fot. D. Tatarkiewicz

O potrzebie mitu

„Mity są potrzebne, bowiem przez barwną interpretację wydarzeń powstańczych utrwalają pamięć o nich. Mogą być inspiracją dla literatów, malarzy, rzeźbiarzy i muzyków” – twierdzi profesor Janusz Karwat, historyk, laureat Nagrody Marszałka Województwa Wielkopolskiego za całokształt dorobku kulturalnego.

Barbara Kowalewska: Kiedy zaczął się pan fascynować historią?

Janusz Karwat: W dzieciństwie mieli na mnie wpływ dziadek i babcia. Urodziłem się w Zamościu i dziadek opowiadał mi o swoich doświadczeniach wojennych, wysiedleniu, śpiewał także różne piosenki, a ja tym nasiąkałem. Miałem też dobry kontakt z żyjącymi uczestnikami zmagań niepodległościowych. W naszym regionie pielęgnowano pamięć o powstaniu styczniowym, wojnie z Rosją bolszewicką 1920 r., kampanii wrześniowej 1939 r. i walkach partyzanckich. I tak rodziła się pasja.

Jako chłopiec byłem zafascynowany filmem „Czterej pancerni i pies”. TVP1 miała co niedzielę godzinny program, był to Klub Pancernych. Goszczono tam podchorążych z Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Pancernych w Poznaniu, a młodzież to oglądała. W ramach przynależności do klubu zdobywaliśmy różne sprawności. Przyjeżdżali do nas instruktorzy z wojska, a nawet sam Janusz Przymanowski, autor scenariusza do filmu. W latach 60. XX wieku miało to służyć wychowaniu patriotycznemu. To była akcja scentralizowana, wsparcie dla związków młodzieżowych, we współpracy z ministerstwem oświaty. Oczywiście, nas, dzieci, fascynował wojenny serial przygodowy, nie ideologia.

 

fot. D. Tatarkiewicz

fot. D. Tatarkiewicz

Wymarzyłem sobie, żeby zostać archeologiem, ale nie miałem szans, bo na uniwersytet w Lublinie przyjmowano garstkę kandydatów. Wybrałem więc Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Pancernych w Poznaniu. Z czasem zostałem oficerem, dowodziłem plutonem szkolnym. I w tym czasie krystalizowały się moje zainteresowania dziejami wojskowości. Zacząłem studiować zaocznie politologię i historię, właściwie konspiracyjnie, gdyż bez zgody przełożonych oficerowie nie mogli studiować w uczelni cywilnej.

Potem przyszedł czas na doktorat w Wojskowym Instytucie Historycznym, a dziesięć lat później uzyskałem habilitację.

 

BK: Zaczynał pan pracę jeszcze w latach socjalizmu. Jak wtedy wyglądała sytuacja historyków, wolność słowa, wolność badań?

JK: W PRL-u, zwłaszcza w latach 50. i 60. XX wieku, historiografia polska była pod wpływem historiografii radzieckiej. Potem to się zmieniało, ale stan wojenny spowolnił ten proces, bo wojsko stało się narzędziem utrzymania socjalizmu. Pamiętam, jak wpływała na mnie literatura Miłosza albo wizyty Jana Pawła II. Od początku lat 70. współpracowaliśmy z poznańskim środowiskiem akademickim (AZS, PTTK), Wojskowy Krąg Instruktorski wspierał drużyny harcerskie. Pod koniec lat 80. cenzura nie była już tak restrykcyjna, dominowała jeszcze poprzednia narracja, ale już nie była tak toporna.

Ja sam nie doświadczałem ingerencji cenzury, może dlatego, że zajmowałem się dziejami broni pancernej i historią regionalną. Co więcej, w tamtym czasie miałem wgląd w dokumenty niedostępne nawet dla wojskowych. W roku 1987 analizowałem teczki w archiwach resortowych, dotyczące udziału wojska w wydarzeniach Poznańskiego Czerwca 1956 roku. Miałem wtedy pełen obraz roli wojska skierowanego do pacyfikacji miasta. Dodam, że niektórzy żołnierze, także poznańscy podchorążowie, przeszli na stronę rebeliantów, strzelając w kierunku gmachu UB. Później dokumenty te utajniono. Ale moje wyniki moich badań wykorzystałem w latach 90. w swoich wystąpieniach, kiedy to zaczęto organizować konferencje związane z rocznicami Czerwca ’56, z czasem zajął się tym IPN. Za Jelcyna mieliśmy możliwość kserowania wielu akt dotyczących zbrodni katyńskiej, ale potem uniemożliwiono dostęp do tych akt.

 

BK: Ma pan w swoim dorobku publikację „Encyklopedia Powstania Wielkopolskiego 1918–1919”, która jest ważnym wkładem w historię. Dlaczego zdecydował się pan na tak szeroko zakrojony projekt?

JK: Na temat powstania istniały już opublikowane monografie, m.in. Zdzisława Grota, Antoniego Czubińskiego, Benona Miśkiewicza i Bogusława Polaka, opisujące zarówno aspekty militarne, jak i polityczne. Wszystkie publikacje musiały mieć akceptację cenzury. Jeszcze w latach 80. zadałem sobie pytanie: jak to się stało, że w latach zaborów Wielkopolanie, będąc bezwolnym przedmiotem pruskiej polityki, stali się aktywnym podmiotem własnych losów?

 

fot. D. Tatarkiewicz

fot. D. Tatarkiewicz

Po paru latach doszedłem do wniosku, który początkowo nie był akceptowany przez innych historyków, że Wielkopolanie zmierzali ku wyzwoleniu dwiema drogami: działań militarnych i pracy organicznej. Te dwie praktyki, romantyczna i pozytywistyczna były wobec siebie komplementarne, wzajemnie się dopełniały. U nas romantyzm się skończył w połowie XIX w., a w Królestwie Polskim po powstaniu styczniowym. Żeby przetrwać w ramach państwa niemieckiego, Wielkopolanie musieli podejmować inne działania w ramach licznych stowarzyszeń.

W granicach państwa niemieckiego następował proces samomodernizacji społeczeństwa polskiego. I tak napisałem książkę „Od idei do czynu. Myśl i organizacje niepodległościowe w Poznańskiem 1887–1919” (2002), w której prześledziłem kształtowanie się świadomości narodowej i aktywności Wielkopolan w różnych obszarach życia.

 

BK: Co pana zaskoczyło w trakcie prowadzenia tych badań?

JK: Przede wszystkim to, że na ogół polskie powstania kończyły się klęskami. A nasze powstanie wielkopolskie było zwycięskie. Powstańcami byli prości ludzie, z których mjr Stanisław Taczak i gen. Józef Dowbor-Muśnicki utworzyli potem regularne wojsko. Wydaje się to mało romantyczne, nie tak, jak w przypadku Legionów Piłsudskiego, w których byli przedstawiciele kultury, lekarze, ludzie wykształceni. Jeszcze Legiony nie wyruszyły w pole, a już było wydawnictwo promujące ich czyn. A powstańcy wielkopolscy nie byli ludźmi pióra. Był wprawdzie Roman Wilkanowicz, ale jego piśmiennictwo jest mało znane. 

Powstanie wielkopolskie nie ma zbyt wiele legend, mitów, a to się dobrze sprzedaje. A przecież insurekcja wielkopolska była wygrana, w przeciwieństwie na przykład do powstania warszawskiego 1944 roku. I to mnie właśnie zaskoczyło – ten brak mitów i legend powstańczych. Wielkopolanie czuli się niedowartościowani, więc już w latach 30. ukuli określenie „jedyne zwycięskie powstanie narodowe”.

Mity tworzone są nadal. Na przykład 12 lat temu ogłoszono, że u nas była godzina „W”, jak w powstaniu warszawskim. Powoływano się na decyzję księdza Franciszka Rucińskiego, proboszcza parafii jeżyckiej, który kazał w pierwszą rocznicę wybuchu powstania bić w dzwony o godzinie 16.40. A faktycznie to powstanie wybuchło spontanicznie i nikt oficjalnie go nie ogłaszał. Mity są potrzebne, bowiem przez barwną interpretację wydarzeń powstańczych utrwalają pamięć o nich. Mogą być inspiracją dla literatów, malarzy, rzeźbiarzy i muzyków.

 

fot. D. Tatarkiewicz

fot. D. Tatarkiewicz

Kolejne moje zaskoczenie – że tak mało wiemy o szeregowych powstańcach. Swoich monografii doczekali się głównodowodzący powstania: Stanisław Taczak i Józef Dowbor-Muśnicki. Ukazywały się biografie niektórych dowódców niższego szczebla. Dzięki inicjatywom Towarzystwa Pamięci Powstania Wielkopolskiego 1918/1919, wysiłkom regionalistów, powstanie zeszło z postumentów. Zostało spersonifikowane i tym samym stało się bliższe mieszkańcom poszczególnych miejscowości. Z całą mocą uwidoczniło się to w czasie obchodów 90. i 100. rocznicy wybuchu powstania.

Na ziemi gnieźnieńskiej zrealizowano ponad 500 przedsięwzięć powiatowych, gminnych i parafialnych. Przygotowałem książkę „Powstanie wielkopolskie na ziemi gnieźnieńskiej”.

Polskie powstania narodowe mają swoje opracowania encyklopedyczne. Wraz z dr. Markiem Rezlerem podjęliśmy wysiłek przygotowania encyklopedii naszego czynu zbrojnego. I wydanie „Encyklopedii” rozeszło się na pniu (2 tys. egz.). Drugie, poszerzone wydanie „Encyklopedii” zbiegło się z ustanowieniem 27 grudnia Narodowego Dnia Zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego. W publikacji są również hasła związane z kulturą – literaturą, ruchem śpiewaczym, sztukami plastycznymi, filmem, fotografią i radiem.

Tych działań jest sporo. Od ponad 20 lat jestem konsultantem filmów historycznych i fabularnych. Powstał m.in. scenariusz na wzór „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. Chcieliśmy pokazać interkulturowość okresu zaborów, jak te dwie kultury się przenikały. Na przykład z Bambrów lubońskich ponad 20 poszło do powstania. W oddziałach powstańczych, potem w regularnym wojsku wielkopolskim odnotowałem stu kilkudziesięciu cudzoziemców. Trzeba to upowszechniać i utrwalać. Osób, które chcą się tym zajmować, nie ma zbyt dużo.

 

BK: Pana fascynacje związane są nie tylko z historią, ale także z życiem artystycznym Wielkopolski. Jakich działań podejmował się pan w Salonie Artystycznym im. Jackowskich?

JK: Salon Jackowskich rozpoczął swoją działalność w latach 90. ubiegłego stulecia. Wzorem dla naszego stowarzyszenia stał się salon II Rzeczypospolitej istniejący w latach 1924–1934, salon krakowskiej aktorki Anny z domu Schiller i dyplomaty Tadeusza Gustawa Jackowskich we Wronczynie koło Pobiedzisk, blisko Poznania.

 

fot. D. Tatarkiewicz

fot. D. Tatarkiewicz

Tadeusz Gustaw był wnukiem Maksymiliana Jackowskiego, patrona wielkopolskich kółek rolniczych. Dobrze znał środowisko artystyczne II RP. Zachowała się duża część jego dorobku. We Wronczynie byli wszyscy ważniejsi politycy i przedstawiciele świata kultury w Polsce. Salon, w którym działam, powstał z inicjatywy kilku osób – m.in. Jerzego Grupińskiego, Milana Kwiatkowskiego i Daromiły Tomawskiej. Kontynuując tradycję i kulturę, chcemy zachować tamte wzory, usiłując zmodyfikować je na gruncie współczesności. Zainicjowaliśmy festiwale poetyckie, imprezy muzyczne, spotkania z młodzieżą szkolną.

To stowarzyszenie ludzi dobrej woli, którzy nie liczą na profity materialne.

 

BK: Jest pan także wiceprezesem Towarzystwa Kulturalno-Oświatowego „Forum Lubońskie”. Czym zajmuje się organizacja?

JK: Nasza działalność jest wielokierunkowa, prowadzimy własny miesięcznik „Wieści Lubońskie”, m.in. odpowiadam za przygotowanie „Lubońskich Roczników Historycznych”. Wydaliśmy kilkanaście książek dotyczących ziemi lubońskiej, w tym dwie duże monografie „Lubonianie w Powstaniu Wielkopolskim 1918–1919” (2009, 2018).

Organizujemy także różne imprezy i akcje społeczno-kulturalne, w znacznej części dla młodzieży. Dostrzeżono zresztą lokalnie moją aktywność, bowiem zostałem nagrodzony statuetką Siewcy za działalność kulturalną. Cenię ją sobie, bo to wyróżnienie lokalne. Badamy dzieje zasłużonych rodzin. To tutaj ponad 300 lat temu przybyli pierwsi Bambrzy. O tym także wielokrotnie pisałem. Współorganizowałem Uniwersytet Luboński Trzeciego Wieku. Nadal jestem członkiem jego rady programowej, a seniorzy to bardzo wdzięczne środowisko do poczynań kulturalnych.

 

BK: Wciąż jest pan aktywny. Rozpoczął pan pracę nad książką „Hulewiczowie. Artyści i działacze niepodległościowi”. Czego z tej publikacji dowie się czytelnik?

JK: To była rodzina ziemiańska, która osiadła w Kościankach, obecnie powiat słupecki. Publikacja będzie dotyczyć czterech braci powstańców, którzy odgrywali także ważną rolę społeczną i artystyczną.

 

fot. D. Tatarkiewicz

fot. D. Tatarkiewicz

O pułkowniku Bohdanie Hulewiczu wiem najwięcej, bo ożenił się z Jadwigą Karwat, mam dobry kontakt z jego wnukiem Witoldem Żyliczem. Bohdan wraz z Mieczysławem Paluchem należał do współorganizatorów powstania. Razem z dwoma braćmi – Jerzym i Witoldem, również oficerami wojsk wielkopolskich – był też związany ze środowiskiem artystycznym Wielkopolski. Już w czasie wojny utworzyli Spółkę Wydawniczą „Ostoja” oraz powołali dwutygodnik kulturalny „Zdrój”.

Jerzy związany był z grupą malarską ekspresjonistów Bunt. Natomiast Witold, poeta i tłumacz, związał się ze środowiskiem wileńskim i warszawskim, pracując w Polskim Radio. Obaj bracia należeli do ruchu oporu i obaj zmarli w 1941 roku. Wnuk Bogdana Hulewicza udostępnia mi duże archiwum po dziadku. Z profesor Katarzyną Szewczyk-Haake prowadzimy od ponad roku badania, których efektem będzie ta książka. Chcemy przygotować monografię o tej rodzinie, bo chociaż nazwisko Hulewiczów niektórym Wielkopolanom coś mówi, to szczegóły ich życia i zasługi dla naszego regionu są mało znane.

 

Prof. dr hab. Janusz Karwat – jest autorem ponad 280 publikacji, w tym: 19 książek naukowych i popularnonaukowych, 48 rozdziałów w pracach zbiorowych, 234 artykułów w czasopismach. Kierował też kilkunastoma zespołami badawczymi. Aktywnie działa w Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk, Salonie Artystycznym im. Jackowskich, Towarzystwie Pamięci Powstania Wielkopolskiego. Jest wiceprezesem Towarzystwa Kulturalno-Oświatowego „Forum Lubońskie”, współzałożycielem Uniwersytetu Lubońskiego Trzeciego Wieku. Pracuje w Instytucie Kultury Europejskiej UAM. Przez wiele lat organizował comiesięczne „Gnieźnieńskie Konwersatoria Historyczne”. Otrzymał „Dobosza Powstania Wielkopolskiego” (2004 r.). W latach 2014–2018 wraz z dr. Markiem Rezlerem kierował pracami nad „Encyklopedią Powstania Wielkopolskiego” (wyd. Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu). Patronat nad tą publikacją objął Marszałek Województwa Wielkopolskiego Marek Woźniak. Obecnie przygotowuje dwie książki: „Hulewiczowie – artyści i działacze niepodległościowi” (druk w 2024 r.) i „Aspekty kulturalne Powstania Wielkopolskiego 1918/1919” (druk w 2025 r.).

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
8
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0