fot. materiały prasowe „Free Guy”

Najbardziej wulgarny film roku, czyli o „Free Guyu”

Nachalna manifestacja potrzeby emancypacji białego cis-mężczyzny, okraszona ekstremalną przemocą i szowinizmem. Do zobaczenia na kinowych ekranach.

Życie Guya (Ryan Reynolds) codziennie wygląda tak samo. Budzi się w niebieskiej piżamce, wita się ze swoją złotą rybką, je miskę płatków z mlekiem, oglądając wiadomości, a następnie kompletuje strój z szeregu takich samych niebieskich koszul i spodni khaki.

 

Zmierza do banku, gdzie pracuje, by spędzić kolejne godziny na byciu sztyletowanym, rozstrzeliwanym, a w najlepszym przypadku okradanym.

Bywa, że po drodze jest rozjeżdżany przez rozpędzone samochody, furgonetki, autobusy, ginie od wybuchów i w ulicznych strzelaninach. Może mówić o dobrym dniu, gdy dostanie jedynie z pięści w brzuch. Otóż Guya naprawdę nazywa się Facetem (z ang. guy) w Niebieskiej Koszuli, jest NPC (non-player character, czyli postacią w grze niebędąca graczem), mieszkającym w grze komputerowej „Free City”. 

Niczym Neo w „Matrixie”

fot. materiały prasowe „Free Guy”

Pewnego dnia w drodze do banku poznaje dziewczynę w skórzanych spodniach zwaną Molotov Girl (Jodie Comer – Villanelle z serialu „Killing Eve”). To spotkanie sprawia, że wirtualny świat Guya trzęsie się posadach, a sam bohater zakochuje się w postaci, z którą NPC ze swojej zaprogramowanej natury nie może sam z siebie wchodzić w interakcje. Molotov Girl jest bowiem awatarem graczki, czyli jedną z wielu postaci, które logują się do „Free City”, by gwałcić i grabić, a więc wykonywać kolejne misje (fani_ki gry „GTA” na pewno znajdą wiele analogii). Od tego momentu Guy zaczyna kwestionować swoją tożsamość, np., ku przerażeniu pozostałych NPC, zamiast codziennej białej kawy z dwiema łyżeczkami cukru zamawia cappuccino. Bardzo szybko orientuje się też, że jego przeznaczeniem jest zostanie pierwszym bohaterem AI, czyli obdarzonym sztuczną inteligencją, który wejdzie do gry na równych prawach, co postaci sterowane przez ludzi.

 

Doprawdy chyba nie ma bardziej nachalnej manifestacji białego cis-męskiego uprzywilejowania niż ta Guya, tym bardziej wulgarnej, bo dokonywanej pod płaszczykiem emancypacji (tak, jakby biali hetero-kolesie takowej potrzebowali).

Od teraz rzeczywistość bohatera zostanie zdominowana przez jeszcze więcej wybuchów, pościgów, karamboli i śmierci, bo Guy, aby w pełni mógł „ukształtować się” jako AI, musi zdobywać punkty. Te kolekcjonuje się przez kolejne zbrodnie, popełniane, de facto, na pozostałych NPC. Jak nie dokonywać rzezi na pobratymcach? Guy staje się good guy, czyli dobrym bohaterem ścigającym tych złych i niweczącym plany gnębienia mieszkańców i mieszkanek „Free City”. Co w praktyce oznacza to nagromadzenie absurdu? Nasz namaszczony sztuczną inteligencją Guy nie pozwala graczom_kom grabić, zabijać i niszczyć, a więc robić to, za co zapłacili_ły. Staje się poniekąd superbohaterem.

Wirus

Skoro Guy jak wirus rozsadza kod gry, musi mieć to reperkusje w realnym świecie. Producent „Free City” Antwan (szokująco koszmarny Taika Waititi) nie spocznie, póki nie wypleni wirtualnego chwasta. Tym samym wybujałe ego bierze górę nad ewentualnością otrzymania Nobla (pamiętajmy – pierwsze faktycznie funkcjonujące IA w historii), a Antwan tak naprawdę staje się głównym villainem filmu.

 

fot. materiały prasowe „Free Guy”

Tym bardziej że, czego dowiadujemy się na samym początku, ciąży na nim widmo pozwu o prawa autorskie prawdziwych pomysłodawców gry (Joe Keery i ponownie Jodie Comer, tyle tylko, że w włosach blond).

Pomiędzy kolejnymi wybuchami i pościgami, niszczeniem i odbudowywaniem miasta, moralnymi dylematami (czy zabijanie w grze komputerowej jest etyczne?), a nawet miłosnym zbliżeniem między człowiekiem a wirtualną postacią (sic!) i klasycznym szowinizmem, który musi pojawić się, gdy cis-kolesie prężą muskuły, reżyser Shawn Levy nawet nie sili się na oryginalność; jest jak marny uczniak, który pisząc wypracowanie, ściąga z różnych zeszytów, co owocuje zlepkiem najróżniejszych, niepasujących do siebie wątków i motywów (chociażby zerżniętych z filmów ze wspomnianego uniwersum Marvela, „The Lego Movie”, „Johna Wicka” czy nawet „Matrixa”).

 

Szwy między nimi Levy stara się maskować kolejną porcją akcji i eksplozji. A także twarzą Ryana Reynoldsa, aktora, który w pewnym momencie swojej kariery z przeciętnego aktora komediowego przeistoczył się w speca od komediowego kina akcji (głównie przez „Deadpoola”).

fot. materiały prasowe „Free Guy”

Zza pazuchy wyciąga zestaw klasycznych min, żartów i charakterystycznego tonu głosu, by przymilić się swoim fanom_kom.

 

W konsekwencji „Free Guy” jest jak plastelinowy potwór powstały ze zlepków tego, czym karmi się współczesne kino – poszukiwaniem IP (własności intelektualnej), którą dopóty można będzie reprodukować, dopóki widownia będzie zapełniona.

A wydaje się, że ta, karmiona głównie filmami z uniwersum Marvela (które sam zresztą bardzo lubię), będzie dopisywać. Wystarczy tylko wspomnieć entuzjastyczną reakcje oglądających, gdy Guy na moment wyciąga tarczę Kapitana Ameryki. Nieważne, co oglądają, ważne, że na ekranie zobaczą to, do czego dzisiejsze kino ich przyzwyczaiło. I jest to niestety smutne.

 

„Free Guy”, reż. Shawn Levy, USA, 2021