fot. archiwum prywatne Graży Grzech

Oszukana drag queen

„Jak gra się heteroseksualnego policjanta, to pole manewru aktora jest ograniczone. A postaci z pogranicza światów pozwalają zaszaleć, skłaniają do poszukiwań i nieoczywistych rozwiązań. To było dla mnie zawsze najciekawsze” – mówi drag queen Graża Grzech

Od zawsze lubiłeś drag?

GRAŻA GRZECH: Wręcz przeciwnie, kiedy byłem młody (czyli dawno temu), w ogóle nie lubiłem dragu. Raczej nie chodziłem na imprezy z takimi występami, czasami jedynie zdarzało mi się wpadać na nie przez przypadek. Drag? Stary dziad w brzydkiej peruce? Nie dziękuję – tak wtedy myślałem.

 

Co sprawiło, ze zmieniłeś zdanie?

Złożyło się na to wiele czynników. Przede wszystkim przechodzę kryzys wieku średniego [śmiech]. Wtedy z człowiekiem dzieją się dziwne rzeczy. Pracuję też w teatrze i grając różne role, zorientowałem się, że najwięcej frajdy sprawiają mi te z pogranicza światów, np. realnego i wyimaginowanego, nadprzyrodzonego oraz właśnie te na styku płci i wszystkiego co pomiędzy.

 

Co jest w tym takiego fascynującego?

Płynność, brak określenia i wolność, czyli wyjście poza schemat. Wiadomo, że gdy gra się heteroseksualnego policjanta, to pole manewru aktora jest ograniczone. A postaci z pogranicza światów pozwalają zaszaleć, skłaniają do poszukiwań i nieoczywistych rozwiązań. To było dla mnie zawsze najciekawsze.

 

Co jeszcze wpłynęło na zmianę twojego myślenia o dragu?

W międzyczasie pojawił się „RuPaul’s Drag Race”, w którym zobaczyłem, że drag to nie tylko „stary dziad w brzydkiej peruce”, ale coś więcej, czasami może być to także sztuka. Pod wpływem tego programu zacząłem szukać szerzej. Oczywiście telewizyjny format jest wersją ugładzoną, to też wycinek przebogatego świata. Zorientowałem się, że ten świat zmienił się od czasu, kiedy patrzyłem na niego kliszami. A może był taki zawsze, ale ja o tym nie wiedziałem?

Drag wyszedł ze swoich schematów, otworzył się na różne estetyki. Teraz może go robić każdy i to na różne sposoby. Zobaczyłem, jakie drag daje możliwości – to był taki punkt zwrotny, bo postanowiłem trochę pochodzić, pooglądać. Poznałem ludzi z tego środowiska i wciągnęło mnie to.

Graża Grzech

Graża Grzech, fot. archiwum prywatne drag queen

 

Masz swoją ulubioną osobę, która robi drag?

Lubię Sashę Velour. Nie ma dnia, aby ktoś mi nie napisał, że jestem jej polską wersją. Oczywiście w ogóle mi to nie przeszkadza, bo ona robi wspaniałe rzeczy, nie tylko estetycznie, ale też pod względem treści, które idą za jej występami. Są bardzo wysmakowane, ale niosą też istotny przekaz. Jej show „Smoke & Mirrors” to przemyślana i wysokiej klasy rozrywka. Poza tym lubię też francuski drag.

 

Czy amerykański i francuski drag czymś się od siebie różnią?

Z pewnością! Chociaż francuski znam raczej instagramowo, nie miałem okazji widzieć występów na żywo. Na pewno jest fascynujący pod względem estetycznym. Może i nauczyliśmy Francuzów jeść widelcem, ale jeśli chodzi o finezję charakteryzacji czy stylizacji peruk, to nie mają sobie równych. Amerykański drag jest pewnie bardziej widowiskowy jeśli chodzi o występy publiczne, ale nie chcę występować w roli eksperta, aż tak wiele w życiu nie widziałem. [śmiech]

 

Pamiętasz narodziny Graży Grzech?

Na początku myślałem, że to będzie zupełnie inna postać – taka pani z lat 80. Imię wymyśliłem ja, słowo „Grzech” dodał mój chłopak. W każdym razie żadną panią z lat 80. nie jestem, ale Graża Grzech brzmi dobrze i łatwo to zapamiętać, a kariery międzynarodowej nie planuję [śmiech]. Miałem też pomysły na bardziej skomplikowane pseudonimy.

 

Możesz zdradzić?

Przez moment miałem być Eupsychią Trix, bo ktoś mi kiedyś powiedział, że w dniu moich urodzin imieniny obchodzą ten, ta i tamta, wśród nich była także Eupsychia. Zachwyciłem się brzemieniem tego słowa. Zacząłem kombinować — Eupsychia Trix, Eupsychia Tryk… Psychiatryk. Ale po pierwsze uświadomiono mi, że nikt tego nie zapamięta, a po drugie żarty z ludzi z problemami są raczej słabe.

 

Graża brzmi typowo polsko, wręcz przaśnie…

Tak, tak. [śmiech]

 

Nie kusiło cię, aby w występach wyśmiewać tę polską przaśność?

Nazwa była przypadkowa, nie miałem takiego zamiaru. W ogóle działam po omacku, bo raczej nie mam strategii rozwoju tej postaci. Wchodzę w różne buty, a każdy kolejny występ dodaje cegiełkę do projektu „Graża”.

Zazwyczaj bodźcem jest muzyka i pod jej wpływem buduję numery typu lip sync, przy czym one też nie są specjalnie rozbudowane. Raczej staram się wejść w jakiś nastrój czy postać niż budować wielkie historie. Oczywiście lubię takie show, w którym pojawiają się szalone miksy z fragmentami dialogów z filmów i różnych piosenek – Twoja Stara jest mistrzynią takich występów. Ale ja sam robię lip sync raczej w ramach jednej piosenki. Tak mi, póki co, w duszy gra.

 

Pamiętasz swój pierwszy występ?

Miałem bardzo udany początek. Debiutowałem z zespołem POLPO MOTEL, który zaprosił  mnie do udziału w plenerowym koncercie w domkach fińskich na Jazdowie w Warszawie. Olga Mysłowska i Daniel Pigoński, którzy tworzą POPLO, a których spotkałem wcześniej przy okazji teatralnych projektów, zaproponowali Graży udział w chórkach, miałem też czytać fragmenty książki Antoniego Kępińskiego „Melancholia”.

Pomyślałem sobie: jak nie teraz, to kiedy? Oczywiście też się trochę bałem, bo publiczność była jednak „z miasta”, przypadkowa czy niesprofilowana. Na szczęście wyszło świetnie!

 

Gdzie jeszcze wystąpiłeś?

Potem pojawiłem się jeszcze w ramach imprez Glitter Confusion i Whatever Queer Festival w klubie Pogłos, który jest cudownym miejscem przyjaznym sztuce Queer. Po występach dostałem wiele głosów, że moje występy były niezłe, że Grażę dobrze się ogląda, bo jest ciekawa i inna. Również na Instagramie wiele osób pisało do mnie z pozytywnymi komentarzami. To mnie zmotywowało.

W swoim życiu robiłem bardzo dużo rzeczy, podejmowałem się wielu projektów, ale zawsze szybko mi się one nudziły. Myślałem, że z Grażą też tak będzie, ale minęły już dwa lata i nadal się w to bawię. Natomiast nie jest to mój pomysł na życie; to raczej ekscentryczne hobby starszego pana…

Graża Grzech

Graża Grzech, fot. archiwum prywatne drag queen

 

Nie przesadzaj! [śmiech]

Trochę żartuję. Zresztą występuję tylko od czasu do czasu, starając się wybierać imprezy z ciekawymi ludźmi, w ciekawych miejscach czy też wspierające słuszne sprawy. Nie mam potrzeby, aby robić drag zawsze i wszędzie. Parę razy zdarzyła mi się „zgęstka” imprez i czułem się zwyczajnie zmęczony. Drag wymaga wiele pracy, trzeba się przygotować, ucharakteryzować, kostiumy są, jak wiadomo, potwornie niewygodne, zarywa się noce itd.

 

Grasz Grażę czy nią jesteś?

Jest to ciekawe pytanie, bo nie jestem osobą, która pomaluje się, przebierze i staje się Grażą Grzech. Nie wyobrażam sobie iść w dragu do miasta, tak po prostu i w taki sposób się bawić, czerpać z tego przyjemność. Jestem trochę oszukaną drag queen [śmiech]. Właśnie taką z doskoku. Dla mnie kluczowy jest występ. Mam problem z tym, kim jestem przed i po nim, kiedy mam na sobie jeszcze kostium i makijaż.

 

W teatrze jest inaczej?

Tak, do garderoby przychodzi się prywatnie; człowiek przebiera się, gra spektakl, potem zdejmuje kostium, robi demakijaż i wychodzi z teatru znów jako osoba prywatna. W dragu, też z racji warunków technicznych (często w klubach nie ma garderoby), muszę być gotowy długo przed występem, często maluję się w domu i np. do taksówki wsiadam już w pełnym rynsztunku. I nie jestem pewien, kim wtedy jestem. Niekoniecznie chce mi się wchodzić w rolę Graży i odgrywać coś, udawać, zwłaszcza przed znajomymi.

Z drugiej strony trudno być prywatnym w pełnym make-upie i kostiumie. Nie jest to oczywiście problem, który spędza mi sen z powiek, ale wtedy czuję się niepewnie. Nie przepadam za tym stanem „pomiędzy”. Zdarzyło mi się zmyć makijaż i przebrać tuż po występie, żeby móc dalej bawić się jako ja, Bartek. Spotkało się to ze zdziwieniem ludzi, bo jest takie oczekiwanie, że drag queen będzie dostępna również po show, żeby np. zrobić sobie z nią zdjęcie.

 

Czy to poczucie „bycia oszukaną drag queen” wynika jeszcze z czegoś?

W dragu najbardziej kręci mnie zderzenie kobiecości z męskością, więc lubię swoją brodę i owłosioną klatę, czyli stricte męskie cechy, zderzyć z atrybutami kobiecości. Więcej „funu” daje mi ten męsko-damski koktajl niż pełna iluzja.

 

Podobno jesteś pesymistą i wojerystą. Kogo lub co podglądasz i co napawa cię tym pesymizmem?

Pesymizmem napawa mnie niemal wszystko: moja własna osoba, moja przyszłość, przyszłość tego kraju, przyszłość ludzkości, klimatu… Wszystko widzę w czarnych barwach, także w teatrze, tuż przed premierą rzadko kiedy wierzę w sukces. Taką mam naturę. Na szczęście nie wszystkie moje czarne wizje się sprawdzają, często jest odwrotnie. Nie jestem smutną osobą, ale takie myśli po prostu mi towarzyszą. Dlatego też staram się skupiać na tym, co tu i teraz i czerpać z tego radość.

 

A wojeryzm?

Któż nie lubi patrzeć? [śmiech] Instagram ma parę swoich dziwnych rytuałów, m.in.  „send me nudes” („wyślij mi rozbierane zdjęcie”), czyli np. „Mam urodziny, send me nudes”, „Mam 1000 followersów, send me nudes”… Urządza się tę zabawę z różnych głupich powodów i powiem ci, że odzew bywa spory. Oczywiście łatka już do mnie przylgnęła – Graża jest wielbicielką „nudesów”, nawet tak zapowiadają mnie na występach.

 

Uważasz, że drag, niekoniecznie twój, ale drag w oqóle, oddaje nastroje społeczne, komentuje rzeczywistość?

Tak, absolutnie! Sam chciałbym taki drag robić, co zdarzyło mi się tylko raz, kiedy do występu użyłem fragmentu spotu reklamowego jednej z partii politycznych. Uważam, że dobrze jest wtedy, gdy drag jest czymś więcej niż tylko przebraniem się i bieganiem na wysokich obcasach.

Graża Grzech

Graża Grzech, fot. archiwum prywatne drag queen

 

Masz wrażenie, że środowisko dragowe się rozrasta?

Na pewno rozwija się. Pojawiło się mnóstwo młodych i ciekawych królowych. I królów! A, co najfajniejsze, są z różnych bajek. Bardzo cieszy mnie ta różnorodność! Coraz więcej miejsc otwiera swoje progi dla drag performerów, mam też wrażenie, że grono odbiorców się powiększa.

 

Środowiska aktorskie a dragowe są w jakiś sposób podobne?

Generalnie są to dwa różne światy. Ale mają też punkty styczne. Zdarzają się środowiskowe złośliwości, zazdrości, czasem nawet kłótnie, ale też i ciekawe współprace, wymiana artystyczna. Sam dragowy występ niewiele ma wspólnego z tym w teatrze. Mamy do czynienia z zupełnie inną energią publiczności, czasem trwania, skondensowaniem…

 

Czy występy dragowe rekompensują ci jakieś braki występów aktorskich i vice versa?

Myślę, że jest to rodzaj wentylu bezpieczeństwa. Jestem aktorem już wiele lat, pracuję w teatrze, który ma określony profil i estetykę, i wydaje mi się, że zafascynowała mnie wspomniana dragowa energia.

Drag jest odskocznią. Pociąga mnie w nim świeżość, różnorodność… Oczywiście czasami się wkurzam, bo warunki w klubach bywają okropne, ale ma to też swoje dobre strony – drag jest pretekstem do uruchomienia nieskrępowanej, rockandrollowej wolności.

 

GRAŻA GRZECH — osoba z Instagrama. Urodzona w teatralnym kurzu. Miłośniczka kryz i pomponów. Eyeliner addict. Pesymista i wojerysta.