fot. Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie, pusta widownia

Nowy rok, nowy początek?

Temat teatru w pandemii, podobnie jak samej pandemii, spowszedniał. Teatry są ponownie zamknięte, w sumie, w ciągu ostatniego roku działały zaledwie trzy miesiące. Co w tym, tak krótkim czasie, udało się nowego stworzyć wielkopolskim scenom?

Mniej niż w normalnych czasach

Na fali letnio-wczesno jesiennego optymizmu, że trudne czasy już za nami, odbyło się kilka premier: w czerwcu Teatr Nowy dał premierę „Krzycz. Byle ciszej” w reżyserii Anety Groszyńskiej, a Teatr Fredry - „I tak nikt mi nie uwierzy” w reżyserii Wiktora Rubina.

We wrześniu Teatr Muzyczny dał premierę „Vitruoso” w reż. Jana Jerzego Połońskiego. W październiku miały miejsce premiery w Teatrze Animacji - „Planeta Einsteina” w reżyserii Roberta Drobniucha  (ale udało się zagrać tylko jeden spektakl na żywo), w Gnieźnie - „Kamionna. Opowieści rodzinne” (reż. Mateusz Bednarkiewicz), a w Lesznie „Mały książę” (reż. Przemysław Żmiejko) oraz „Miłość i polityka” (reż. Zbigniew Rybka). W Kaliszu udało się przeprowadzić jubileuszowe Kaliskie Spotkania Teatralne, na których pokazano wrześniową premierę "Dowcipu" w reżyserii Bożeny Suchockiej.

 

To dużo mniej niż w „normalnych” czasach, nie było przecież także możliwości grania starszych przedstawień. Mimo wszystko teatry starają się cały czas przypominać o swoim istnieniu tam, gdzie mogą, czyli w przestrzeni wirtualnej.

Czy jednak jest to teatr, skoro przez kilkadziesiąt wieków za jego cechę najważniejszą uważano to, iż zapewnia bezpośredni kontakt między ludźmi? Bezpośredni to znaczy bez pośredników (a jedno ze znaczeń słowa medium to właśnie „pośrednik”), bez mediów takich jak internet, telewizja, film.

Na żywo

W grudniu, w Teatrze Polskim odbyła się premiera „on-line NA ŻYWO” spektaklu „Don Juan” w reż. Wiktora Bagińskiego. Czy teatr epoki pandemii doprowadzi do tego, że „nażywość” (bo tak przetłumaczono na język polski termin liveness ) zastąpi dotychczasową bezpośredniość?

 

Krzycz. Byle ciszej, premiera w Teatrze Nowym, fot. Rafał Cielek

Krzycz. Byle ciszej, premiera w Teatrze Nowym, fot. Rafał Cielek

Rzeczywistość obecnie dopisuje bardzo ciekawy komentarz, do dyskusji jaką przeszło dwadzieścia lat temu prowadziło dwoje amerykańskich uczonych: Philip Auslander i Peggy Phelan.

Dotyczyła ona właśnie tego, co jest konstytutywną cechą performansów (a teatr jest jednym z nich) i ontologii sztuk performatywnych. Auslander twierdził, iż współcześnie to właśnie wydarzenia zmediatyzowane stają się wzorem dla przedstawień na żywo, a te ostatnie w coraz większym stopniu są wytworem nowych technologii a także od nich zależą.

Dla Phelan natomiast:

 

„realność performansu wprost wynika z obecności żywych ciał” (P. Phelan: Unmarked: Politics of the Performance. London-New York, Routledge 1993, s. 148)

 

W online'owych spektaklach „na żywo” owszem, mamy „żywe ciała” po obu stronach rampy-ekranu. Ekran jednak tym różni się od rampy, że jest nieprzepuszczalny. Aktorzy co prawda grają w tym samym (niemal) czasie, w jakim mogą oglądać ich widzowie, ale brakuje tego, co jest również istotną cechą „nażywności” - połączenia zwrotnego.

 

Aktorzy chcą oddziaływać na widzów, lecz w żaden sposób nie mogą widzieć/wiedzieć o ich reakcjach.

Jedyną w miarę natychmiastową wskazówką dotyczącą odbioru spektaklu są informacje o tym, ilu widzów uczestniczyło w transmisji oraz czy ich przybywało lub ubywało. Lecz taka informacja może wpływać na zmianę gry dopiero w czasie kolejnego przedstawienia „on-line, na żywo”. I odwrotnie – nawet jeśli widzowie reagują bardzo żywo nie mogą tego na bieżąco przekazywać.

Czy to koniec teatru?

Już w czasie marcowego zamknięcia i przenosin teatru w przestrzeń wirtualną, niektórzy krytycy wieszczyli koniec teatru, jaki znamy. Łukasz Drewniak pisał w felietonie „Teatr postpandemiczny. Kilka myśli panicznych” dla portalu teatralny.pl:

 

I tak nikt mi nie uwierzy, premiera w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie, fot. Rafał Cielek

I tak nikt mi nie uwierzy, premiera w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie, fot. Rafał Cielek

„Z pewnością mamy do czynienia z historyczną cezurą – badacze teatru będą na marcu 2020 roku kończyć tomy lub od tej daty zaczynać nowe opowieści. Jakaś epoka się definitywnie skończyła, nowa dopiero majaczy w zawirusowanej mgle. (...) Teatru nie ma. Zniknął nie z własnej winy. I długo go nie będzie. Im szybciej to sobie uświadomimy, tym lepiej.”

 

Owe – moim zdaniem przedwcześnie żałobne – proroctwa, chyba się nie sprawdziły. Długie trwanie teatru (bo kilkadziesiąt wieków to niemało) jest świadectwem tego, iż ten właśnie rodzaj ludzkiej aktywności potrafił się zmieniać i przystosowywać do różnych warunków – narzucanych przez środowisko naturalne lub też ludzkie decyzje.

Nawet demokracja, której teatr jest rówieśnikiem, nie przeszła przez wieki w równie, co teatr stabilnej formie. Rugowanie przez posiadających władzę rozmaitych elementów dzieł teatralnych zgodnie z „widzimisię” lub w obronie czystości gatunku, wypędzanie różnych form teatralnych z miejsc im przeznaczanych – to wszystko w historii doprowadzało ludzi teatru do nieustannej wynalazczości, znajdowania niekonwencjonalnych rozwiązań, nieustannej improwizacji w odpowiedzi na to, rzeczywistość narzuca: skoro nie da się tak, jak dotychczas, trzeba poszukać innego sposobu, by teatr wciąż pozostawał w więzi ze swoimi widzami.

 

Poszukiwanie widzów przez wieki przybierało różne formy, a to granie w zajazdach przydrożnych, a to wychodzenie na ulicę, czy też chowanie się w prywatnych mieszkaniach. Elastyczność w wyznaczaniu własnych granic stała się dominującą cechą teatru.

Phelan, obrończyni bezpośredniości w teatrze pisała:

 

"jedyne życie performansu jest w teraźniejszości. (...) Performans pojawia się w czasie, który nie będzie powtórzony." (P. Phelan: Unmarked: Politics of the Performance. London-New York, Routledge 1993, s. 146)

 

A gdyby tak to jej zdanie odczytać nieco inaczej, niż dotychczas to robiono? Nie jako obronę żywej bezpośredniości sztuki teatralnej, ale jako umiejętność odnalezienia się, czy też przystosowania teatru do czasu, który nie będzie (miejmy nadzieję) powtórzony?

Kamionna. Opowieści rodzinne, Teatr Fredry w Gnieźnie, fot. Rafał Cielek

Kamionna. Opowieści rodzinne, Teatr Fredry w Gnieźnie, fot. Rafał Cielek

To, co w trakcie pierwszego lockdownu wydawało się przerażającą i z trudem akceptowalną alternatywą, zaledwie kilka miesięcy później stało się częścią współczesnego życia teatralnego.  „On-line na żywo” odbyło się nie tylko kilka premier, jesienią także najważniejsze polskie festiwale teatralne odbywały się w tej formule – widzowie siedzący w domach mogli oglądać spektakle grane na scenach całej Polski.

 

Nażywość on-line zwiększyła szanse teatromanów w Polsce na obejrzenie spektakli, których poznanie w innej formie byłoby o wiele trudniejsze.

Jakoś nie boję się, że on-line wyruguje na stałe bezpośredniość teatralnego kontaktu między widzami a aktorami. Zbyt długo teatr zaspokajał ludzką potrzebę spotkania, tworzenia towarzyskich okazji, odnalezienia się w współdziałającej, dyskutującej wspólnocie, by rok pandemicznej rzeczywistości miał to wszystko zastąpić.

Dlatego rok 2020 nie będzie historyczną cezurą. Będzie co najwyżej podrozdziałem w historii wielowiekowych przystosowań teatru do teraźniejszości. Jeszcze jednym, wyjątkowym pojawieniem się w czasie, który nie będzie powtórzony.