fot. Mariusz Forecki

Wiolonczela to moja najwier niejsza przyjaciółka

Nie boję się krytyki, boję się ludzkiej zawiści i złośliwości. Jestem dumna zarówno ze swojego klasycznego wykształcenia, jak i ze swojej otwartości na wszelkie muzyczne przygody – mówi poznańska wiolonczelistka Agnieszka „Kova” Kowalczyk.

SEBASTIAN GABRYEL: Wiesław Myśliwski w „Traktacie o łuskaniu fasoli” napisał, że wiolonczela „potrafi się dobrać do najczulszych strun w człowieku”. Czy to właśnie dlatego zakochałaś się w tym instrumencie?

AGNIESZKA „KOVA” KOWALCZYK: Tak naprawdę wybrałam wiolonczelę trochę przez przypadek. Miałam wtedy 5 lat i chyba bardziej podobał mi się jej kształt niż dźwięk, którego pewnie nawet nie kojarzyłam. Szybko jednak się zaprzyjaźniłyśmy, a z czasem ta przyjaźń przerodziła się w miłość, fascynację i rodzaj uzależnienia [śmiech]. I na to już z pewnością miało wpływ to, jak ten instrument brzmi, a chyba nawet bardziej to, jak różnorodnie może brzmieć, jak różne emocje i nastroje można przekazać za jego pomocą.

Mówi się, że dźwięk wiolonczeli jest najbardziej zbliżony do ludzkiego głosu, choć przecież nikt nie posiada prawie 5-oktawowej skali. Jest w tym jednak dużo prawdy i uważam, że to właśnie dzięki temu podobieństwu do ludzkiego głosu kontakt pomiędzy nami potrafi być aż tak… intymny [śmiech].

 

Nasz związek trwa już ponad 30 lat i przyznam szczerze, że choć uwielbiam występować na scenie, to chyba najbardziej kocham mój instrument za te godziny spędzane tylko z nim.

Oczywiście duża część tego czasu to ciężka praca, udoskonalanie warsztatu, techniki gry, artykulacji, wibracji, intonacji, ale to również godziny spędzone na rozmowie z najwierniejszą przyjaciółką.

Swoją drogą, ciekawe, że przytoczyłeś akurat słowa Wiesława Myśliwskiego, którego bardzo cenię, a „Traktat…” jest chyba moją ulubioną jego powieścią. I to chyba właśnie z niej pochodzą bardzo bliskie mi słowa o tym, że człowiek najbardziej lubi rozmawiać sam ze sobą. Nawet jak rozmawia z kimś, to tak naprawdę rozmawia ciągle ze sobą. Myślę, że tak właśnie jest ze mną i moją wiolonczelą.

 

Czym dla ciebie jest projekt Joanna Dudkowska feat. Kova? Wasz „Music and Visual Experience” to koncert, a jednocześnie niemal spektakl!

Dla mnie nasz projekt to przede wszystkim niesamowita przygoda i możliwość stałej współpracy z bardzo dobrymi muzykami. To również szansa na pokazanie uniwersalności mojego instrumentu, to przekraczanie własnych ograniczeń wynikających z typowo klasycznego wykształcenia. To radość, zabawa, pasja, a więc to, co nazywamy chyba artystycznym spełnieniem [śmiech].

Swój projekt określacie mianem „podróży po muzyce”, podczas której interpretujecie utwory takich gwiazd jak Michael Jackson, Bruno Mars czy grupa Muse. To dość zaskakujący eklektyczny repertuar… Czym sugerowałyście się przy jego układaniu?

Kasia Pakowska – wokal i perkusjonalia, Joanna Dudkowska - gitara basowa, Agnieszka Kowalczyk – wiolonczela

Mam dość eklektyczny gust muzyczny. Słucham wielu gatunków, wśród których jest rock, pop, jazz, folk, muzyka klasyczna czy szeroko pojęty gatunek indie. I myślę, że taka właśnie jest Kova. Przede wszystkim otwarta na wszelkie gatunki muzyczne i poszukująca w ich ramach miejsca dla wiolonczeli – w tym wypadku, wiolonczeli elektrycznej podłączonej pod różnego rodzaju efekty oraz loop station.

W projekcie Joanna Dudkowska feat. Kova nasz repertuar jest wynikiem właśnie takich poszukiwań. Są to utwory, które lubimy i w których stwierdziłyśmy, że obie możemy pokazać wszechstronność naszych instrumentów i nasze umiejętności. Warto też wspomnieć, że w ramach tego projektu gramy również utwory autorskie. Na razie są to kompozycje Joanny, ale możliwe, że będziemy poszerzać repertuar o kolejne, nie wykluczam, że również moje.

W ramach projektu wystąpiłyście niedawno w poznańskiej Auli Artis z Urszulą, Felicjanem Andrzejczakiem i Robertem Chojnackim. Jak zapamiętałaś ten – jak podejrzewam – wyjątkowy wieczór?

Kasia Pakowska – wokal i perkusjonalia, Joanna Dudkowska – gitara basowa, Agnieszka Kowalczyk – wiolonczela

Przygotowywaliśmy się do tego koncertu od dłuższego czasu i myślę, że wszyscy możemy być dumni z końcowego rezultatu. Ogromną pracę wykonała Joasia, która zresztą jest motorem napędowym naszego projektu. Ten koncert odbył się głównie dzięki jej uporowi i ogromnemu zaangażowaniu we wszelkie – również pozamuzyczne – działania związane z organizacją, promocją, pozyskiwaniem funduszy… Tamten wieczór zapamiętałam jako tak wyjątkowy, jak wyjątkowi byli goście, którzy zgodzili się z nami wystąpić. Ogromna radość z grania, żywo reagująca publiczność… Czego chcieć więcej? [śmiech].

 

Jaką osobą jest Joanna Dudkowska? Nie tylko wtedy, kiedy stoi z tobą na scenie, ale również, kiedy z niej schodzi.

Joasia jest zdecydowanie liderem naszego zespołu i jest to rola idealna dla niej. Jest uparta, pracowita, pewna siebie i tego, czego chce. Odważna i konsekwentna. Kobieta silna, niezależna… Idealny przywódca [śmiech].

 

Zadałem to pytanie, bo niektórzy – być może niesłusznie – twierdzą, że współpraca dwóch kobiet na płaszczyźnie muzycznej z początku zwykle bywa dość problematyczna, jednak koniec końców wydaje wspaniałe owoce. Czy to prawda, że artystkom trudniej jest się ze sobą „dotrzeć”? [śmiech]. Na ogół macie silniejsze charaktery niż my…

Agnieszka „KOVA” Kowalczyk

Ciekawe jest to, że niemal za każdym razem, gdy udzielamy wywiadów, to nasi rozmówcy o to pytają [śmiech]. I mam wrażenie, że czekają na opowieści o jakiś strasznych kłótniach, konfliktach, awanturach. Jeśli tak, to muszę cię rozczarować, bo nic takiego nie ma miejsca! Wypracowałyśmy sobie jakiś model współpracy, który daje naprawdę dobre rezultaty i pomimo tego, że charakterologicznie jesteśmy bardzo różne i mamy inne priorytety – również w życiu osobistym – to potrafimy działać wspólnie i wydawać piękne owoce.

 

Gdybym miał wskazać gatunki, na jakie zorientowany jest wasz projekt, powiedziałbym, że to przede wszystkim gęsta i wielobarwna mieszanina muzyki fusion, w której na pierwszy plan wysuwają się rock i funk. Ich „język” wydaje się zupełnie nie współgrać z „klasycznym” brzmieniem wiolonczeli… Podejrzewam jednak, że to przysparza ci nie tyle trudności, ile mnóstwo zabawy [śmiech]. Lubisz grać „na przekór”?

Nigdy nie myślałam o tym, że gram „na przekór”. Natomiast w swojej działalności zdecydowanie potrzebuję elementów zabawy, poszukiwania, próbowania, sprawdzania się. Myślę, że to jedna z moich głównych zalet. Ta otwartość, chęć podejmowania wszelakich muzycznych wyzwań i chyba pewnego rodzaju odwaga, której niestety często muzykom klasycznym brakuje.

 

Muszę przyznać, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłem, w jaki sposób zachowujesz się na scenie, momentalnie przypomniałem sobie o szalonych Finach z kultowego w niektórych kręgach kwartetu Apocalyptica. O ile wiem, oni jako pierwsi w tak zdecydowany sposób przełożyli rock i metal na wiolonczele. Być może pamiętasz ich debiutancką płytę „Plays Metallica by Four Cellos” – nie masz czasem pokusy, by zrobić coś podobnego?

Kasia Pakowska – wokal i perkusjonalia, Joanna Dudkowska – gitara basowa, Agnieszka Kowalczyk – wiolonczela

Tak, Apocalyptica to chyba pierwszy typowo wiolonczelowy zespół, który na tak szeroką skalę rozpowszechnił ten instrument i pokazał światu, że wiolonczela może mieć wiele twarzy [śmiech]. Zdecydowanie inspiruję się nimi w moich poszukiwaniach muzycznych. Oczywiście jest też wielu innych wiolonczelistów spoza klasycznego kręgu, których poczynaniami się zachwycam – Zoë Keating, Jo Quail, Artyom Manukyan, śledzę też Tinę Guo, która jest już niemalże wiolonczelistką-celebrytką [śmiech] oraz wspaniały duet chłopaków z 2Cellos.

Muszę przy okazji wspomnieć o moim najnowszym projekcie, jakim jest duet wiolonczelowy Cello 2 Cello, w którym wraz z Izabelą Buchowską łączymy klasyczną wirtuozerię z improwizacjami, rockową energią, prezentując hity pop, rock, jazz, a także najbardziej znane utwory z muzyki klasycznej i filmowej w bardzo ciekawych aranżacjach.

 

Taki uniwersalny duet marzył mi się już od dłuższego czasu i to marzenie właśnie się spełnia. Jesteśmy reprezentowane przez jedną z dużych amerykańskich agencji artystycznych, dzięki której możemy koncertować na całym świecie.

Kilka dni temu wróciłyśmy z koncertów w Chile i Argentynie, a przed nami w kolejnych miesiącach Japonia, Chiny, Wietnam, Indie, Emiraty Arabskie, Grecja, Włochy, Stany Zjednoczone… Jestem tym wszystkim bardzo podekscytowana [śmiech]. 

Nie ma żadnych wątpliwości, że jesteś wiolonczelistką, która choć może pochwalić się klasycznym wykształceniem, to nie daje się zaszufladkować. Nie boisz się krytyki ze strony purystów i ortodoksów? W Poznaniu jest ich niestety całkiem sporo…

To, że nie daję się zaszufladkować uważam za swoją ogromną zaletę. Nie boję się krytyki, boję się ludzkiej zawiści i złośliwości. Jestem dumna zarówno ze swojego klasycznego wykształcenia, jak i ze swojej otwartości na wszelkie muzyczne przygody. Już od czasu studiów zafascynowana jestem współpracą z różnego rodzaju grupami teatralnymi i teatrem tańca, tworzeniem muzyki na żywo do filmów niemych. Od czasu do czasu udzielam się też czynnie w środowisku tzw. poznańskiej sceny muzyki improwizowanej, grając np. w Poznańskiej Orkiestrze Improwizowanej, choć w ostatnich miesiącach brakuje mi na to czasu.

 

Bardzo ciekawą przygodą jest dla mnie kilkuletnia już współpraca z zespołem Raya Wilsona. Myślę, że takich wyzwań przede mną jest jeszcze sporo i bardzo się na nie cieszę.

Agnieszka „KOVA” Kowalczyk

Z każdej współpracy wychodzę bogatsza o nowe doświadczenia, zdolności, umiejętności, inspiracje. Unikam rutyny i zawodowego wypalenia. Jestem też nauczycielem w jednej z poznańskich szkół muzycznych, co również jest dla mnie dużym wyzwaniem, sprawiając mi jednocześnie ogromną frajdę.

Cały czas odkrywam, jak wiele sama mogę się nauczyć, ucząc innych i myślę, że to wszystko ma wpływ na to, jakim jestem muzykiem. Wracając jeszcze do strachu przed krytyką, o którą pytasz… Wiesz, kiedyś chyba rzeczywiście obawiałam się, jak jestem odbierana, oceniana jako wiolonczelistka, artystka, kobieta. Obawiałam się, co inni myślą o moich wyborach zawodowych, choćby o rezygnacji z etatowej pracy w Teatrze Wielkim, i to na stanowisku zastępcy koncertmistrza. Ale to, co mnie zmieniło, co zdecydowanie dodało odwagi, siły i pewności siebie we wszystkich dziedzinach mojego życia, to macierzyństwo, a moja córeczka to jedyny krytyk, z którego zdaniem staram się liczyć.

AGNIESZKA „KOVA” KOWALCZYK – wiolonczelistka, absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu, przełamuje swoje klasyczne wykształcenie i poszukuje inspiracji w muzyce innych gatunków. Współpracowała z wieloma muzykami sceny jazzowej, rockowej i elektronicznej. Występowała i nagrywała z zespołami Nicole Mitchell i Dee Alexander, grupami Adre’N’Alin i An_Arche. Od kilku lat współpracuje też z Rayem Wilsonem – ostatnim wokalistą Genesis. Zagrała na festiwalach Open’er, Tauron Nowa Muzyka, Transatlantyk i wielu innych. Współpracuje z reżyserami teatralnymi i twórcami muzyki teatralnej. Można ją było usłyszeć w spektaklach Teatru Nowego w Poznaniu, Polskiego Teatru Tańca, Teatru Biuro Podróży i grupy teatralnej Usta Usta. Występuje również w ramach swojego solowego projektu Kova na wiolonczelę elektryczną i loop station.

CZYTAJ TAKŻE: Swiernalis: Operacja na żywym ciele

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #6. Mateusz Bąk, Pawlack i Vittuma

CZYTAJ TAKŻE: Chcę być niedookreślona. Rozmowa z Evą Navrot