fot. materiały prasowe serialu „Komediantki”

Oglądać, nie oglądać na HBO Max

Nowa platforma streamingowa HBO Max wreszcie zadebiutowała w Polsce. Wraz z nią pojawiły się wcześniej nieznane polskiej widowni seriale. Na który warto zwrócić uwagę, a który można sobie odpuścić?

Nowa platforma HBO Max nareszcie zawitała do Polski i zastąpiła stare dobre HBO GO. Oczekiwania były spore, ponieważ nowy streaming reklamowany jest jako konglomerat oferujący użytkownikom i użytkowniczkom produkcje nie tylko HBO, ale również Warner Bros., DC, Cartoon Network i Max Original.

 

Dodatkowo filmy premierowe wspomnianego Warner Bros. mają trafić na HBO Max zaledwie po 45 dniach od swojej premiery kinowej i dołączyć do biblioteki pozostałych produkcji wytwórni.

Niestety, zgromadzone tytuły są zdecydowanie najsłabszym punktem programu HBO Max. W większości to odgrzewane kotlety, żadne klasyki. Być może zmieni się to w przyszłości. Z pełną uczciwością należy jednak przyznać, że biblioteka serialowa jest na przyzwoitym poziomie. Polska widownia dostaje w końcu tytuły, o których za oceanem mówiono już od dawna. Poniżej wybrałem dwa. Jeden to must-see, drugi, choć gorszy, na pewno też znajdzie swoją widownię.

HBO Max, fot. materiały prasowe

 

„Komediantki”

Komediowy serial o… komedii, który podbił serca amerykańskich krytyczek i krytyków w ubiegłym, 2021 roku. Został nominowany do 15 nagród Emmy (zdobył trzy). W pilocie poznajemy Avę (wschodząca gwiazda Hannah Einbinder), dwudziestoparoletnią biseksualną scenarzystkę telewizyjną, która jeszcze parę dni wcześniej była u progu hollywoodzkiej kariery, a teraz balansuje na granicy bycia canceled, unieważnioną.

 

Wrzawę spowodował jej ironiczny tweet o niewyoutowanym prawicowym polityku hipokrycie i jego gejowskim synu.

serial „Komediantki”, fot. materiały prasowe

Ava niedawno kupiła dom na kredyt, ma również ogromne ambicje, więc jej złość i panika mają jeszcze większą rację bytu. Agent dziewczyny, Jimmy (Paul W. Downs) wyciąga do niej pomocną dłoń. Zamiast zerwania kontraktu proponuje wizytę w czyśćcu, które nazywa się Las Vegas. Zadaniem Avy będzie zaktualizowanie stand-upu innej klientki Jimmy’ego, starej wyjadaczki Deborah Vance (w tej roli Jean Smart, która niedawno błyszczała w „Mare z Easttown”, a wcześniej w „Watchmen” również od HBO). Komiczka od lat magluje ten sam skecz i choć robi to przy pełnej widowni, właściciel kasyna grozi jej zakończeniem umowy (na rzecz muzycznej grupy dla, jak mniemam, Generation Z). Ava z braku innej możliwości postanawia fuchę przyjąć.

 

serial „Komediantki”, fot. materiały prasowe

Od samego początku bohaterki nie przypadają sobie do gustu.

Deborah reprezentuje starą szkołę braku poprawności politycznej, mówi, co myśli, bo nie ma już nic do stracenia, poza tym po prostu ma Avę za mało śmieszną, egoistyczną gówniarę. Ava z kolei uważa, że niegdysiejsza ikona komedii sprzedała się, występując w programach typu „Mango Gdynia”, wciskając widowni nieprzywierające patelnie, a na scenie wypluwa z siebie tylko cringe’owe sprośne żarty o byłych partnerach. Z czasem jednak znajdują nić porozumienia. Na pewno pomaga w tym symetria między nimi – obie mają napięte stosunki rodzinne (Ava z matką, Deborah z córką, siostrą i byłym mężem) i są kobietami walczącymi o przetrwanie w branży zdominowanej przez mężczyzn.

 

„Komediantki” to komedia o komedii, ale przede wszystkim o dziwacznej, na pierwszy rzut oka niedopasowanej parze.

serial „Komediantki”, fot. materiały prasowe

Rewelacyjna gra aktorska (również aktorek i aktorów drugoplanowych, m.in. Carla Clemonsa-Hopkinsa, Poppy Liu, wspomnianego Downsa, Christophera McDonalda czy Megan Stalter), świetny scenariusz i przepyszne dialogi niosą nas przez 10 odcinków. Po każdym chcemy oglądać więcej i więcej perypetii Avy i Deborah. Na szczęście serial przedłużono na drugi sezon. Zdecydowanie oglądać!

 

„Stacja jedenasta”

Wrzucenie tego serialu do kategorii „nie oglądać” to pewnie przesada. „Stacja jedenasta” jest w porządku i… chyba to jej największe wykroczenie. Postapokaliptyczna opowieść, która choć nijak ma się do wcześniejszych produkcji z tego gatunku, rozpoczyna się klasycznie – od tajemniczej grypy, bardzo szybko pozbawiającej Ziemię 99% jej ludzkiej populacji. Świat pierwszego dnia swojego końca jest taki, jaki widzimy za naszymi oknami. Akcja poszczególnych odcinków jednak skacze do kilku momentów w przyszłości, tym samym malując pełen obraz historii Kirsten (w jej rolę wcielają się dwie aktorki: w młodszą świetna Matilda Lawler, w starszą Mackenzie Davis) oraz osób, które przeżyły zagładę.

 

serial „Stacja jedenasta”, fot. materiały prasowa

Najlepsze są lata tuż po epidemii, kiedy miasta, infrastruktura i wszystko to, co stworzył człowiek, z wolna obraca się w perzynę.

Ten znany trop w produkcjach spod postapokaliptycznego sztandaru jest świetny, bo obserwowany z boku, a właściwie z wysokości jednego z pięter apartamentowca, gdzie przed wirusem ukryła się wspomniana Kirsten. Uratował ją Jeevan (bardzo dobry Himesh Patel) i razem zabunkrowali się w mieszkaniu jego brata Franka (Nabhaan Rizwan), wcześniej zrobiwszy spore zapasy żywności. To właśnie tutaj Kirsten z nudów po wielekroć czyta selfpublishingowy komiks o tajemniczym astronaucie, który utknął na stacji kosmicznej.

 

Akcja serialu, tak jak wspomniałem, skacze po linii czasu.

W tej głównej, wysuniętej najdalej w przyszłość odsłonie dowiadujemy się, że obok Kirsten nie ma ani Franka, ani Jeevana. Co się z nimi stało? Odpowiedź poznamy w poszczególnych odcinkach. Bohaterka otoczona jest za to aktorami i aktorkami artystycznej trupy, która podróżuje po okręgu (który, z tego, co rozumiem, został wytyczony na bezpiecznym terenie post-USA, gdzie zbudowano nowe ludzkie osady) i… wystawia dzieła Szekspira. Jak się okazuje, tylko dramaty angielskiego barda przekazują uniwersalną prawdę o świecie w każdej jego odmianie.

 

serial „Stacja jedenasta”, fot. materiały prasowa

Zespół jest bardzo popularny, a aktorzy i aktorki witani jak prawdziwi celebryci i celebrytki. Brzmi przyciężkawo? I tak właśnie jest.

Z tego morza patosu nie pomaga serialowi wyjść kanoniczne traktowanie przez bohaterów i bohaterki wspominanego komiksu, który jest poniekąd nową „Biblią” z przepowiednią przyjścia kogoś na kształt zbawiciela. Mimo że „Stacja jedenasta” ma wiele wyśmienitych aspektów (chociażby grę aktorską), to brak napięcia i dziury scenariuszowe (próżno szukać odpowiedzi na pytania najwyższej wagi: „Dlaczego Szekspir?”, „Skąd jego uniwersalna popularność, nawet po apokalipsie?”, jak i na te prozaiczne: „Skąd ludzi mają jedzenie?”) powodują, że serial można sobie odpuścić.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0