fot. M. Kaczyński, CK Zamek

Nie fanzolić

„To pisarstwo antyretorycznego buntu, zachęcające wszystkich do zaufania wobec osobistych skojarzeń, namiętności, zaciekawień i indywidualnego sposobu relacjonowania przygody” – powiedział Jarosław Mikołajewski w laudacji z okazji wręczenia Nagrody Mickiewicza za rok 2021 Janowi Gondowiczowi. Z laureatem rozmawia Barbara Kowalewska.

Barbara Kowalewska: Czy – parafrazując pana – pisarstwo jest jedyną na świecie czynnością serio?

Jan Gondowicz: Znałem kilka osób, które tak twierdziły. Byli to bez wyjątku grafomani. Więc na wszelki wypadek przeczę. Jest kilka spraw naprawdę serio, to znaczy takich, których nie da się uniknąć, i których skutki są nieodwracalne.

 

Na przykład śmierć. Pisarstwo, w sensie, że „co napiszesz piórem, nie wyrąbiesz toporem”, też jest nieodwracalne, ale daje się go uniknąć. Wystarczy nie pisać.

Zresztą – jak zawsze mówię, i to właśnie jest tym, co mówię – bardziej znaczące od pisania jest czytanie. I równie fatygujące, jeśli traktować je serio. Gdyby ktoś był ciekaw, czemu tak sądzę, niech zajrzy do moich książek.

 

BK: Nawiązując do etymologii słowa „esej”, jakie próby podejmuje pan w swoich tekstach? Co jest pociągającego w tej formie?

JG: W tej formie pociągające jest, że wcale nie jest formą. Bardzo mi przykro, ale analogie są wyłącznie muzyczne. Capriccio, fantazja, scherzo, czasem, żeby się sprawdzić, etiuda. Dla temperamentów kombinatorycznych – wariacje na czyjś temat. I nokturn, bo eseje, z wiadomych przyczyn, najlepiej pisze się w nocy. Chodzi o to, żeby zachować logikę w swobodzie, poczucie miary we własnej inwencji. A najciekawsze jest, że pisząc, śledzi się pracę własnego umysłu i w szczęśliwych przypadkach piszący zaskakuje sam siebie. A temat? O czym jest Preludium nr 1 z op. 13 Skriabina? Albo Gnosienne nr 2 Erika Satiego? O tym, jak pewna myśl się rozwija. Krótko – eseista musi być muzykalny.

 

BK: Był / jest ktoś dla pana mistrzem? (wspominał pan przez telefon Ireneusza Kanię).

JG: Eseiści z definicji muszą być niejednakowi. Bardziej osobni niż poeci, nie mówiąc o nowelistach. Trzeba umieć dać się rozpoznać po pierwszych zdaniach – nie po stylu, ale po tonie. Jana Kotta zaraz pani rozpozna, czy Erwina Axera, Jerzego Stempowskiego takoż.

Jan Gondowicz, fot. M. Kaczyński, CK Zamek

Jan Gondowicz, fot. M. Kaczyński, CK Zamek

 

To są przykładowi mistrzowie, których się nie naśladuje, chyba żartem, tylko się im zazdrości. Oczywiście zazdroszczę też paru osobistościom z innych literatur. Roger Caillois! Albo Aldous Huxley – ten to pisał!

Mówię na własną odpowiedzialność, bo w Polsce trudno sprawdzić. Niechętnie się ich tłumaczy, jeszcze niechętniej wydaje. Chyba, że to niewiasta – dowodem Virginia Woolf.

 

BK: Czym pan się kieruje, wybierając „okruchy” do eseju / felietonu? Jak „okruch” staje się kosmosem? Skąd pan wie, że to „ten okruch”, wokół którego warto budować tekst?

JG: Tego właśnie nie dopowiedziałem przed chwilą. Esej w moim rozumieniu to procedura badawcza. A żeby coś zbadać, trzeba to najpierw zauważyć. Na to nie ma recepty: albo należy się do spostrzegawczych, albo nie. Haczykiem, który zaczyna wywlekać esej na umowny dziś papier, jest chęć zbadania, jak się rzeczy mają w jakiejś konkretnej sprawie. I o ile tryb pracy naukowej przypomina dawną ekspedycję himalajską z furą tragarzy i obozów pośrednich, esej ma styl alpejski: podejść, wbiec, nie przestrzegając w trakcie wszystkich procedur bezpieczeństwa. Ma się rozumieć, nie każdy obiekt da się zdobyć czy obłaskawić w tym trybie: gdy nie może się obejść bez czasochłonnych kwerend, analiz stylistycznych, podsumowania stanu badań itp., eseista powinien zająć się czymś innym. Jego symbolicznym narzędziem jest cienka szpadka, a nie koparka.  

 

BK: W jednym ze swoich esejów użył pan określenia „archeologia wyobraźni”. Czym by ona miała być i czy uważa się pan za archeologa wyobraźni?

JG: Pomysł na tę nieprawą dyscyplinę zrodził się z lektur prac pedantycznych historyków literatury i nawiedzonych biografów artystów, którzy z reguły nie zdają sobie pytania, co znaczą i o czym świadczą fakty, które pracowicie zgromadzili. Skąd wzięła się ta czy inna osobowość, jak ukształtowało ją środowisko, zwłaszcza mentalne, co ten ktoś czytał, o czym mógł, a o czym raczej nie mógł rozmawiać, jakie miał idiosynkrazje. To ostatnie jest ważne, bo nauka nie zajmuje się tym, czego nie ma, a raczej – czego nie widać. A co widać? – zapyta pani. Otóż dla filologa i tym podobnych widzialne jest tylko to, co napisane. Zaświadczone – oni mówią – tekstowo. Stąd, dajmy na to, nikt nie zauważył, że dla wielkiego krytyka Stanisława Witkiewicza, jak świadczą listy do syna, absolutnie nie istniała demoniczna i rozpustna faza Młodej Polski. Czyli to, co było jej istotą. I z tej nieobecności wywiódł się bunt przyszłego Witkacego, który w wieku lat dwudziestu odkrył, że istnieją jakiś Przybyszewski, Munch, Vigeland i inni demoralizatorzy, a nawet, że już się publice polskiej znudzili. Nigdy tego ojcu nie darował. Żaden biograf Witkacego tej fatalnej w psychologicznych skutkach strategii wychowawczej starego Witkiewicza nie dostrzegł – a wystarczyło tylko sprawdzić w indeksie tomu Listów do syna, jakich nazwisk wielkich ówczesnych artystów tam brak. Wszystkich!

 

Jan Gondowicz, fot. M. Kaczyński, CK Zamek

Jan Gondowicz podczas uroczystości wręczenia Poznańskiej Nagrody Literackiej, fot. M. Kaczyński, CK Zamek

Tak właśnie działa archeologia wyobraźni. Albo inny przykład. Cztery pokolenia czytelników polskich poznało dylogię księżycową Verne’a Z ziemi na księżyc i Wokół księżyca w dość drastycznym skrócie, a efekt jest taki, że mało kto Verne’em nie gardzi. Tymczasem w oryginale akcja jest dwutorowa. Trzej śmiałkowie dają się wystrzelić z wielkiej armaty i siłą rzeczy są w stałym zagrożeniu życia, lecz oczywiście, nic złego nie może ich spotkać. Ale na Ziemi pozostaje ich przyjaciel, którego, jakby w zastępstwie, spotykają same fatalne i tragikomiczne przygody.

Bierze on niejako w siebie całą grozę wyprawy – jest powieściowym wcieleniem popędu śmierci. A że opowiada się o tym w tonie groteskowym, poczciwy pan Jules Verne staje się nagle klasykiem czarnego humoru. To jest sprawdzalne, i nagle widać, że mamy do czynienia z prawdziwym pisarzem.

 

BK: W czasach śmiertelnej (nomen omen) powagi, jakie miejsce ma niepowaga, śmiech, drwina? Czytając pana teksty, odnoszę wrażenie, że śmiech jest sprawą śmiertelnie poważną, a powaga bywa sprawą głupią i śmieszną.

JG: Duch czasu, czymkolwiek jest, sprawił, że niepowaga została od lat czterdziestu z literatury polskiej wygnana. A i na świecie nie lepiej. Proszę tylko porównać klimat mentalny naszych lat 90. z euforyczną atmosferą lat dwudziestych. A przecież znów odzyskaliśmy niepodległość, prawda? Było się z czego cieszyć. A jednak panował i wciąż panuje nastrój żałoby, wspomnień, rozliczeń, posypywania głów popiołem, słowem – narodowe Dziady. Umieranie jako takie, na przykład członków rodziny, wywózki, Holokaust, choroby psychiczne, niepełnosprawni, wojny, terror tu i ówdzie, zagłada przyrody, a teraz zaraza – mody się zmieniają, ale ton minorowy zostaje. Ja się w tym duszę. I nic z tym nie można zrobić, bo nie wypada przecież. Sto lat temu nikt prawie nie liczył się z hekatombą ofiar wojny, masakr i hiszpanki – po wielkim zabijaniu ludzkość na krótko odmłodniała. A teraz jesteśmy starzy i permanentnie zerkamy do grobu. Dlatego humor to dywersja, tylko potrzebni są dywersanci, a mało kto zdradza chęć do tej roli.

 

BK: Kiedyś już pana zapytano: „co pan tak się uczepił tego Witkacego”? Potrzebni nam dziś „wielcy szaleńcy”?

JG: Niechby chociaż mali, w myśl sławnej rozprawy „O potrzebie budowy kolejek wąskotorowych tam, gdzie nie ma miejsca na normalnotorowe”. Ale sprawa jest poważna. Proszę postudiować programy koncertowe. Sama klasyka, awangarda umarła. Ludzie nie chcą słuchać niczego późniejszego od Koncertu Skrzypcowego Albana Berga „Pamięci Anioła” (1935). A więc instytucje muzyczne ratują się repertuarem dawnym. To samo w salach wystawowych: malarstwo powojennych abstrakcjonistów nie przyjęło się absolutnie. Za Pollocka czy Vasarey’ego marszandzi żądają milionów, a publiczność ich odrzuca. I ja też piszę o samych dawnych autorach. Ktoś mi wytknął, że najmłodszym autorem, którym zająłem się w swojej ostatniej książce, jest Andrzej Bobkowski. Rocznik 1913. Takich rzeczy się nie planuje. Same wychodzą. Chodzi o format osobowości, żeby było kim się dziwić i podziwiać.

 

BK: Impulsem do napisania monografii Dudy-Gracza i Nowosielskiego były spotkania z artystami, czy zaczęło się od fascynacji ich malarstwem?

JG: To był akurat margines moich zajęć. Skusiło mnie rozdarcie ich osobowości. Jerzy Duda-Gracz, bezlitosny satyryk, w czasach Gierka portrecista Polaków zeszmaconych i zdegenerowanych, przedzierzgnął się potem w wyznawcę narodowej chwały – równie kiczowatej, jak faza pierwsza.

Jan Gondowicz, fot. M. Kaczyński, CK Zamek

Jan Gondowicz, fot. M. Kaczyński, CK Zamek

 

W stanie wojennym uznał się bodaj za nowego Grottgera. Jerzy Nowosielski, dużo wyższa klasa, wielki kolorysta, malował na przemian ikony i torturowane dziewczyny w strojach gimnastycznych, albo i bez. Ciekawy przykład zmagań teologii z sadyzmem. Topił to w alkoholu i dokonał, jak wiadomo, żywota podpięty latami do kroplówki z roztworem spirytusu.

BK: W jednym z tekstów przywołuje pan stwierdzenie Susan Sontag, że „artysta ma prawo przekraczać granice grozy”. W sztuce mamy do czynienia z paradoksem: perwersja jest niewinna, a winna konwencja?

JG: Chce mnie pani skłonić, żebym znów się mądrzył. Sztuka jako taka jest zasadniczo niewinna za wyjątkiem sztuki propagandowej. Vide antysemickie obrazy de Prevota z katedry w Sandomierzu, hitlerowscy rzeźbiarze Thorak i Breker, w Rosji Izaak Brodski i reszta tego towarzystwa. Myślę o nadużyciu środków sztuki w imię bezwzględnej przemocy. To jedyna prawdziwa perwersja, przy której pornografia to Kubuś Puchatek. Sztuka może być straszna, nie przestając być sztuką, ale naprawdę robi się straszna, kiedy przestaje być sztuką.

 

BK: Odkrywa pan przed czytelnikiem wiele zagadek literackich, artystycznych, społecznych, ale też mam wrażenie, że często zadaje mu pan zagadki. Jaką „pracę” – o ile tak pan uważa – powinien wykonać czytelnik?

JG: Co też pani… Staram się pisać do śmiechu, być lekki jak Boy-Żeleński i perfidny jak Irzykowski. Na własną miarę, rzecz jasna. Czytelnik tych moich potrzasków i zapadni może wcale nie zauważać, i tak się najpewniej zwykle dzieje. Chciałbym pobudzać tak zwane dalsze refleksje, ale przecież wszyscy się śpieszą i czytają nieuważnie – dobrze, że w ogóle. Grunt, żeby się nie puszyć, nie nadymać, nie mękolić, nie ślinić zachwytem nad czymś tam, nie nudzić, nie grać na emocjach, nie powtarzać spraw znanych, nie udawać, że się wie, kiedy się nie wie, nie opowiadać o sobie, nie żerować na czyimś kompleksie niższości, nie fanzolić, jak mówią na Śląsku. Jak pani widzi, mam program czysto negatywny.

 

JAN GONDOWICZ, ur. w 1950 r. – literaturoznawca bardzo niezależny, tłumacz i wydawca. Autor bestiariusza „Zoologia fantastyczna uzupełniona”, książek eseistycznych „Pan tu nie stał”, „Paradoks o autorze”, „Duch opowieści”, monografii „Trans-Autentyk. Nie-czyste formy Brunona Schulza” i ostatnio „Czekając na Golema”, a także licznych opracowań i przekładów.  Za przekład „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau otrzymał Nagrodę „Literatury na Świecie” w dziedzinie poezji. Był nominowany do Nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego (2015) oraz do Nagrody Literackiej Gdynia (2015) w kategorii esej. W 2021 roku został uhonorowany Poznańską Nagrodą Literacką – Nagrodą im. A. Mickiewicza. Mieszka w Warszawie.