fot. Maciej Kijko

O czytaniu i nieczytaniu

Niedawno Polski Instytut Książki opublikował doroczny raport na temat czytelnictwa w Polsce. Choć odnotowano niewielki wzrost liczby osób sięgających przynajmniej raz w roku po książkę, to mimo wszystko czytające 42% polskiej populacji jest wynikiem dla wielu przygnębiającym.

Przy tej okazji – tradycyjnie już – rozgorzała dyskusja wokół interpretacji tych wyników oraz źródeł i istoty samego zjawiska. Naprzeciw siebie stanęli z jednej strony obrońcy literatury, podkreślający jej wyzwalający z ograniczeń potencjał, z drugiej obrońcy “ludu”, który według nich podlega poniżeniu i zesłaniu na obrzeża cywilizacji – poprzez uwznioślanie roli literatury.

To dyskusja instruktywna – nawet jako przykład jałowego sporu jednych czytelników (dumnych ze swego czytania) z drugimi (z zawstydzeniem konstatujących, że swoim czytaniem mogą kogoś urażać), grzęznącego w rytualnych wyrzekaniach.

Gdzie tkwi problem

Sam, jeśli miałbym w jakiś sposób skomentować rzeczony raport czytelnictwa, to odchodząc od rozważania jego wyników w kategoriach klasowych sporów i hierarchii. Jakkolwiek jedną z największych przyjemności jest dla mnie dreszcz estetycznej, bądź intelektualnej rozkoszy przebiegający po grzbiecie podczas czytania, nie zamierzam rozwodzić się nad tymi przyjemnościami, bo takich jest wiele i każdy odnajduje sobie bliską.

 

fot. Maciej Kijko

fot. Maciej Kijko

Estetyka i etyka literatury, to rzeczy istotne w ograniczonym wymiarze. Nie jest literatura ani pierwszym, ani tym bardziej jedynym ich źródłem. Problem z czytelnictwem tkwi gdzieś indziej.

W przypadku czytania, wytaczanie dział godnościowych, argumentów odwołujących się do domniemanej wyższości lub niższości czytelników i tych, którzy nie zaglądają do książek, nie daje szans na rozstrzygnięcie tej dyskusji. To za każdym razem angażujące wartości i interesy rozwiązania, które z tych właśnie powodów łatwo mogą być zakwestionowane. Wystarczy przecież odmienna hierarchizacja norm i cała argumentacja ulega wywróceniu.

Faktycznie cały nasz świat opiera się na założeniach, które tylko dzięki powszechnej zgodzie mogą tworzyć wspólną, rozpoznawalną i swojską dla wszystkich rzeczywistość. Jednak część owych założeń i przesądzeń ma wyraźnie wartościujący charakter, inne zaś można potraktować bardziej jako opisy świata, który mógłby istnieć, albo istnieje tylko pod warunkiem ich zaakceptowania.

Gdyby odnieść je do interesującego mnie tematu, dyskusję można by zacząć od paru pytań. Twierdząca odpowiedź na nie (lub zaprzeczenie) pozwoli uporządkować argumenty, zyskać nową perspektywę problemu i może rozstrzygnąć trapiące wielu pytanie: Czy czytanie ma znaczenie, czy też jest rozrywką niewiele więcej znaczącą niż inne jej formy, a uszlachetnioną jedynie kulturową przemocą.

 

Zatem możemy zapytać samych siebie, czy chcemy żyć w świecie, który zapewnia nam stosunkowo duże bezpieczeństwo i komfort życia?

Poprzez wszelkie medyczne sposoby polepszania naszej egzystencji, zapobiegania i leczenia chorób. Poprzez technologię wspomagającą nas w codziennych działaniach; usprawniając komunikację w wielu różnych wymiarach, pozwalając żyć łatwiej z wieku na wiek. Poprzez życie w społeczeństwach o dużej liczebności, zajmujących duże obszary i poprzez to zapewniając jednostce świadomość uczestniczenia w szerokiej wspólnocie. Czy też potrafimy wyobrazić sobie świat, w tych podstawowych uwarunkowaniach, odmienny?

Pisanie a czytanie

Każdy z tych czynników – jeśli zgodzimy się, że istotnie jest dla nas ważny – nie istnieje bez pisma. Zostało ono wymyślone nie dla Homera, anonimowych twórców Gilgamesza, czy Laozi, a dla administrowania państwem, ewidencji majątku, operacji finansowych rozciągniętych w czasie i przestrzeni.

 

fot. Maciej Kijko

fot. Maciej Kijko

To właśnie dzięki pismu mogły powstać duże społeczności, tworzące organizmy państwowe. Dzięki niemu powstała nauka, jaką znamy. Pismo wreszcie pozwoliło w dużej mierze stworzyć współczesne narody – zbiorowości o wspólnym języku i kulturze.

Pismo i jego odczytywanie, posługiwanie się nim aktywne i bierne, bardziej iż cokolwiek innego, miało wpływ na znany nam kształt świata. Nie byłoby wszelkich swojskich dla nas udogodnień, czyniących nasze życie łatwiejszym i przyjemniejszym, gdyby nie pismo.

W tym kontekście rzeczą drugorzędną jest, czy więcej czytamy kryminałów, poezji, literatury faktu, poradników, czy jakiejkolwiek innej literatury. Oczywiście ma to znaczenie, jednak w innej już dyskusji. W kontekście podstaw naszego świata (jeśli chcemy, by wciąż istniał, i tylko pod tym warunkiem) istotne jest samo czytanie jako praktyka.

Jeśli tradycyjny, międzypokoleniowy przekaz treści kultury i wiedzy o świecie nie odbywa się już w formie opowieści snutej w węższym, czy szerszym gronie rodziny lub wspólnoty – bo nowoczesna struktura społeczna, społeczny podział pracy te kanały unieważnił, doprowadził do zaniku ich znaczenia – pismo staje się głównym medium przekazu wiedzy najszerzej pojętej.

 

A czytanie staje się podstawową dla pełnego uczestniczenia we współczesnym świecie praktyką.

Obrońcy godności klasy ludowej i jej prawa do nieczytania, paradoksalnie jawią się w tym kontekście, raczej wbrew swoim zamiarom, nader konserwatywnymi obrońcami tradycyjnych hierarchii i przywilejów. Nieczytanie bowiem skazuje na podporządkowanie.

Analfabetyzm

Pełniej na sprawę pozwala spojrzeć uwzględnienie zjawiska funkcjonalnego i społecznego analfabetyzmu. Według różnych badań około 40% Polaków nie jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem tekstu, zinterpretować go, streścić. Ok. 30% osób dotyka to w mniejszym nieco stopniu – nie są w stanie w pełni zrozumieć tego, co czytają.

 

Ten ostatni problem dotyka około 16% osób z wyższym wykształceniem.

Dla funkcjonalnych analfabetów, wyzwaniem przekraczającym ich możliwości, staje się zrozumienie instrukcji obsługi dołączanej do większości kupowanych i używanych na co dzień urządzeń, przeczytanie rozkładu jazdy, czy mapy pogody. Nie są też w stanie sprawnie wykorzystać posiadanej wiedzy w codziennym życiu.

Jeśli dołączymy do tego wyróżnioną kategorię analfabetyzmu społecznego – zamykającego dotkniętych nim w granicach ich własnego świata, wrogiego wszelkiej nowości ze względu na niemożliwość jej zrozumienia – mamy pełny obraz sytuacji.

 

fot. Maciej Kijko

fot. Maciej Kijko

Nie jest tak, że ten problem dotyka tylko Polaków. To kłopot w różnym stopniu charakterystyczny dla większości wydawałoby się skutecznie zalfabetyzowancyh i rozwiniętych państw. Mniejszy bądź większy odsetek ich obywateli to funkcjonalni analfabeci.

Nie kwestia jednak w rachowaniu procentów i pocieszaniu się, że gdzieś indziej jest jeszcze gorzej albo popadaniu w rozpacz, że w innych krajach osób z takimi problemami jest mniej, a nawet dużo mniej. Kluczową sprawą jest znaczenie tego faktu.

 

Bańki informacyjne

Wprost narzuca się wniosek, że nieczytanie nie tyle powoduje niemożność życia we współczesnym świecie (co jest oczywistą niedorzecznością, skoro tak duży procent Polaków w ten sposób egzystuje), raczej skutkuje stopniowym wyrzuceniem poza nawias szerokiej społecznej dyskusji, pogłębiającą się niepełnosprawnością cywilizacyjną, popadaniem w coraz większą zależność od tych, którzy sprawnie posługują się pismem w różnych jego wymiarach. Łatwo to unaocznić.

 

Bańki informacyjne w których grzęźniemy, to inna nazwa dla takiego społecznego analfabetyzmu – jesteśmy gotowi absorbować tylko te informacje, które odpowiadają naszej wizji świata.

Nie jesteśmy w stanie skonfrontować się z inną perspektywa inaczej, niż poprzez jej odrzucenie. Choć możemy używać wszelkich nowoczesnych urządzeń, to nie nie czytając i nie rozumiejąc tego co czytamy, jesteśmy na z góry przegranej pozycji. Podpis (pismo!) zaświadcza, że zrozumieliśmy i się zgadzamy na wszystko, co zawiera umowa, deklaracja, oświadczenie.

Nie zmienia sytuacji nawet formułowanie i odczytywanie kilkudziesięcioznakowych, najeżonych emotikonami komunikatów. Chodzi o teksty zmuszające niejako do śledzenia i rekonstruowania wydarzeń, toku rozumowania, kroków postępowania.

Powody takiego stanu rzeczy nie powinny być tajemnicą, a wciąż nic w tej materii się nie zmienia. Nie uczymy młodych ludzi jak się uczyć, nie informujemy ich, że nauka trwa całe życie, a wyposażamy jedynie w pakiety wiedzy, dające pozór pewności, a w istocie unieważniane w przeciągu kilku, kilkunastu następnych lat.

 

Uznajemy, że edukacja się kończy. Że więcej nie trzeba.

Tymczasem dynamicznie zmieniający się świat wymaga wręcz, byśmy się go uczyli wciąż na nowo. Samokształcenie dla wielu może wydawać się złowieszczym hasłem o demonicznej wręcz proweniencji, jak cyklizm i wegetarianizm. A przecież to nie fanaberia, a uznanie, że świat jest procesem, ja częścią tego procesu i żeby w pełni w nim uczestniczyć, należy się uczyć ustawicznie.

Przyczyny takiej sytuacji nie ograniczają się do bieżących manipulacji programami nauczania, sporów politycznych i ideowych, a zakorzenione są głęboko w przeszłości i rodowodzie polskiego społeczeństwa. Rozdrapywanie historycznych pretensji, zaszłych krzywd zastępuje refleksję na teraźniejszością.

 

fot. Maciej Kijko

fot. Maciej Kijko

Nie jesteśmy mesjaszem narodów, poletkiem dla bożego igrzyska, a „całkiem zwyczajnym krajem” (by posłużyć się tytułem wydanej niedawno książki na temat historii Polski). Uczestniczymy w procesie globalnych zmian i z tej perspektywy winniśmy na problem czytelnictwa spojrzeć.

A rzecz jest stosunkowo prosta – jeżeli wciąż chcemy żyć w świecie tak wygodnym, jak teraz, to winniśmy na poziomie indywidualnym i systemowo dążyć do tego, by czytanie stało się codziennością. Ta praktyka czyni nas zdolnymi do życia w rzeczywistości, dla której pismo jest znakiem rozpoznawczym. To wszystko, jeśli uznajemy ów świat za dobry. Nie jest tak, że nie może być i nie ma innych dobrych światów. Ten zapewnia nam pewne rzeczy, inne są nam niedostępne – nic nie jest doskonałe.

Jeśli jednak w ogólnym rozrachunku uznamy, że plusy przeważają nad minusami, winniśmy zamiast popadać w godnościowe spory, szukać najlepszych sposobów, by czytanie stało się jak najpowszechniejszym nawykiem Polaków. Bo jakkolwiek czytanie nie czyni nikogo automatycznie lepszym, czy mądrzejszym, to nieczytanie – choć nie jest hańbiące – skazuje na cywilizacyjne upośledzenie, spycha w stronę zależności od innych i ogranicza możliwości samodzielnego kształtowania własnego życia.