fot. Marta Konek

O Panu Mieciu, co z psem Bączkiem do mszy przygrywa

Są takie miejsca, do których słowa niektórych wierszy, czy pieśni pasują jak ulał. Są ludzie, którzy pasują do miejsca, w którym przyszło im żyć i pracować tak bardzo, że bez nich ta przestrzeń nie miałaby charakteru. Kiedy te wzajemnie pasujące do siebie byty i przestrzenie zmiesza się w jednym tygielku, powstaje coś niezwykłego.

To będzie opowieść o Panu Mieciu organiście, który gra nie tylko na organach, ale także na ludzkich duszach i o Miasteczku Krajeńskim, które nie jest wyłącznie miejscem, ale i stanem umysłu.

Misiaki mają to w genach 

Mieczysław Misiak organistą w Miasteczku Krajeńskim jest od 1981 roku. Zaczął jako siedemnastoletni chłopak, gdy dotychczasowy organista ciężko zachorował. Rodziców zapytał, co o tym myślą, żeby poszedł grać do Miasteczka Krajeńskiego. Mama mu wtedy powiedziała: 

 

"Mieciu, to twój wybór jest."

 

Zagrał i do dziś pamięta, jak bardzo się denerwował i jak bardzo się martwił, czy przed tymi obcymi ludźmi dobrze wypadnie. Choć szedł na zastępstwo, wkrótce rada parafialna zaproponowała mu zostanie na stałe.

 

Mieczysław Misiak, fot. Marta Konek

Mieczysław Misiak, fot. Marta Konek

Dzisiaj gra na weselach tych, którym przed laty na chrzcinach grał i na pogrzebach tych, którym grał do ślubu.

Proboszcza to już siódmego ma na parafii. 

 

"Gdybym przez dwa, trzy dni w kościele nie był, to bym się rozchorował. To jest moje życie, moje powołanie – mówi - moja rodzina jest rozmodlona i rozśpiewana, wszyscy w genach to mamy."

 

Pan Mieczysław opowiada, że powołanie do służby w kościele jest u nich rodzinne. Księdzem był brat jego babci, księdzem był brat jego taty i siostrzeniec. Mały Mieciu od pierwszej klasy był ministrantem w rodzinnej parafii w Rzadkowie. Proboszcz Kazimierz zauważył, że chłopiec ma bardzo dobry głos, i awansował go na kantora. Pierwszy psalm zaśpiewał na Wielkanoc. Podczas rezurekcji raz się zająknął przy tym śpiewaniu i aż się popłakał po wyjściu z kościoła. A ksiądz Kazimierz zawołał go do siebie i pochwalił, że pięknie śpiewał.

 

Ta pochwała dodała mu skrzydeł i wiary w siebie.

Mieciu był najmłodszy z ośmiorga rodzeństwa. Razem z szóstką braci i siostrą pomagał rodzicom Marii i Tadeuszowi w gospodarstwie. Do szkoły poszedł do Piły, do budowlanki i tam chodził do kościoła Świętej Rodziny na naukę gry na organach. Miał w tej szkole koleżanki z Miasteczka Krajeńskiego i jak słuchał ich opowieści, to przez głowę przemknęła mu myśl, że chciałby kiedyś w Miasteczku grać. 

 

"I to się spełniło, to moje życzenie. Ręka Boża czuwała" – wspomina.

 

Kościół w Miasteczku Krajeńskim, fot. Marta Konek

Kościół w Miasteczku Krajeńskim, fot. Marta Konek

Do kościoła w Miasteczku Krajeńskim z rodzinnego Rzadkowa rowerem jeździł, jeszcze na tej drodze asfaltu wtedy nie było. Gdy przejeżdżał przez Miasteczko-Huby, młodzież przy drodze stała. Czasami się zatrzymywał, żeby pogawędzić i tak poznał swoją przyszłą żonę Teresę.

 

Zanim jednak stanął z nią na ślubnym kobiercu, musiał pójść do wojska. Trafił najpierw do Braniewa, a potem do orkiestry garnizonowej w Wałczu, w której grał ze Sławomirem Świerzyńskim z zespołu Bayer Full.

Ślubu Teresie i Mieczysławowi udzielał ksiądz Władysław Dopierała, a w kościele grał dla nich poprzedni organista z Miasteczka Krajeńskiego Wincenty Rajek. Rok później pierwsza córka Karolina im się urodziła, potem Sylwia. Dzisiaj dziadek Mieciu cieszy się trzema wnukami i dwiema wnuczkami. 

 

"To największa moja pociecha" – zdradza.


Dwadzieścia dwa schody do prywatnego nieba


Organy w kościele pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Miasteczku Krajeńskim mają jakieś 115 lat. Są szesnastogłosowe, na 1200 piszczałek. Na dzwonnicy jest turbina połączona rurą z miechem. Z miecha powietrze pod ciśnieniem tłoczone jest dalej, do piszczałek, z których z mocą, z wyczuwalnym w powietrzu drżeniem, wydobywa się głos.

 

"Jak ja te organy kocham – mówi Pan Mieciu i dodaje - że gdy piszczałki wymagają naprawy, to i ucho to słyszy i palce na klawiszach czują."

 

Nie może być jednak inaczej, skoro gra na tym instrumencie codziennie od trzydziestu dziewięciu lat.

 

"Melodyjny jestem i szybko łapię. Słuch absolutny mam, bo jak tylko coś usłyszę, to cały dzień pod nosem nucę i od razu na klawisze potrafię przelać"– opowiada.

 

Każdą tonację w mig łapie, bo przecież jak ksiądz zaśpiewa „Pan z wami”, to organista musi błyskawicznie w tej samej tonacji odpowiedzieć.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Pan Mieciu mówi, że jego zawód zanika. Bo co prawda dużo młodych na klawiszach grać umie, ale żeby być organistą, to trzeba znać liturgię, odpowiednio dobierać pieśni do tego, o czym mówi Ewangelia. Niektóre z tych nowych pieśni pasują bardziej na dyskotekę niż do świętego miejsca.

 

"Pan Jezus też musi wesoło mieć, ale w tych starych pieśniach jest jakaś moc, jakiś czar. Po prostu są piękne" – zamyśla się organista z Miasteczka Krajeńskiego.


I ludzie teraz inaczej śpiewają. Kiedyś mało kto się pojawiał w kościele bez książeczki, to siłą rzeczy ludzie teksty pieśni znali. Teraz mało kto więcej niż jedną, dwie zwrotki pociągnie. Śpiew starszych ludzi idzie z mocą pod kościelne sklepienie.

 

A młodzi jakoś wstydzą się śpiewać, a może nawet nie bardzo potrafią.

Jak już Pan Mieciu wszystko do mszy przygotuje, to wspina się po dwudziestu dwóch schodach na chór i siada przy organach. 

 

"To jak schody do mojego prywatnego nieba" – mówi wzruszony.

 

Dwa dzwony na śmierć


"Nie mam jakichś ulubionych pieśni. Każda pora roku jest niezwykła przez muzykę, jaką się o niej opowiada. Triduum Paschalne, Boże Narodzenie, Adwent. Nie lubię grania na pogrzebach, szczególnie na pogrzebach dzieci. Chciałbym być jak najdalej, bardzo to przeżywam. Na ostatnie pożegnanie głowę spuszczam, patrzę na tekst i zamykam się w śpiewie, żeby nie widzieć tego cierpienia, tego bólu rodziny. Za to na ślubach aż serce w górę się rwie, a palce same na klawiszach radośnie wystukują melodie."

 

Kościół bez organisty to studnia, ducha nie ma. Pan Mieciu mówi, że ludzie doceniają to jego granie, bo w końcu dzieli z nimi najważniejsze życiowe wydarzenia: śluby, chrzciny, pogrzeby. 

 

"Parafia jest jak rodzina, a ja bez ludzi to bym nie wytrzymał, wszystkich tu znam" – uśmiecha się.


Od niemal czterdziestu lat to on wzywa wiernych do kościoła, bo za sznur pociąga, żeby dzwon rozbujać i przypomnieć mieszkańcom Miasteczka Krajeńskiego, że czas się na mszę wybierać.

 

On też na śmierć dzwoni – kiedy ktoś umrze, za dwa sznury ciągnie i tym podwójnym dzwonieniem oznajmia parafianom, że kogoś z ich grona ubyło.

Pan Miecio i pies Bączek, fot. Marta Konek

Pan Miecio i pies Bączek, fot. Marta Konek

Bączek – pies organisty

Pan Mieciu ze zwierzętami rozmawia, a z Bączkiem to nawet przy organach zdarza mu się zagadać. Bączek ma już dziesięć lat, a kiedy zaczął z Panem Mieciem do pracy chodzić, jedna z parafianek zrobiła mu podusię, która przy organach leży.

 

Jak na Podniesienie Pan Mieciu klęka, Bączek wstaje z podusi i koło nogi się kładzie. Na procesje chodzi, dzieci uwielbia, z innymi zwierzętami żyje w przyjaźni.

Bączek to mądry pies i największy przyjaciel. Emocje potrafi rozpoznawać, towarzyszy Panu Mieciowi w wyprawach na ryby i grzyby. Po ostatniej mszy, jak widzi, że Pan Mieciu już klucze w ręku trzyma, żeby kościół zamknąć, to skacze w górę z radości jak piłeczka.

 

"Jak by ludzie tak chodzili do kościoła, jak Bączek, to by kościół w szwach pękał" – mówi organista.

 

Tuż przy organach leży Mieciowe kompendium wiedzy – śpiewniki, nuty, psałterze. Jednak tego, co ma w głowie, co ma w sercu i dłoniach sprawnie biegających po klawiszach, nie da się zamknąć w żadnej książce. 

 

Pan Miecio i pies Bączek, fot. Marta Konek

Pan Miecio i pies Bączek, fot. Marta Konek

"Za to powołanie Panu Bogu dziękuję. I wszystkim ludziom za to, że mnie wspierają i moim proboszczom, bo przez tyle lat w tym moim kościele mogłem grać na chwałę Bożą – Pan Mieciu zamyśla się, milknie na chwilę, a potem szeroko się uśmiecha - Bo przecież świat jest piękny, ludzie są dobrzy, a organista zawsze znajdzie odpowiednią pieśń na to, by Panu Bogu za to wszystko wyśpiewać dziękczynienie." 


Chwalcie łąki umajone


Są takie miejsca, gdzie słowa kościelnych pieśni mają szczególne znaczenie. Tak jest w Miasteczku Krajeńskim, szczególnie wiosną, gdy do życia budzą się rozległe nadnoteckie łąki i dąbrowy położone na morenowych wzgórzach.

 

Kiedy Pan Mieciu w maju po raz pierwszy zaśpiewa pełnym głosem „Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone. Chwalcie cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki!”, to wszyscy mają wrażenie, że śpiewa właśnie o Miasteczku Krajeńskim.

Powtarzając za nim te słowa, wierni myślą o przylaszczkach na Dębówce, o źródliskach zasilających cieki spływające po zboczach wzgórz, o kwitnących tarninach, o drozdach i kosach, które zaczynają koncerty na długo przed świtem i do późnego wieczoru konkurują śpiewem ze słowikami.

I myślą jeszcze o bujnych łąkach nad Notecią, które właśnie w maju pokrywają się wilgotną, parującą w upale zielenią i zamieniają w morze traw przetkane kolorowymi kwiatami.

 

Świat jest piękny i gdy słów brakuje, by to piękno opowiedzieć, Pan Mieciu organista podaje właściwą tonację i słowa, którymi da się wyśpiewać to, co człowiekowi w duszy gra.