fot. redakcja

Muzyka wprost z nieba

Ciaccony z II „Partity d-moll Jana Sebastiana Bacha” słuchałem dziesiątki razy, często w interpretacji takich znakomitości, jak Maxim Vengerov czy Anne Sophie-Mutter, jednak dopiero dzięki wykonaniu Clary Jumi-Kang zrozumiałem jej głęboki sens. Skrzypaczka wystąpiła obok Gidona Kremera w cyklu „Bezsenność”. Tego koncertu długo nie zapomnę.

W drugim z trzech koncertów z cyklu „Bezsenność”, organizowanym przez Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu wystąpił znakomity skrzypek Gidon Kremer, wybitny interpretator muzyki XX wieku, oraz założyciel orkiestry kameralnej Kremerata Baltica. Podczas koncertu w Kościele pw. Wszystkich Świętych łotewskiemu skprzypkowi towarzyszyła młoda i niezwykle utalentowana skrzypaczka, Clara Jumi-Kang. Wieczór ze znakomitą muzyką Luigi Nono oraz Mieczysława Weinberga, do której wstępem był Bach, przyniósł niezapomniane wrażenia.

Koncert otworzyła Clara Jumi-Kang wykonaniem Ciaccony z II „Partity d-moll Jana Sebastiana Bacha”. Wśród różnych hipotez co do genezy utworu, znajdziemy i taką, która mówi że Ciaccona jest swoistego rodzaju hołdem, jaki Bach złożył swojej żonie. Rzeczywiście jest coś na rzeczy. Trudno nie doszukiwać się głębszych treści w tym niezwykłym utworze.

Ciaccona jako ostatnia część Partity d-moll trwa niemalże tyle, co poprzedzające ją cztery części. Posiada wyrazistą strukturę trzech wewnętrznych ustępów, co siłą rzeczy sugeruje, że jest muzyczną medytacją nad czyimś życiem, czy też próbą zbudowania czyjegoś muzycznego portretu. W przeszłości miałem okazję wysłuchać tego utworu dziesiątki razy, często w interpretacji muzycznych znakomitości, jak chociażby Maxim Vengerov czy Anne Sophie-Mutter, oboje wspaniali, jednak dopiero dzięki interpretacji Clary Jumi-Kang zrozumiałem głęboki sens Ciaccony.

Wrażenie, jakie na mnie wywarła gra tej młodej skrzypaczki, było piorunujące. Zupełnie na boku pozostawiam wszystkie aspekty techniczne, skądinąd wysokiej próby. Spokój i opanowanie, a jednocześnie głębia dźwięku, jakie wydobywała Clara Jumi-Kang pozostaną we mnie na długo. Właściwe uchwycenie arcytrudnej polifonii, umiejętnie zbudowana dramaturgia za pomocą doboru najszlachetniejszych odcieni dynamicznych sprawiały, że  muzyka zdawała się płynąć nie spod ludzkiej ręki, a wprost z nieba.

Po wiecznie żywej muzyce Bacha, przyszedł czas na „12 preludiów na skrzypce solo” Mieczysława Weinberga, które wykonał Gidon Kremer. W ostatnich latach twórczość Weinberga cieszy się nieprawdopodobnym zainteresowaniem dyrygentów, skrzypków, pianistów, a także teatrów operowych. Choć imponująca pod względem ilości, pozostaje w moim odczuciu dość nierówna.

Obok utworów silnie inspirowanych twórczością Dymitra Szostakowicza, odnaleźć można kompozycje bardzo oryginalne i zgoła odmienne od neoklasycznego ducha muzyki tamtych czasów. Przykładem jest właśnie „12 Preludiów na skrzypce solo”, dzięki którym Gidon Kremer ukazał swoją fantastyczną technikę skrzypcową, ale i wrażliwość na niuanse barwowe. Utwór Weinberga jest niezwykle wymagający, pełen trudności technicznych, ale też bogaty w reminiscencje z twórczości innych kompozytorów, dlatego dobre wykonanie musi uwzględniać dwa elementy – znakomitą technikę oraz znajomość różnych stylistyk. W przypadku Gidona Kremera oba elementy stopiły się w sposób idealny.

Na koniec zabrzmiała „Sonata podwójna” Mieczysława Weinberga. Muzyka gęsta, bogata w najrozmaitsze nastroje, wymagająca przede wszystkich dużych umiejętności muzycznego partnerowania. Publiczność przyjęła utwór gromkimi oklaskami na stojąco. Artyści odwdzięczyli się jednym bisem, podniosły nastrój zdecydowali się przełamać popularnym standardem „Sweet Georgia Brown”.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0