNING EARTH
Restless Island
wydanie własne, 2012

Może autorowi coś umyka, ale w ciągu kilku ostatnich lat, na polskiej scenie muzyki metalcore’owej panuje dość zauważalna posucha. Wydaje się, że jeszcze dziesięć lat temu potrafiło dziać się na niej więcej w ciągu kilku miesięcy, niż dziś w skali całego roku. Oczywiście trudno pominąć fakt, że to właśnie w tamtym okresie komercyjny sukces Bullet For My Valentine, As I Lay Dying czy Trivium sprawił, że do mainstreamu przebił się cały gatunek.

 

Naraz wtedy pojawiło się wielu ich naśladowców, spośród których – w naszym regionalnym kontekście – na pewno warto wyróżnić nieistniejący już poznański zespół Before A Burning Earth.

Jego „Restless Island” to przykład albumu niemal kompletnego, w którym wszystko, za co moglibyśmy dobry metalcore cenić nie dość, że po prostu jest, to na dodatek w bardzo słusznych, by nie powiedzieć końskich dawkach.

Ta piątka naprawdę potrafiła uchwycić jego sedno, a co więcej, sprawić, by do takich mocarnych kawałków jak choćby „Dark Realm Of Our World”, „Deadly Deals” czy „My Antidote” chciało nam się wracać nie tylko jeszcze tego samego wieczoru, ale i nawet po latach.

 

Bo „Restless Island” to coś znacznie więcej, niż zwyczajowy zestaw ciężkich jak walec riffów.

Mimo młodego wieku, chłopaki miały odwagę zaryzykować, wszystko komplikując… muzyką progresywną. Warto dodać, że całkiem śmiałą, mając na uwadze wyrafinowane, choć na szczęście niepretensjonalne solówki oraz ogólną dbałość o kompozycyjny i techniczny detal. To wszystko sprawia, że w metalcore’owej piwnicy Bomby, Masła, Japy, Szparaga i Kaczego niemal lśni.

I tylko szkoda, że już żaden z nich do niej nie zagląda…

 

EPILEPTIC WALK
Ogród życia
wydanie własne, 2013

Od drugiej połowy lat osiemdziesiątych crust wciąż jest jedną z najbardziej agresywnych odmian muzyki punkowej. Jedną nogą zawsze stoi w ostrym jak brzytwa metalu, dzięki którego obecności to muzyka jeszcze bardziej siłowa, niż nawet największe petardy The Exploited czy The Casualties. Najlepiej pokazały to przełomowe dla tego stylu albumy, choćby takich gigantów, jak Nausea, Extreme Noise Terror, czy Amebix.

 

Crust to taki punk na sterydach spod lady – zdecydowanie szybszy i jadowitszy, pełen perkusyjnych blastów i zwykle pozostawiający po sobie dużo brudu, zwłaszcza w postaci brzmień nisko strojonych gitar i przesterowanego basu.

Poznań zawsze potrafił w crust. Przez jego scenę przetoczyło się już tyle uderzających w niego kapel, że nawet czujny jej obserwator mógł dostać zadyszki. I w tym miejscu nie sposób nie powiedzieć o kapeli Epileptic Walk, której „Ogród życia” – choć od jego premiery minęło już ponad osiem lat – zupełnie nie wychodzi z użycia.

To album z długim terminem przydatności, bo wzorem punkowych ideałów, kapela nie ogląda się na nim na jakiekolwiek mody, potrafiące szybko przedawnić nawet najlepiej broniący się materiał. Co więcej, ta kapela ma przynajmniej kilka „specjalności”, dzięki którym cieszy się w podziemiu dość szczególną estymą.

 

Dobrą robotę robi tu zwłaszcza Magda. Obok jej rozwścieczonego wokalu, o tej samej sile rażenia, z jaką potrafi uderzyć choćby Alissa White-Gluz ze szwedzkiego Arch Enemy, naprawdę trudno przejść obojętnie.

Jej krzyk to czarna wisienka na torcie właściwie każdego z zawartych na krążku numerów, w których „broken crust core” – jak ściśle można określić brzmienie takich kapel jak Epileptic Walk – to bezceremonialny punkt wyjścia do lirycznej anarchii, w której chodzi o coś więcej niż tylko skandowanie dawno oklepanych haseł.

 

STANISŁAW SOTE
Spod czachy
wydanie własne, 2019

„Spod czachy” nieźle mu dymi. Stanisław Sote to chyba nikomu szerzej nieznany poznaniak, którego twórczość – choć wyjątkowo trudna w odbiorze, a którą najprościej można określić mianem elektroniki eksperymentalnej – powinna dotrzeć do nieco większego grona odbiorców aniżeli tylko wąskiej grupki zwolenników czystego minimalizmu czy musique concrète.

 

Jego „Spod czachy” to płyta, która przede wszystkim świruje. Wywraca do góry znane nam muzyczne porządki i standardy, a przy okazji nieźle miesza nam w głowach.

Po każdej z tych krótkich, niewiele ponad dwuminutowych miniaturek czujemy, jak rośnie w nas poczucie całkowitego odrealnienia – derealizacji, której trudno nie ulec mając na względzie schizofreniczny wydźwięk tego materiału.

Płyta pana Stasia to również specyficzny, silnie kontrastowy dualizm – awangardowy field recording wzięty z rozmaitych, otwartych przestrzeni idzie w parze z improwizacjami na laptopie w zaciszu klaustrofobicznej sypialni.

 

Nagrania terenowe, jakie zebrał Sote, jak i wszystko, co wygenerował za pomocą swojego cyfrowego (choć nie tylko) instrumentarium, bardzo wyraźnie pokazuje, że „Spod czachy” to żadne dzieło przypadku grafomańskiego muzyka, ale wytwór głowy i serducha naprawdę świadomego artysty.

Tworzącego wprost z trzewi, uwielbiającego zaskakiwać, frapować i konsternować, bo trzeba pamiętać, że mamy tu do czynienia z muzyką tak daleką od zwyczajowości, że jeszcze krok, a stałaby się zwyczajnym-niezwyczajnym non-music.

To również jeden z tych krążków, które naprawdę szkoda „spoilerować” – element zaskoczenia jest w nim kluczowy.

Podziel się kulturą!