fot. materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #5

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Killed To Death, Max Psuja i Szezlong.

KILLED TO DEATH
„II”, Trzy Szóstki, 2017

Czy lecą z nami fani zimnej fali? Słuchacze The Soft Moon, Trisomie 21 czy Lebanon Hanover? Jeśli tak, to lepiej zapnijcie pasy i odmówcie kilka zdrowasiek, bo tej podróży możecie nie przeżyć. Płyta „II” – wzorem nazwy stojącego za nią projektu – potrafi zabić na śmierć. I to na wiele rożnych, często brutalnych sposobów… Dla tajemniczego Michała L., cold wave stanowi jedynie punkt wyjścia.

 

W każdym z jedenastu kawałków składających się na jego przedziwny i przez to bardzo uderzający (najczęściej w twarz lub poniżej pasa) album, kryje się wiele niespodzianek, które powinien docenić każdy wielbiciel szeroko pojętej mroczności.

A skoro już o niej mowa, to „dwójki” dobrze jest słuchać w ciemnościach. Podobno to z niej wychodzą upiory. Przyda nam się ich towarzystwo, kiedy z głośników popłynie otwierająca miniatura „Come, My Brothers”, w której muzyka gotycka ściera się z country (!) do ostatniej kropli krwi. I kiedy w głośnikach zabrzmi przyciągający bliżej nieokreśloną (zapewne złą) aurą „A Song For When You Live In A Giant Bucket”, w którym z pewnością odnajdą się fani neofolkowych opętańców z legendarnego Current 93. To jednak nie koniec, bo z czasem pan Michał zaczyna brać się za łby z estetyką postpunkową, w której również czuje się jak ryba w mętnej wodzie, wyziewając ducha w finałowym utworze „W Bloku W Nocy”. Jakby tego było mało, w całym tym szaleństwie znajduje on jeszcze miejsce na… awangardowy black metal – próbuje w nim swoich sił, pożyczając słynną „Fjarę” pochmurnych Islandczyków z Sólstafir. „Nightmare pop, który bawi i uczy” – tak mniej więcej opisuje swoją płytę, którą z nawiedzenia zrobił doktorat. Tylko nie ważcie się gadać na jego wykładach!

MAX PSUJA
„Friends”, wydanie własne, 2017

 

Psuja nie psuje niczego. Destrukcja nie leży w jego naturze, choć to wcale nie oznacza, że „Friends” składa się z prostych, letnich i bezpiecznych nutek, które najlepiej sprawdzają się jako tło pod przeciągłe ziewanie.

Wręcz przeciwnie – muzyka Maxa unosi brwi i rozszerza źrenice. Ten młody poznaniak, być może ze względu na swoje gruntowne wykształcenie muzyczne, tworzy muzykę, której trudno przyszyć łatkę. Odpruwa ją każdym numerem, z gracją baletnicy balansując na cienkiej granicy dzielącej błyskotliwe brzmienia spod znaku muzyki IDM („Future Friends”) od łatwo przyswajalnego, przestrzennego techno („The Beach”, „Clock”).

Można zaryzykować stwierdzenie, że solowe dokonania tego producenta to po prostu nowoczesna muzyka elektroakustyczna, jednak za wiele w niej eksperymentów, by móc postawić kropkę. Na „Friends” zaprasza nas zarówno do dusznego klubu („Waters”), jak i na chłodną kozetkę (impresyjne przerywniki „Afterthought” i „Found”).

Tak duża rozpiętość gatunkowa tego albumu nie wzięła się znikąd – w końcu nie od dziś Psuja znany jest ze współpracy z wieloma, często bardzo różniącymi się od siebie zespołami i wykonawcami, zwykle będąc autorem podkładów perkusyjnych do ich utworów. Tak było choćby w przypadku popularnej grupy Lilly Hates Roses czy duetu Twilite. O tym, że jest artystą eklektycznym, Psuja przekonywał już w 2013 roku, za sprawą tworzonego wraz z gitarzystą Danielem Koniuszym projektu Selected Works, w którym rock zlewa się z jazzem, a piękna elektronika z szorstkimi niczym sierść wilka dźwiękami noise. Ciekawe, jaki będzie jego kolejny ruch…

SZEZLONG
„Overlap”, Placid Person Records, 2017

Śpieszcie się słuchać polskich zespołów, bo szybko odchodzą. Co tu dużo mówić: zakończenie działalności poznańskiej kapeli Szezlong było przedwczesne – i zwyczajnie wkurza.

 

„Overlap” to płyta na pożegnanie, wydana z zaskoczenia po czterech latach od jej debiutanckiego, równie mocnego krążka.

To również ukłon chłopaków w stronę tych słuchaczy, którzy nie tylko ją zauważyli, ale przede wszystkim docenili. A jest za co. Formacji zapatrzonych w amerykańskiego indie rocka gra w naszym regionie wiele, jednak mało która robi to w sposób „wystarczająco przekonujący”. Jak mawiał klasyk, „zżynać trza umić”, choć jeszcze lepiej jest wziąć tylko tych kilka najważniejszych elementów, a całą resztę dodać od siebie – dokładnie tak jak robi to Szezlong.

Załoga Bartłomieja Maczaluka nagina efemeryczne zasady gatunku, wdając się w liczne romanse: najczęściej z noise rockiem i postpunkiem, które pasują jak ulał zarówno do zblazowanego, „brytyjskiego” wokalu lidera, jak i do tekstów, które z pewnością trafią do serca każdego młodego Wertera.

Z każdego kąta tego materiału wyziera atmosfera rezygnacji. Akceptacji tego, co jest, i całej tej niepewności jutra, z którą mierzą się milenialsi. „Overlap” to również płyta dla nich. Najmocniejsze jej momenty? Umiejętnie rozpisana, chwytająca i długa, niewypuszczająca z objęć „California”, „About Trust”, po którym duzi chłopcy będą płakać jak dzieci, a także finałowy „The Last Walk”, w którym melancholię uosabiają już nie tylko ponure przestery, ale i nieznośny jazgot. Cóż, i to by było na tyle. Źle się stało…

CZYTAJ TAKŻE: Każda wieś ma swoją opowieść
CZYTAJ TAKŻE: Wielkopolska brzmi dumnie! „Muzyka bezcenna” w naszym regionie
CZYTAJ TAKŻE: Razem dla folkloru: Wojewódzki Przegląd Folklorystyczny w Szreniawie