fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Odnaleźć swoje stado

„Widoczność jest bardzo potrzebna, bo przecież ballroom w dużej mierze tworzą osoby niehetero, trans, niebiałe, co staje się dla nich wyzwoleniem. Zdarza się jednak, że zwiększenie popularności kultury powoduje, że nowo przybili_łe tylko naśladują innych” - mówi voguer QQ, członek The Iconic House of Revlon.

Jakub Wojtaszczyk: Co było dla ciebie pierwsze: ballroom czy voguing?

QQ: Voguing, ale niepozbawiony kontekstu ballroomu i całej historii z nim związanej. Oczywiście można powiedzieć, że voguing to taniec albo performance taneczny, ale dla mnie wychodzi poza te kategorie. Jest nie tylko grą ciałem, ale też umysłem. Po raz pierwszy voguing zobaczyłem w „RuPaul’s Drag Race”. Nie wiedziałem, o co chodzi, ale bardzo mi się te ruchy spodobały.

 

Zacząłem oglądać różne klipy na YouTube, czytałem na ten temat i obejrzałem dokument „Paryż płonie”.

Dowiedziałem się, że przestrzeń ballroomu i voguing nierozerwalnie idą w parze. Zostały stworzone przez nieheteronormatywną społeczność POC [ang. person of color, osoba innej rasy niż biała – przyp. red.] i latinx [neutralne płciowo określenie na osobę pochodzenia latynoskiego – przyp. red.] Nowego Jorku jako bezpieczna przestrzeń. Był to pewnego rodzaju azyl, gdzie po raz pierwszy to nie człowiek biały, cispłciowy, heteronormatywny ustala zasady.

 

voguer QQ., fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

JW: Co było takiego w voguingu i ballroomie, że cię do siebie przyciągnęły?

QQ: Pamiętam, że na filmikach w internecie zobaczyłem ludzi, którzy ze sobą tańczą i nagle wpadają w taki specyficzny szał. Ktoś wykonuje jakiś dziwny ruch, wyciąga się i upada na podłogę, a wszyscy wokoło tracą głowę i krzyczą w emocjach. Zobaczyłem wspólnotę, której chciałem być częścią. Poszukiwania doprowadziły mnie na warsztaty z voguingu w Poznaniu. Pamiętam Madlen, „mamę” Kiki House of Army, czyli pierwszego polskiego domu ballroomowego, która siedziała otoczona swoimi dziećmi. Mimo że nigdy wcześniej nie spotkałem tych ludzi, poczułem jakbym odnalazł swoje stado w chwili, w której wkroczyłem na salkę.

 

Dzień później trafiłem na bal jeszcze jako obserwator, który nie wie, czym są poszczególne kategorie, na co można sobie pozwolić na wybiegu, a co jest zupełnie zabronione.

Nie rozumiałem tego, co widzę, mimo to czułem, że jestem świadkiem czegoś niezwykłego. Było to dla mnie bardzo odświeżające i do dziś doskonale pamiętam ten event. Teraz, po kilku latach, kiedy już siedzę w voguingu i ballroomie o wiele głębiej, podchodzę do wyjścia na runwayu bardziej analitycznie, trudniej mnie zaskoczyć.

 

JW: Kontynuowałeś warsztaty, prawda?

fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

QQ: Tak, bo czułem się doskonale w tej społeczności. Był to moment, w którym wyjątkowo fascynował mnie teatr, chodziłem na zajęcia aktorskie i na pantomimę, ale w każdej granej postaci w dużej mierze byłem sobą, tylko w innej sytuacji scenicznej. Usłyszałem raz od jednego typa, też geja, że niezależnie co będę robił na scenie, i tak wszyscy będą wiedzieć, że jestem pedałem. Wtedy mnie to zasmuciło, choć po czasie pogodziłem się z tym, że po prostu trudno było mi ukryć swoją manierę.

 

Doszedłem do wniosku, że nie warto starać się ją maskować.

Po odkryciu tej bardziej sfeminizowanej wersji siebie, na warsztatach u Madlen chciałem ją jeszcze bardziej podkręcić, mocniej ją przegiąć. Po pewnym okresie poszukiwań skupiłem się na vogue fem, kategorii, która polega na performowaniu wyraźnych i dynamicznych ruchów oraz gestów uważanych za stereotypowo kobiece. I mimo że byłem wtedy 18-letnim twinkiem, gejem, którego orientacja przez wspomnianą wcześniej manierę jest widoczna na pierwszy rzut oka, przyszło mi to z trudem.

 

JW: Co było w tym takiego ciężkiego?

voguer QQ., fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

QQ: Mój stosunek do własnego ciała jest skomplikowany. Dlatego, kiedy na zajęciach kopiowałem ruchy, nie mogłem patrzeć na siebie w lustro. Któregoś razu podniosłem koszulkę i zobaczyłem swój brzuch, poczułem się bardzo niekomfortowo. Moje ciało było dla mnie okropnie nieestetyczne. Wzrok innych, kiedy zaczynałem uczyć się tańczyć, był jakby raniący. Na początku przy vogue fem nie mogłem sobie z tym poradzić, dlatego zaczynałem od innego stylu, od old waya. W nim nie musiałem przeginać ze sfeminizowaną wersją siebie, dzięki czemu nabrałem pewności. Musiałem przepracować swoje ciało, tak jak kiedyś przepracowywałem swoją orientację. Gdy wychodziłem z szafy przed znajomymi w gimnazjum, powiedziałem, że jestem biseksualny, a nie, że jestem gejem. Dopiero z czasem tak zacząłem się określać. Podobnie było z vogue fem – potrzebowałem czasu, musiałem się przygotować.

 

JW: W jaki sposób?

QQ: Kiedy chciałem być aktorem, potrafiłem sobie zwizualizować na scenie siebie i ludzi, którzy uwielbiają to, co robię. Performance i voguing były jak wypłynięcie na zupełnie nieznane wody. Zacząłem nagrywać, jak tańczę, co robię nieprzerwanie od trzech lat. Teraz z perspektywy czasu widzę, że wykonałem dzięki temu bardzo dokładne studium mojego ciała. Na podstawie filmików zacząłem rozumieć, co w moim przypadku działa, a co nie. Z biegiem czasu pojawiło się pytanie: „Czy ten ruch dobrze wygląda?”. Wszystko wrzucałem na stories na Instagrama. Odbiór był pozytywny, co mnie podbudowało. Zacząłem się sobie podobać.

 

JW: Z czasem zostałeś zaproszony do Kiki House of Army. Co dała ci ta przynależność?

QQ: Już wcześniej osoby voguerskie stanowiły kółko wzajemnej adoracji, więc od początku warsztatów i pierwszych balów było tak, jakbym należał do Army. Samo zaproszenie jednak było nobilitujące, a moje relacje z dziewczynami, które od lat budowały ten house, bardzo się polepszyły, zbliżyliśmy się do siebie.

 

fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Jednak osoby członkowskie naszego – obecnie już byłego – house’u rozsiane są po całej Polsce. Widywaliśmy się rzadko, właściwie tylko przy okazji eventów.

Wszak Kiki (House), w moim odczuciu, przede wszystkim oznacza bliskość i lokalność. Ten aspekt od zawsze był niezwykle ważny. Odkąd więc Madlen przeniosła się do Warszawy, wraz z kolektywem Lokalni Poznańscy Voguerzy (LPV) staramy się tę społeczność zachować i dobudowywać, przy zachowaniu standardów, które przez lata wypracowaliśmy_łyśmy w Army. W taki sposób osoby, które dopiero teraz dowiadują się o ballroomie, mogą doświadczyć poczucia jedności osób zmarginalizowanych. Wejść w swoje stado, które na nie od zawsze czeka. Tak jak czekało kilka lat temu na mnie.

 

JW: Jak taką społeczność się buduje?

QQ: Razem z LPV zauważyliśmy, że ludzi przyciąga do ballroomu głównie performance oraz najpopularniejsze kategorie. Oprócz vogue fem ludzi interesuje kategoria runway, w tym European runway i American runway. To przegięty, jednak wciąż elegancki i onieśmielający performance bazujący na chodzie modelek bądź modeli światowych wybiegów mody. Ballroom to również miejsce dla osób pracujących seksualnie oraz tych poszukujących bezpiecznych przestrzeni, w których ich ciała oraz seksualność będą celebrowane. Osoby te często wychodzą w kategorii sex siren. Oprócz tego LPV uczy również, wspomnianego przeze mnie, old wayu oraz new wayu. Pierwszy, znany pod inną nazwą pop, dip and spin, to styl stawiający przede wszystkim na elegancję i pozowanie – to tutaj należy doszukiwać się początku voguingu. Natomiast ten drugi to precyzyjny sposób poruszania się z uwzględnieniem odpowiednich kształtów w ciele.

 

voguer QQ., fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Sędziowie w tej kategorii doszukują się u osoby wychodzącej mocno rozciągniętego ciała oraz muzykalności. Performance jest dla nas punktem wyjścia w budowaniu społeczności.

Mamy nadzieję, że jeśli ktoś zajara się ruchem, będzie chciał też czerpać wiedzę o historii ballroomu, bo bez tej esencji wchodzenie do społeczności nie ma sensu. Wraz z przyswajaniem informacji na temat kultury osoby mogą zainteresować się często mniej celebrowanymi kategoriami, takimi jak realness, czyli wchodzenie w rolę heteronormatywnej osoby cispłciowej, bizarre, czyli zniekształcenie sylwetki człowieka poprzez jak najmniej oczywisty, mocno szalony kostium, czy best dressed, czyli najlepszy outfit na ballu, którego nie powstydziłaby się top celebrytka na Met Gali. Z mojego punktu widzenia to kategorie najbardziej ekscytujące. Przygotowanie stroju wymaga dużo czasu, można wyżyć się kreatywnie. Sam voguing, przez swoją powszechność w social mediach, a nawet serialach czy programach typu reality show, jest tematem przewałkowanym na wszystkie możliwe sposoby. Choć niezmiennie od lat vogue fem jest często najbardziej oczekiwaną kategorią wieczoru.

 

JW: Czyli mainstream przeszkadza ballroomowi?

QQ: Z jednej strony widoczność jest bardzo potrzebna, bo przecież ballroom w dużej mierze tworzą osoby niehetero, trans, niebiałe, co staje się dla nich wyzwoleniem, to niezaprzeczalnie pozytywne. Zauważyłem jednak, że zwiększenie popularności kultury powoduje, że nowo przybili_łe czasem chcą jedynie naśladować ruchy, zamiast poznać wspomnianą esencję tej społeczności. Zamiast odkrywać ballroom, wolą kopiować to, co zobaczyli_ły na TikToku, nie wiedząc, czym bale są. Voguing wyrwany z kontekstu kultury, która go stworzyła, to zwyczajne zawłaszczenie, szczególnie, kiedy osoby niebędące jej częścią na tym zarabiają. Zresztą sam niejednokrotnie zastanawiałem się, czy to, co robię, jest odpowiednie…

 

JW: Ty? Osoba LGBTQ+?

voguer QQ., fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

QQ: Jasne, przecież jestem osobą białą. Muszę pamiętać, że ballroom nie zawsze będzie opowieścią o mnie. Dla wielu, zwłaszcza osób niecispłciowych i POC, ta przestrzeń jest jedną z niewielu, w której naprawdę mogą poczuć się bezpiecznie. Mimo że jestem gejem i mieszkam w skrajnie homofobicznym państwie, takich miejsc mam więcej, jak chociażby uczelnia artystyczna, gdzie moje działania i projekty dotykające tematów społeczności LGBTQ+ spotykają się z aprobatą. Dlatego w ballroomie czasem wolę być w cieniu i dawać przestrzeń innym.

 

JW: Mimo to zostałeś zaproszony do międzynarodowego House of Revlon…

QQ: Tak! To ogromne wyróżnienie, bo w The Iconic House of Revlon jest tylko trójka osób z Polski. Do House’u przyjęli mnie Keiona i Vinii, czyli „matka” i „ojciec” paryskiego chapteru [z ang. rozdziału – przyp. red.] wspomnianego Major House’u. Rodzice dostrzegli, że mamy podobny vibe i na podobnym zasadach rozumiemy podejście do performance’u. Byłem na ich warsztatach, podczas których musieli zobaczyć we mnie to, czego szukają od nowych potencjalnych członków. Na tamtych warsztatach faktycznie czułem, że mój vogue opowiadał historię. Obawa przed tym, że zajmuję przestrzeń, że się wpycham, zeszła na drugi plan, ponieważ do house’u zaprosiły mnie właśnie osoby niebiałe. Szansa dołączenia do Revlon pojawiła się w bardzo dobrym momencie i dała mi kopa energetycznego, bo akurat mój entuzjazm do voguingu wtedy trochę zmalał…

 

JW: Dlaczego?

fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

QQ: Choć stawałem się coraz lepszy, zacząłem zauważać coraz to nowsze aspekty w moim ruchu, które chciałem zmienić, przez co ciągle nie byłem usatysfakcjonowany. Forsowałem się. Czułem, że mogę osiągnąć wszystko, a jednocześnie nie zastanawiałem się nad tym, co zachodzi w moim ciele. Nikt mi nie wytłumaczył, jak voguing potrafi je niszczyć. Po pewnym czasie pojawił się ból w kolanie, który ignorowałem. W pewnym momencie jednak nie mogłem tego już dłużej robić. Przez bardzo długi czas wierzyłem, że coś sobie jedynie naciągnąłem.

 

Okazało się, że doszło do dość poważnego uszkodzenia łąkotki, a ja zamiast na runway powinienem iść na operację. Byłem załamany.

Przecież chciałem jeździć na międzynarodowe bale, aby poznawać społeczność i zapracować na swoje imię. Kiedy znałem już termin zabiegu, mimo wszystko poleciałem do Paryża na „My Sisters Lives Matter Ball”. Dzięki adrenalinie nie czułem bólu. To było jedno z moich ostatnich wyjść przed rehabilitacją, nie mogłem go sobie odmówić. Po operacji postanowiłem zmienić to, jak pracowałem z ciałem. Chcę działać przede wszystkim świadomie.

 

JW: Zmieniła ci się perspektywa?

QQ: Tak. Dziś poczuwam się do obowiązku stania na straży wartości kultury ballroomu, szczególnie po tym, jak zaufały mi osoby, które tworzą go znacznie dłużej. Przede wszystkim chcę edukować nowo przybyłe osoby. Wszystko inne w tej kulturze chodzi teraz na drugi plan, zwłaszcza teraz, gdy moje ciało wciąż nie osiągnęło pełni możliwości sprzed czasów kontuzji. Ostatnio czytając książkę „My, TRANS” Piotra Jaconia, w której dużo miejsca poświęcono temu, jak trudno osobom trans funkcjonuje się w naszym społeczeństwie, niemal krzyknąłem: „Chodźcie do nas!”. Nie trzeba jarać się modą czy performance’em, by dostać wsparcie z ballroomu. Dla każdego i każdej znajdzie się tutaj miejsce.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
3
Świetne
Świetne
16
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0