fot. Wojciech Hildebrandt

Nieme kino pełne muzyki

Zdawać by się mogło, że nieme kino to zamknięty rozdział kultury. W powszechnej świadomości trwa kilka tytułów, trochę filmików Chaplina i niewiele więcej. A polski, spory dorobek filmowy z tych czasów jest zupełnie zapomniany. Poznański muzyk i kompozytor Waldemar Rychły, znalazł sposób by tchnąć w niemy film nowe życie. Jego filmowe ilustracje muzyczne przywracają naszej kulturze istotny fragment narodowego dziedzictwa. Tego nie da się przecenić.

Epoka niemego kina trwała króciutko. Te nieco ponad trzydzieści lat rozwoju techniki filmowej zdefiniowało wszystkie zasady języka filmowego, które są aktualne do dzisiaj. Filmy nieme pozwalały na opowiadanie długich i skomplikowanych historii. Posługiwały się efektami specjalnymi, długimi ujęciami, istniał montaż równoległy i stosowano retrospekcję. No i nigdy nie oglądano ich w ciszy. Dźwięk towarzyszył im od samego początku, już na pierwszych pokazach braci Lumiere grał na sali pianista. Bywało, że projekcji towarzyszyła muzyka niewielkich zespołów muzycznych, dla których komponowano specjalne utwory. Z jednej strony ilustrowały one dźwiękonaśladowczo wydarzenia ekranowe, a z drugiej grały na emocjach, podnosząc dramatyzm wyświetlanych scen. Produkowano dla kin instrumenty organowe, które mogły imitować różne dźwięki, z odgłosami piorunów i pędzących koni włącznie. A czasem nawet zamawiano ilustracje muzyczne do filmów u sławnych kompozytorów.

Do tej zapomnianej nieco muzycznej tradycji komponowania i wykonywania na żywo muzyki do filmów niemych nawiązuje Waldemar Rychły. Ma on w swoim dorobku już kilka zilustrowanych, dużych pozycji filmowych. Żeby wymienić tylko takie filmy jak „Bartek zwycięzca”, „Ponad śnieg”, niemiecki „Golem”, czy rosyjskie „Szczęście”. Wyjątkowe miejsce w tym dorobku zajmuje „Cyganka Aza”. Film znany też pod tytułem swojego literackiego pierwowzoru, z jednej z najbardziej poczytnych, choć dziś zapomnianej powieści Ignacego Kraszewskiego „Chata za wsią”. Po swojej pierwszej publikacji w odcinkach, w połowie XIX wieku ta sentymentalna opowieść zrobiła furorę w Europie. Przetłumaczono ją na kilka języków, głównie słowiańskich. Gabriela Zapolska zmajstrowała z niej sztukę teatralną, Ignacy Paderewski użył motywów z tej powieści do swej opery „Manru”. Sfilmowano ją w Rosji i w Polsce.

Polska wersja „Cyganki Azy” została zrealizowana w Poznaniu, w 1926 roku w wytwórni Diana. Dzisiaj stolica Wielkopolski niewiele znaczy na filmowej mapie Polski. Może dlatego, że jest to jedyne wielkie polskie miasto bez wyższej szkoły filmowej, czy teatralnej. A mało kto wie, że przed wojną Poznań próbował skutecznie rywalizować w produkcji filmowej z Warszawą, Lwowem, czy Krakowem.

Tak pompatycznie zapowiadano to dzieło w krajowej prasie: „CYGANKA AZA” Nowy wielki film polski. Wkrótce ożyje na ekranie „Chata za wsią”, znakomita powieść J. I. Kraszewskiego. Będzie to debiut wytwórni „DIANA-FILM” w Poznaniu (1926)/.../ Reżyserował Artur Twardyjewicz, który pracował dawniej w znanej rosyjskiej wytwórni Chażonkowa. Operatorów było dwóch: zdjęcia plenerowe wyk. Max Fassbender, dawny szef-operator „Ufy" Berlińskiej, wnętrza zaś nakręcał znany warszawski operator Albert Wywerka. Ciekawą nad wyraz osobliwością tego filmu jest międzynarodowa obsada ról i w ogóle współpraca przedstawicieli różnych krajów, istna wieża Babel w miniaturze! Główny operator-Niemiec, reżyser Polak, wśród gwiazd jedna Amerykanka i jedna Rumunka, wśród statystów - autentyczni Cyganie. A oto obsada głównych ról. Zacznijmy od mężczyzn. Rolę młodego cygana Tumry wykonał Władysław Bracki, b. artysta Teatru Szyfmana, obecnie Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Adamem jest Ziemowit Starski, b. partner słynnej Wiery Chołodnej, jeden z wykonawców świetnego filmu „Strzał”. Rolę Janka odtworzył Antoni Piekarski, świetny aktor charakterystyczny, pamiętny z filmów Biegańskiego „Zazdrość” i „Otchłań pokuty”, obecnie reżyser Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Starym chłopem Lepiukiem jest Arseniew, b. dyrektor Teatru Kameralnego w Moskwie i członek znakomitej trupy Stanisławskiego. Rolę lokaja wykonał Michał Melina, zdolny aktor charakterystyczny, zaś Aprasza - Chmielewski z teatru „Reduta".

 A oto role kobiece. Urocza Kazimiera Skalska (obecnie pani Albrechtowa) odtworzyła rolę Motruny; cyganką Azą jest Irena Jedyńska, b. primabalerina teatru królewskiego w Madrycie, a potem Opery w Buenos Aires, obecnie primabalerina Teatru Wielkiego w Poznaniu, rodem warszawianka. W roli Jagi wystąpi Lydia de Rogossa b. artystka teatru królewskiego w Bukareszcie; w roli Fanny Wanda Jurkieczowa, b. artystka teatru krakowskiego, a Maryną będzie miss Tina Valen, autentyczna Amerykanka, b. artystka wytwórni „Metro Pictures”. Co za rozmaitość typów i ras! A jakie wdzięczne pole do porównań! Należy dodać, że przy nakręcaniu „Chaty za wsią” wynikały częste nieporozumienia językowe, na szczęście zażegnane pomyślniej, niż przy budowie biblijnej wieży.

Niektóre wnętrza naświetlono w pałacu hr. Żółtowskiego w Jarogniewicach pod Poznaniem, zdjęcia zaś plenerowe zostały wykonane w Ojcowie i koło Pieskowej Skały pod Krakowem, a więc w jednej z najbardziej malowniczych okolic naszego kraju. Tam zdarzył się pani Skalskiej niemiły wypadek: ukąsiła ją żmija; szczęściem, obeszło się bez groźniejszych następstw, dzięki lekom cygańskim, zaaplikowanym przez autentycznego wodza tych Nomadów, Józefa Kolompara, który uczestniczył w zdjęciach na czele watahy, złożonej z 30 osób”.

Podkreśliłbym udział w tym filmie genialnej polskiej tancerki Ireny Jedyńskiej. Profesjonalni tancerze znają to nazwisko, bo napisała ona aktualny do dzisiaj podręcznik „Tańczymy lepiej i piękniej”. Warto pamiętać o wielkiej primabalerinie poznańskiej opery z lat 1924-31. Irena Jedyńska jako nastolatka występowała w słynnym Baletts Russes w Paryżu, a potem w zespole Diagilewa objechała świat. W poznańskiej produkcji jedyny raz zagrała główną rolę filmową.

Właśnie tę polską wersję kinową „Cyganki Azy” miałem przyjemność oglądać w noc świętojańską, na plenerowym pokazie w Grodzisku Wielkopolskim. W wyjątkowo zimną, pierwszą noc tego lata. Projekcji tego niemego filmu, na wielkim, nadmuchiwanym ekranie, towarzyszyła grana na żywo, gorąca muzyka Waldemara Rychłego z zespołem.

Muzycy, okutani z zimna w polarowe koce, grali z zadziwiającą energią. Iskry zdawały się iść z fletów i gwizdków Joanny Zieleckiej. Płakały i śpiewały skrzypce Dominiki Dołżyńskiej. Wszystko to spowite w narastające, gęste rytmy gitarowe i zaskakujące efekty perkusyjne kompozytora Waldemara Rychłego. Nie wiem jakim sposobem nie zesztywniały muzykom palce, gdy temperatura spadła do 10 stopni. Muzycy zagrali z godną podziwu werwą. W każdym razie energia tej muzyki pozwoliła widzom zapomnieć o przenikliwym zimnie i przeżyć miłosną tragedię bohaterów filmu. I wzruszyć się tak samo jak prawie sto lat temu wzruszali się pierwsi widzowie.

Wykonywana na żywo muzyka podniosła jeszcze wyrazistą ekspresję mimiki i gestów aktorów. A nie była to tylko nastrojowa ilustracja dźwiękowa. Kompozytor sięgnął do autentycznych dokumentów muzycznych z epoki powstania powieści Kraszewskiego i miejsc, gdzie toczyła się akcja dzieła. Do folkloru wołyńskiego, zapisanego w 36 tomie Oskara Kolberga i tradycyjnych motywów muzyki cygańskiej. W filmie pokazane jest spotkanie trzech światów, świata ziemiaństwa i arystokracji, biednej wsi wołyńskiej w zderzeniu z żywiołem cygańskiego taboru. Każdy z tych fabularnych wątków znalazł swoje muzyczne odzwierciedlenie. Począwszy od bałkańskich wręcz motywów folkloru cygańskiego, rytmów pełnych wolności i swoistego szaleństwa, otwartych i pełnych szerokiego oddechu oraz powietrza. Przeplatają się te wątki z tradycyjnymi polskimi melodiami ludowymi, gęstymi od kolorów i nostalgii. A od czasu do czasu do czasu wkradały się w muzyczną opowieść poważne i spokojne nuty dworskie.

W ciemności zimnej nocy pełna folkowego temperamentu muzyka wypełniła przestrzeń wokół nas szczelnie i intensywnie. I urwała się w ciszę nagle, tak jak urywa się film. Ostatnie jego sceny nie zachowały się bowiem i filmowy dramat pozostał w niepokojącym zawieszeniu. Parafrazując słowa Mickiewicza – wszystkim się zdawało, że Rychły wciąż gra jeszcze... a to echo grało. 

 

Tekst opracowany na podstawie materiałów Waldemara Rychłego