fot. Jakub Seydak

Najlepsi aktorzy. 62 KALISKIE SPOTKANIA TEATRALNE

Do Krakowa i Warszawy przede wszystkim pojechały nagrody tegorocznego Festiwalu Sztuki Aktorskiej. Wśród laureatów byli także artyści z międzymiastowej koprodukcji oraz aktorski zespół z Gdańska. W ciągu dziewięciu dni widzowie obejrzeli w Kaliszu czternaście spektakli, wśród których nie zabrakło przedsięwzięć popularnych czy kontrowersyjnych. Majowe święto aktorów wypełniono ponadto spotkaniami, wystawami i koncertami.

Festiwal Sztuki Aktorskiej w Kaliszu w tym roku, jak wiele imprez kulturalnych, nosił w sobie jeszcze piętno pandemii, ale raczej w formie refleksji lub znaków w kilku przedstawieniach. Zniknęły maseczki, covidowe oświadczenia, limity miejsc i lęk… przed spotkaniem z drugim widzem. Na szczęście – po dwóch latach – festiwal powrócił do swego tradycyjnego majowego terminu, z czego cieszyli się i widzowie, i organizatorzy, ale dla tych drugich wiązało się to z koniecznością przygotowania dwóch wielkich wydarzeń w ciągu jednego sezonu. Warto to zauważyć i już na początku pogratulować dyrektorowi oraz pracownikom Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego, bo żadna z edycji imprezy, ani ta z września 2021, ani ta z maja 2022, na tym nie ucierpiała.

Walka o nagrody?

Inauguracja festiwalu, fot. Jakub Seydak

Goszczący w Kaliszu aktorzy w wywiadach czy na spotkaniach z widzami twierdzą, że konkurs nie ma dla nich znaczenia, że wizja zdobycia nagrody nie wpływa na jakość spektaklu. Ci, którzy mają dystans do siebie, czasami z humorem skarżą się, że nie zostali docenieni albo że przeniesienie przedstawienia, będącego precyzyjną reżyserską partyturą, w inną (festiwalową) przestrzeń jednak determinuje samopoczucie aktorów.

 

Pamiętam rozmowę z Anną Polony podczas 48. Kaliskich Spotkań Teatralnych, która wymieniwszy wszystkie spektakle, z którymi przyjechała do Kalisza, powiedziała rozbawiona: „nie lubię was”.

Przyjeżdżała na festiwal ze znakomitymi rolami w wybitnych przedstawieniach, takimi jak Muza w „Wyzwoleniu” Konrada Swinarskiego, a wróciła jedynie z nagrodą za Maman Liedermayer w „Wiośnie narodów w cichym zakątku” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego. I to nagrodą drugiego stopnia, co nie do końca – powiedziała ze śmiechem – ją usatysfakcjonowało. Z kolei Dorota Kolak wspomniała, że „Trzy siostry” Krzysztofa Babickiego, zrealizowane ze znakomitym w tamtym momencie zespołem Teatru Wybrzeże, jej zdaniem nie najlepiej zabrzmiały na scenie Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego. Wyraziła się wówczas metaforycznie, że dla aktora czasami ma znaczenie to, „że sceniczny kurz inaczej pachnie”.

 

Do tego pudła widzowie będą wrzucać swoje kupony w plebiscycie na „Naj-Bogusławskiego” aktora oraz spektakl, fot. Jakub Seydak

Są zatem w tych rozmowach z aktorami, a miałem szansę jako dziennikarz radiowo-telewizyjny przeprowadzić ich setki, mieszane uczucia i refleksje.

Z jednej strony jest to dla aktorów – wierzę w to – ważny jak każdy inny, choć festiwalowy, spektakl, z drugiej – jednak szczególny, nasączony dodatkowymi emocjami, występ, który może zaowocować potwierdzeniem talentu czy dobrze wykonanej pracy w postaci nagrody czy wyróżnienia. Nasze wewnętrzne przekonanie o tym, że robimy coś dobrze, wymaga od czasu do czasu potwierdzenia przez kogoś innego, a aktorzy takich okazji mają coraz mniej. Coraz mniej powstaje recenzji z prawdziwego zdarzenia, a Festiwal Sztuki Aktorskiej jest tylko jeden. W Kaliszu.

Grand Prix 2022

Droga festiwalowych widzów wiedzie od inauguracji, przez kilka dni wypełnionych spektaklami, do finału, podczas którego poznają werdykt jury. Dla czytelników festiwalowego podsumowania muszę jednak zmienić kierunek i zacząć od listy nagrodzonych.

 

Jury 62. KST podczas ogłaszania werdyktu, fot. Jakub Seydak

Grand Prix 62. Kaliskich Spotkań Teatralnych otrzymała Maja Pankiewicz za rolę Soni w sztuce Antoniego Czechowa „Wujaszek Wania” w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej z Teatru Ludowego w Krakowie.

Jury podjęło tę decyzję jednogłośnie.

„To aktorstwo najwyższej próby, bezszwowe, stworzenie kreacji bardzo dojmującej” – powiedziała dziennikarzom Dorota Ignatjew, członkini jury, aktorka i – od zeszłego roku – dyrektorka Teatru Nowego w Łodzi. „Mamy obowiązek właśnie tu, gdzie odbywa się najstarszy polski festiwal, gdzie docenia się sztukę aktorską, aby w różnych konwencjach, różnych gatunkach – kontynuowała Ignatjew – wyłuskać, nawet w spektaklach zbiorowych, ciężką pracę aktorską, wyłuskać talenty. Oczywiście wszyscy, którzy się tutaj znaleźli, są wygranymi, bo samo znalezienie się w takim gronie, na takim festiwalu, nazwijmy to crème de la crème polskiego aktorstwa, jest nagrodą, natomiast ta rola, rola Mai Pankiewicz, szczególnie odpowiada naszym gustom czy wymaganiom. Ona ponadto zgadza się z tym, czym dzisiaj jest aktorstwo. Niekreacyjne, budowane nie tylko na charakteryzacji, na konwencji, na formie, lecz bardzo subtelnie, prawie niezauważalnie, po cichu, a jakże wymownie”.

 

„Wujaszek Wania” w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej z Teatru Ludowego w Krakowie, fot. Jakub Seydak

„To była sytuacja zupełnie niezwykła. Prowadziliśmy w naszym gronie zacięte dyskusje, bo czwórka jurorów reprezentuje odmienne wrażliwości teatralne. W przypadku Grand Prix było inaczej” – potwierdził Rafał Turowski, teatralny bloger i recenzent ChilliZET. „To rola po prostu wybitna, do głębi poruszająca. Maja Pankiewicz zagrała w sposób intuicyjny, stworzyła postać tak delikatną, a jednocześnie kompletnie pozbawioną złudzeń, mimo swojego młodego wieku. Zbudowała postać, która żyje z i obok mężczyzn, którym się w życiu nie powiodło. Ten spektakl jest przecież o starości męskiej”.

 

Choć w kuluarowych dyskusjach prowadzonych przez lokalnych recenzentów oraz festiwalowych bywalców nie brakowało zdziwienia, że to właśnie Maja Pankiewicz dostała Grand Prix, to jednak warto podkreślić, że w tym roku – a zdarza się to dość rzadko – wybór jurorów był zgodny z wyborem publiczności. Społeczne jury podliczywszy – według specjalnego algorytmu – głosy widzów przyznało tytuł „Naj-Bogusławskiej Aktorki” właśnie odtwórczyni roli Soni w krakowskim spektaklu.

 

„My naprawdę nie znaliśmy werdyktu publiczności” – mówiła Dorota Ignatjew. „Tutaj zgodziliśmy się, co też daje potwierdzenie, że nie tylko my mieliśmy takie odczucia”.

 

Spektakl Bogajewskiej jest kameralny, cichy, ale zmusza do wsłuchania się w emocjonalne rozedrganie aktorów, zwłaszcza Mai Pankiewicz jako Soni, która przyjmując kolejne bolesne razy, tłamsząc swe uczucia, przeistacza się na naszych oczach z zakompleksionej dziewczyny w pełną energii i silną kobietę przyjmującą swój los z mieszanką pokory i wiary.

W spektaklu Teatru Ludowego doceniono także Piotra Franasowicza, który wcielił się w Astrowa – młodego, choć zmęczonego życiem lekarza, zagubionego w swych pragnieniach, szukającego rozwiązania na dnie butelki i przez to raniącego tych, którzy mogliby nadać sens jego bytowi. Aktor otrzymał drugą nagrodę.

Pierwsza nagroda aktorska

„Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Mai Kleczewskiej Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, fot. Jakub Seydak

Laureatkę drugiej najważniejszej nagrody kaliskiego festiwalu odnaleziono w głośnym spektaklu Mai Kleczewskiej „Dziady”.

 

Sława interpretacji dramatu Adama Mickiewicza na deskach krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego dotarła do grodu nad Prosną znacznie wcześniej.

Możliwość obejrzenia tej niezwykłej inscenizacji (skrytykowanej przez małopolską kuratorium oświaty, co niebagatelnie wpłynęło na sławę przedsięwzięcia) na miejscu, to znaczy w Krakowie, stała się dla publiczności Kaliskich Spotkań Teatralnych dodatkową atrakcją, co prawda wiążącą się z długą podróżą, ale jednak dającą możliwość obejrzenia przedstawienia we wnętrzach i przestrzennym ukształtowaniu, których nie dałoby się odtworzyć w Kaliszu. „Czytanie” najsłynniejszego utworu scenicznego wieszcza przez Maję Kleczewską zasługuje na osobną recenzję, ale dla nas najważniejsi są aktorzy. Roli Dominiki Bednarczyk po prostu nie można było nie zauważyć, nie tylko dlatego, że wcieliła się w Konrada, w postać do tej pory zarezerwowaną dla mężczyzn, ale przede wszystkim dlatego, że jej kunszt scala całe teatralne przedsięwzięcie. Bywają w krakowskich „Dziadach” świetne momenty Marcina Kalisza jako Księdza Piotra czy Jana Peszka jako Senatora, ale tak naprawdę cały zespół aktorski wspiera Konrada, a odtwórczyni głównego bohatera ani na chwilę nie ugina się pod ciężarem odpowiedzialności za cały spektakl. Wachlarz emocji, czasami sprzecznych, widoczny na twarzy i słyszalny w głosie Bednarczyk jest trudny do opisania. Ta nagroda jej się po prostu należała!

Spotkanie z aktorami i twórcami „Sztuki intonacji”, fot. Jakub Seydak

Drugie nagrody aktorskie

Tu na równi jurorzy usytuowali dwie kreacje. Oprócz wspomnianego Piotra Franasowicza z „Wujaszka Wani” tę nagrodę odebrał również Łukasz Lewandowski, który dla wielu widzów był pretendentem nawet do Grand Prix.

 

Tym razem znakomity aktor wcielił się w Jerzego w „Sztuce intonacji” Tadeusza Słobodzianka w reżyserii Anny Wieczur z Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Na bazie świetnych tekstów dramaturga, czerpiących garściami z życiorysów znanych ludzi teatru, takich jak Kantor czy Flaszen, tworzy Lewandowski – przez trzy akty i niemal cztery godziny – gigantyczną rolę, w której z jednej strony przeistacza się w Jerzego Grotowskiego, z drugiej – prowadzi dyskurs z jego legendą i wyobrażeniami jego wyznawców o nim. „Sztuka intonacji” twórczej spółki Słobodzianek-Wieczur generalnie jest wielkim aktem wiary w słowo na scenie i inteligencję widzów, a spinająca trzy odsłony rola Lewandowskiego to popis wirtuozerii pod każdym względem. Tylko aktor tej miary potrafi ironizować na temat odgrywanej postaci, ale jej nadmiernie nie ośmieszać. Sprawność fizyczna i kondycja 48-letniego aktora także była szeroko komentowana, a przedstawienie, które wymagało od widzów wyjątkowego skupienia i erudycji, zostało dodatkowo uhonorowane przez społeczne jury mianem „Naj-Bogusławskiego spektaklu”.

Łukasz Lewandowski w „Sztuce intonacji” Tadeusza Słobodzianka w reżyserii Anny Wieczur z Teatru Dramatycznego w Warszawie, fot. Jakub Seydak

Trzecie nagrody aktorskie

W tej części znalazł się wyraz podziwu dla aktorskiego duetu z Teatru Narodowego w Warszawie, Justyny Kowalskiej i Mateusza Rusina, za role w „Tchnieniu” Duncana MacMillana w reżyserii Grzegorza Małeckiego.

 

Recenzenci podkreślają, że w spektaklu widać, iż jest on reżyserskim debiutem świetnego aktora, a ja bliższy byłbym uznania  dla niełatwej koncepcji inscenizacyjnej, którą wybrał.

Tylko ci, którzy zostali postawieni na scenie bez jednego choćby elementu scenografii, bez jakiegokolwiek rekwizytu, a jedynie z gigantyczną ilością tekstu, wiedzą, jak wielkim trudem jest stworzenie ciekawej, żywej, różnorodnej, trwającej półtorej godziny narracji. Bez reżyserskiego oka, bez kogoś, kto pilnuje rytmu, kto najprawdopodobniej umie pracować z aktorami, bo sam rozumie wszystkie trudy tworzenia roli, „Tchnienie” nie mogłoby powstać. Tekst MacMillana nie jest wybitnym dziełem, ale przykładem ciekawej fabuły poświęconej spóźnionemu dojrzewaniu dwojga młodych ludzi, napisanej z dużą znajomością psychologii przedstawianego pokolenia oraz sporym wyczuciem językowym, gwarantującym brak nudy na scenie.

Nagroda zespołowa

„Tchnienie” z Teatru Narodowego w Warszawie, fot. Jakub Seydak

Choć na kaliskim festiwalu nie raz ogłaszano kres teatralnego zespołu jako wyjątkowego, trwającego latami artystycznego kolektywu, złożonego ze świetnych aktorów, a jednak emanującego zbiorową siłą, to jednak raz po raz okazuje się, że wiadomości o jego śmierci są znacznie przesadzone. Tegorocznym dowodem na to, że w obrębie państwowej instytucji można stworzyć zgraną sceniczną ekipę, był spektakl „Awantura w Chioggi” Carla Goldoniego w reżyserii Pawła Aignera z gdańskiego Teatru Wybrzeże. Nie zabrakło głosów: Ale co to jest? Fikołki, kopniaki, rechot podbrzusza? Jak to się ma do Festiwalu Sztuki Aktorskiej?

 

To zdziwienie, nawet tych, którzy odwiedzają teatr dość często, jest dowodem, że bardzo długo nie oglądaliśmy – przynajmniej w Kaliszu – commedii dell’arte.

Sam powrót do tradycji szesnastowiecznej włoskiej komedii plebejskiej, czy też bardziej do jej odświeżonej w XVIII wieku przez Goldoniego wersji, nie jest i nie może być jedynym powodem nagrodzenia przedstawienia, ale trzeba przyznać, że gdańscy aktorzy swą energią i fizyczną sprawnością przypomnieli, czym jest aktorskie rzemiosło i jak ważna jest w tym zawodzie wszechstronność. „Bardzo trudne jest dziś granie commedii dell’arte. Prawie nikt się nie podejmuje” – zauważyła Dorota Ignatjew. „Wymaga niebywałej sprawności aktorskiej, sprawności fizycznej, bardzo energetycznego budowania roli. A w tym spektaklu uchwycono włoski temperament i plebejskość, dając widzom wielką radość”. Sporo mówiło się przy okazji tego spektaklu o potrzebie odreagowania po pandemii. Chcieli tego aktorzy i – jak się okazało – również widzowie, bowiem festiwalowa widownia była wypełniona po brzegi, a publiczność przedstawień Sceny Letniej w Pruszczu Gdańskim liczona jest w tysiącach.

Nagrody pozostałe, nie mniej ważne

„Awantura w Chioggi” Carla Goldoniego w reżyserii Pawła Aignera z gdańskiego Teatru Wybrzeże, fot. Jakub Seydak

Nie mieli w tym roku szczęścia gospodarze, czyli Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, bo żaden z aktorów spektaklu „Kim jest pan Schmitt?” Sébastiena Thiéry w reżyserii Cezarego Ibera nie został dostrzeżony przez festiwalowe jury. Kaliszanie mogli cieszyć się jedynie Nagrodą im. Jacka Woszczerowicza, która powędrowała do urodzonej w ich mieście Barbary Wypych. Fundowane przez Związek Artystów Scen Polskich trofeum na ogół wręczano najlepszemu na festiwalu odtwórcy roli drugoplanowej, ale rola Ilony w „Kto chce być Żydem?” Marka Modzelewskiego w reżyserii Wojciecha Malajkata do nich nie należy. Wypych – zdaniem jurorów – była po prostu najlepsza, a może i jedyna godna uwagi, wśród gwiazd przedstawienia z Teatru Współczesnego w Warszawie.

„Śnieg” według Orhana Pamuka w reżyserii Bartosza Szydłowskiego, fot. Jakub Seydak

 

Na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych zawsze nagradza się także ciekawe epizody.

Nagrodę im. Ignacego Lewandowskiego (słynnego niegdyś kaliskiego epizodysty) otrzymał w tym roku Daniel Dobosz za rolę Terrorysty w spektaklu „Śnieg” według Orhana Pamuka w reżyserii Bartosza Szydłowskiego, będącego koprodukcją Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie, Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, Teatru Studio w Warszawie oraz Teatru Śląskiego im. St. Wyspiańskiego w Katowicach. W tym samym przedstawieniu dostrzeżono także najbardziej interesującego na tym festiwalu debiutanta. Specjalną Nagrodę Aktorską dla aktora na początku drogi artystycznej otrzymał Paweł Charyton. Nie chcę, ale i też nie należy, dyskutować z wrażliwością jurorów, ale sądziłem, że w gronie laureatów znajdzie się również Szymon Czacki, czyli główny bohater tej teatralnej megaprodukcji.

„Badania ściśle tajne” Iwana Wyrypajewa w reżyserii Norberta Rakowskiego z Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, fot. Jakub Seydak

Życie na scenie

Niezależnie od tworzenia zestawu kreacji aktorskich, które mają szanse na zdobycie nagród, dyrektorowi festiwalu, Bartoszowi Zaczykiewiczowi, ogromnie zależy, aby spektakle, które przyjeżdżają do Kalisza, poruszały ważkie i aktualne tematy, by mówiły coś nowego o człowieku bądź eksponowały teatralne tendencje w zakresie doboru środków wyrazu czy szeroko pojętej formy teatralnej. Dla mnie najbardziej poruszającym i pobudzającym do dyskusji spektaklem były „Badania ściśle tajne” Iwana Wyrypajewa w reżyserii Norberta Rakowskiego z Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. W ciekawą formułę naukowego eksperymentu wplótł dramaturg dyskurs o tolerancji, prawie do eutanazji, samobójstwa czy aborcji, a także o polityce, karze śmierci, wierze w Boga oraz zmianach klimatycznych i zagrożeniu ludzkiego gatunku. W tym przedstawieniu padają pytania, na które często nie chcemy sobie odpowiedzieć albo odpowiadamy nawet przed samymi sobą nie do końca szczerze. Bo tak jest nam wygodniej, bo moralny relatywizm nie jest jednak nam obcy…

„Źli Żydzi” z Gdyńskiego Centrum Kultury, fot. Jakub Seydak

 

Festiwalowy repertuar zawierał kilka spektakli, które w rozmaity sposób przyglądały się życiu rodzin.

Przed oczami widzów pojawił się pełen wachlarz problemów i sytuacji, z jakimi musi bądź może mierzyć się każdy z nas. A to pamiątka po dziadku, który przeżył Holokaust, poróżni troje kuzynów („Źli Żydzi” z Gdyńskiego Centrum Kultury), a to na kolację przyjedzie córka z dużo starszym „chłopakiem”, który – jak się później okazuje – przybywa z misją objawienia rodzinie swej wybranki trudnej łączącej ich historii („Kto chce być Żydem?” z Teatru Współczesnego w Warszawie), a to dwoje trzydziestolatków z problemami tożsamościowymi szuka możliwości wejścia na poziom dojrzałego związku („Tchnienie” z Teatru Narodowego w Warszawie), a to po 15 latach wraca (wciąż ze swymi racjami) niewierna żona, która zostawiła nie tylko męża, ale także dzieci („Dom lalki. Część 2” z Teatru Nowego w Zabrzu), a to niespodziewanie wpada ojciec, zakochany w sobie sędziwy aktor, wprowadzając się do syna w momencie, gdy ten traci pracę i być może swoją rodzinę („Niespodziewany powrót” z Teatru IMKA w Warszawie), a to z kolei duch bohaterki, żony i matki, obserwuje i komentuje poczynania swych krewnych oraz gości, a także opowiada swe życie podczas własnego pogrzebu („Cudzoziemka” z Teatru Polskiego w Poznaniu). Każdy z tych spektakli przyjęto z dużym zainteresowaniem, a nawet owacjami, jak „Niespodziewany powrót” z gwiazdorskim duetem Karolak–Olbrychski czy niedocenioną zdaniem wielu poznańską „Cudzoziemkę”, a w niej odtwórczynię roli Róży – Alonę Szostak. Teatr zadziałał arteterapeutycznie, pobudzając do dyskusji o bohaterach sztuk i namawiając do zajęcia stanowiska wobec ich postaw.

 

Aktorzy „Niespodziewanego powrotu” z Teatru IMKA w Warszawie na spotkaniu z widzami, fot. Jakub Seydak

Wiele z myśli, idei czy pytań, które konstytuowały prezentowane w Kaliszu spektakle, pośrednio lub wprost odnosiły się do społeczno-politycznej sytuacji w naszym kraju oraz agresji Rosji na Ukrainę.

Wiele przemyśleń przyniosły inscenizacje „Dziadów”, „Śniegu”, a nawet dramatu „Kim jest pan Schmitt?”, jeśli widz wyczuwa w swoim otoczeniu/kraju podobny poziom absurdu. Festiwalową prezentację Mickiewiczowskiego dramatu poprzedziła deklamacja „Do przyjaciół  Moskali” w wykonaniu ukraińskiej aktorki, aktorzy kieleckiej „Zarazy” do ukłonów wyszli z ukraińską flagą, a na finał festiwalu zabrzmiał koncert tradycyjnych pieśni ukraińskich „Pąć przez Ukrainę” w wykonaniu zespołu „Dziczka”. Mimo wszystko odniosłem wrażenie, że przynajmniej część widowni, odczuwająca lęk z powodu wydarzeń w kraju i za wschodnią granicą, jeszcze chętniej „zamykała się” w teatrze, by przez chwilę móc zapomnieć o wszystkim, co dzieje się dookoła i skupić na losach bohaterów dramatów. Nieudana to forma eskapizmu, bo teatr jednak trzyma rękę na pulsie rzeczywistości.

Życie poza sceną

Jacek Wakar, fot. Jakub Seydak

Sceniczne wydarzenia są najważniejsze. Najistotniejsze są spektakle, ich jakość oraz… sprzedaż biletów. No tak, wszak to potwierdzenie zainteresowania imprezą. W refleksji ogólnofestiwalowej pojawia się jeszcze atmosfera. Była czy nie? Dobra? Nijaka? Oceny są mocno subiektywne, więc skupię się na moich odczuciach. Moim zdaniem na atmosferę składają się przede wszystkim wydarzenia pozasceniczne, zarówno te zaplanowane przez organizatorów lub partnerów, jak i spontaniczne, towarzyskie. Blok imprez towarzyszących był bardzo bogaty.

 

Najwyższą ocenę wystawiłbym pospektaklowym spotkaniom z aktorami.

Ogromne brawa należą się Jackowi Wakarowi, który w urzekający sposób połączył teatralną erudycję ze świadomością, że przysłuchująca się tym rozmowom publiczność jest zróżnicowana, nie zawsze oczekuje teatrologicznej dysputy, a wręcz przeciwnie – chce się podzielić swymi emocjami bądź po prostu pozdrowić z bliska ulubionego aktora.

 

Wszystkie wieczory w festiwalowym klubie Kontrabas wypełnione były dobrą muzyką, do posłuchania i do tańca, bo Tomasz Ratajczak i jego muzyczni przyjaciele to sprawdzona ekipa.

Muzyczny wieczór w Kontrabas Cafe Club, fot. Jakub Seydak

Dwie kaliskie galerie wpisały w program Spotkań Teatralnych bardzo interesujące zdarzenia plastyczne. W Galerii Sztuki im. Jana Tarasina prezentowana była wystawa „Have a Nice Cry” artystyczno-kuratorskiego duetu Ewa Mrozikiewicz i Bartosz Zimniak. Dodatkowo w Galerii Pulsar oraz w ramach ulicznego projektu „Postój ze sztuką” na autobusowych przystankach oglądać można było prace Mariusza Warasa pod hasłem „No-Flight Zone”. Z kolei Wieża Ciśnień pokazała „Salamandrę” – serię inscenizowanych zdjęć z udziałem wybitnych aktorów autorstwa Magdaleny Franczuk. Nie zabrakło też propozycji dla dzieci – w kinie Centrum Kultury i Sztuki Michał Grzybowski, wywodzący się z Kalisza aktor i reżyser, pokazał filmowy spektakl „Motyl”.

Ekipa festiwalowego vloga w akcji, fot. Jakub Seydak

 

„Diabeł tkwi w szczegółach”, często powiadamy o rozmaitych przedsięwzięciach, i to w przypadku budowania atmosfery też się sprawdza.

W festiwalowych korytarzach oprócz widzów pojawiło się sporo młodych wolontariuszy, którzy pełnili rozmaite funkcje, począwszy od czysto porządkowych a na medialnych kończąc. Warto odnotować, że na Kaliskie Spotkania Teatralne wróciła festiwalowa gazeta, tym razem pod nazwą „Spotkalnik”. Nie mniejsze znaczenie miała obecność festiwalowej ekipy filmowej, rejestrującej nie tylko fragmenty spektakli i spotkań, ale przede wszystkim atakującej widzów i tworzącej codzienny wideoblog. Kiedy dodamy do tego jeszcze urokliwe gadżety festiwalowe z motywem z plakatu zaprojektowanego przez Dawida Ryskiego, to kalejdoskop zdarzeń i wrażeń wydaje się wyjątkowo różnorodny, barwny, ciekawy. Nie zapomnijmy jeszcze o całym zespole Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego, którego pracowitość, fachowość i doświadczenie nieraz podkreślali goście z całej Polski, a powinni docenić także autochtoni, co niniejszym czynię: To był bardzo udany festiwal!

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0