fot. Antoni Hoffmann

Muzyka na trudny czas

Ze względu na żałobę narodową zmieniono program 474. Koncertu Poznańskiego w Filharmonii. Zamiast „Halki” Stanisława Moniuszki większość wieczoru wypełniła III symfonia – „Symfonia pieśni żałosnych” Henryka Mikołaja Góreckiego.

Planowano projekcję filmu z 1927 roku na podstawie dzieła Moniuszki z muzyką wykonywaną na żywo. Wydarzenie, z Marceliną Beucher, Rafałem Bartmińskim i Mariuszem Godlewskim jako solistami, miało być mocnym otwarciem Roku Moniuszki. Zarazem byłaby to też kontynuacja wątku filmowego zapoczątkowanego 11 stycznia, kiedy to Frank Strobel dyrygował Orkiestrą Filharmonii Poznańskiej grającą do filmów Charliego Chaplina. W takich nadzwyczajnych okolicznościach trochę niezręcznie brzmiałoby jednak narzekanie, że z „Halki” zrezygnowano (koncert przeniesiono na kolejny sezon).

TAKA PIĘKNA ŻAŁOBA

Moniuszkę tego wieczoru i tak usłyszeliśmy. W dodatku utwór bardzo rzadko wykonywany – „Marsz żałobny Antoniego Orłowskiego” upamiętniający postać skrzypka i kompozytora żyjącego w latach 1811–1861. Muzyka była wręcz zaskakująco pogodna, przede wszystkim ze względu na jasne brzmienie instrumentów dętych, zwłaszcza pastelowych trąbek w końcówce. Powagi całemu brzmieniu dodawała masywna motoryka partii smyczkowych i perkusyjnych. Kompozycja, zamykająca się w około dziesięciu minutach, to zapewne nie arcydzieło, ale solidna robota. No i miłe zaskoczenie, które przypomina, że nawet u twórców wydawałoby się dobrze znanych zawsze zostaje jeszcze coś do odkrycia.

 

Zważywszy na okoliczności, nie najłatwiej pisze się o takich koncertach i nawet nieco niewygodnie się je ocenia. Uznanie należy się już za samą decyzję o zaprezentowaniu publiczności utworów innych niż te przygotowywane i ćwiczone na próbach, bo przecież najprościej byłoby koncert odwołać.

Szczególnie należy docenić sopranistkę Marcelinę Beucher, która podjęła wyzwanie zaśpiewania partii solowej w III symfonii Góreckiego. Robiło to tym większe wrażenie, że nie jest to repertuar typowy dla tej śpiewaczki. Beucher znamy ze scen operowych, ostatnio występowała w „Turandot” Pucciniego (Opera i Filharmonia Podlaska), „Traviacie” Verdiego (Opera Śląska) czy „Idomeneo” Mozarta w Warszawskiej Operze Kameralnej. W tej ostatniej pracowała już wcześniej – pamiętana jest z tytułowej roli w „Armidzie” Jeana-Baptiste’a Lully’ego. Beucher nie ogranicza się do jednej estetyki, ale i tak ogólnie rzecz biorąc, jest to inny rodzaj ekspresji niż ten kojarzony z dziełem Góreckiego.

WYMAGAJĄCA PROSTOTA

 

Sopranistka Marcelina Baucher, fot. Antoni Hoffmann

Skomponowany w 1976 roku utwór był wyraźnym znakiem przełomu stylistycznego polskiego twórcy, sugerowanego już w II symfonii oraz chóralnych „Euntes ibant et flebant” i „Amen”.

Dla wielu ówczesnych odbiorców, przyzwyczajonych do dysonansów i atonalności w muzyce Góreckiego, znaczące uproszczenie harmonii w połączeniu z nieustępliwymi powtórzeniami było nie do przyjęcia. Obecnie kompozycja już nie szokuje, ale nadal stawia pewne wyzwania przed słuchaczami. Przygotować na to chciał może nieco dyrygent Adam Banaszak, który przed koncertem mówił o kontemplacyjnym charakterze utworu, prosząc przy okazji, by nie klaskać między jego częściami.

Dla niektórych zapewne za mało się w tej kompozycji dzieje, a już zwłaszcza na początku, kiedy to słyszymy tylko repetycje kontrabasów. Tym sposobem Górecki jasno stawia sprawę i od razu daje do zrozumienia, że nie zamierza nic odbiorcy ułatwiać.

Dyrygent Adam Banaszak, fot. Antoni Hoffmann

Do tego dochodzi kwestia wąskiej palety brzmieniowej: nie ma instrumentów perkusyjnych, trąbek, obojów, klarnetów basowych, rożków angielskich. Pozostałe instrumenty dęte też nie miały wiele do zagrania. Pewnie dzięki temu tak mocno zapadły w pamięć posępne współbrzmienia dętych blaszanych i głosu w ostatniej części, które niepokojąco splatały się. Silnymi akcentami były też pojedyncze interwencje fortepianu i harfy idealnie zsynchronizowane z resztą zespołu. Wrażenie robiło także różnicowanie planów brzmieniowych w obrębie samych smyczków – otchłań kontrabasów rozciągająca się w oddali, a bliżej matowe szarości pozostałych.

Orkiestra prowadzona pewną ręką przez Banaszaka poradziła sobie z wymagającą partyturą bardzo dobrze. W nieoczywisty sposób ulokowała w tym wszystkim swoją partię Marcelina Beucher. Ograniczenie i uproszczenie roli instrumentów można było podczas koncertu odczytać jako gest pozostawienia miejsca głosowi i słowom, które w zamyśle kompozytora stały w centrum tego utworu. Jednak nieco wbrew ludowym inspiracjom Góreckiego – zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i teksty – Beucher zaśpiewała w stylu bliższym wzmożonej operowej emocjonalności niż prostocie ludowych lamentacji.

Często źle reaguję na wokalną (nad)ekspresyjność, ale tutaj takie podejście było jak najbardziej uzasadnione, a dodatkowy atut stanowił krystaliczny, ale niepozbawiony mroku głos. W rezultacie całość była przekonująca, tym bardziej że przypomniała o tym, że nowe wykonania dzięki odmiennym odczytaniom powinny też dawać szansę do znalezienia czegoś wcześniej niedostrzeżonego w uznanych dziełach.

Stanisław Moniuszko, „Marsz żałobny Antoniego Orłowskiego”. Henryk Mikołaj Górecki „III Symfonia. Symfonia pieśni żałosnych” na sopran solo i orkiestrę op. 36.

Marcelina Beucher – sopran, Adam Bnaszak – dyrygent, Orkiestra Filharmonii Poznańskiej, Aula Uniwersytecka w Poznaniu, 18 stycznia 2019.

CZYTAJ TAKŻE: Moniuszko odzyskiwany

CZYTAJ TAKŻE: „Manru” – zachwyca i wzrusza

CZYTAJ TAKŻE: Wiolonczela to moja najwierniejsza przyjaciółka. Rozmowa z Agnieszką „Kova” Kowalczyk