fot. Karol Szymkowiak

Płynny ogień z Akwawitu

„Nagle w mieście zawyły syreny. Alarm! Coś się musiało stać. Może pożar? Po chwili zobaczyłem, że ludzie biegną w dół miasta. Z tarasu widać było jasną łunę, a raczej ogień. Coś paliło się w pobliżu, niedaleko…”

Tak początek kataklizmu opisał w swoich wspomnieniach architekt miejski okresu międzywojennego, Władysław Czarnecki, wówczas kierownik Wydziału Rozbudowy Miasta. Chodziło o największy pożar w przedwojennym Poznaniu, który wybuchł nocą z 19 na 20 maja 1937 roku na terenie zakładów Akwawit. Ogień był tak wielki i zachłanny, że zagroził nawet pobliskiemu kościołowi św. Wojciecha i miejskiej rzeźni.

Imponująca przestrzeń i piorun

 

Zakłady Akwawit mieściły się przy Tamie Garbarskiej (dzisiejszych Garbarach) i ulicy Bóżniczej (Grochowych Łąkach) – a więc na terenach dziś sukcesywnie zabudowywanych przez firmy, stawiające budynki mieszkalno-usługowe. Na przedwojennych zdjęciach, które można obejrzeć w Narodowym Archiwum Cyfrowym, widać imponującą przestrzeń, na której składowano setki, nawet tysiące beczek ze spirytusem.

 

Do placu prowadziło kilka nitek torów, po których przesuwano składy cystern z płynnym surowcem. Na dalszym planie na starych fotografiach dostrzec można charakterystyczną kopułę synagogi przy Stawnej i ostry szpikulec wieży Ratusza.

Dawne tereny Akwawitu Osiedle Manufaktura-Stare Miasto, ul. Bóżnicza 8, fot. fot. K. Szymkowiak

Dawne tereny Akwawitu Osiedle Manufaktura Stare Miasto, ul. Bóżnicza 8, fot. K. Szymkowiak

Przy tak potężnym nagromadzeniu materiałów wysokoprocentowych tragedia zdawała się tylko kwestią czasu. Rolę detonatora odegrała szalejąca nad miastem burza. Jedno z potężnych wyładowań trafiło w wielki zbiornik, prawie całkowicie wypełniony spirytusem. Po pożarze obliczono, że mieścił on w momencie uderzenia niemal 1,8 mln litrów 91-procentowego spirytusu.

 

Zapalony spirytus wytworzył tak wysoką temperaturę, że zbiornik pękł, a płynny ogień rozlał się po okolicy, zalewając także graniczące z Akwawitem zakłady graficzne Putiatyckiego.

Pracownicy tej firmy i jej właściciele cudem zbiegli z miejsca zdarzenia. Płomienie szybko dotarły do warsztatów stolarskich i ślusarskich, dosięgły też trzech wagonów stojących na bocznicy.

„Żar nie do zniesienia”

 

Dziennikarz „Kuriera Poznańskiego” tak relacjonował akcję gaśniczą:

 

„Żar jest nie do zniesienia, szyny bocznicy kolejowej wyginają się pod wpływem gorąca w wężowe skręty. Palą się drewniane słupy przewodów elektrycznych i telefonicznych. W ogródku znajdującym się za warsztatami firmy tworzy się jeziorko płonącego spirytusu.”

 

Dawne tereny Akwawitu widok od ulicy Małe Garbary, fot. K. Szymkowiak

Dawne tereny Akwawitu widok od ulicy Małe Garbary, fot. K. Szymkowiak

Ogień rozprzestrzeniał się tak szybko, że w strefie zagrożenia znalazły się rzeźnia miejska i kościół na Wzgórzu Świętego Wojciecha. Ze świątyni w pośpiechu ewakuowano do kościoła garnizonowego Najświętszy Sakrament. Spanikowane bydło z rzeźni, które wydawało ryki przerażenia, zostało wkrótce wypuszczone z zabudowań ubojni.

Po ugaszeniu pożaru świadkowie zeznawali – zapewne z przesadą – że płomienie sięgały wysokości 50 metrów, a łuna widoczna była w najdalszych dzielnicach miasta. Z żywiołem walczyło 80 strażaków z Poznania i okolic, dowodzonych przez komendanta Jana Kiedacza.

 

Do akcji ratunkowej, w której wykorzystano aż 30 węży, włączyli się też żołnierze z kompanii telegraficznej z Cytadeli i saperzy z ul. Rolnej. Ci ostatni wykopali rowy izolacyjne i walczyli z ogniem, zasypując jego źródła ziemią. Do walki z ogniem rzuciło się też 14 żołnierzy pod dowództwem podporucznika Stefana Rożałowskiego z 7. Dywizjonu Artylerii Konnej.

Wszyscy starali się ochronić pozostałe trzy zbiorniki, zawierające ponad 5 mln litrów spirytusu. Strażacy byli gotowi spuścić spirytus kanałami do Warty, bo ogień sięgnął już drewnianych części wielkich kadzi. Płomienie ugaszono w ostatniej chwili, unikając szczęśliwie wybuchów.

Dzięki pomocy wojska uratowano budynek rzeźni przed ogniem. Płonący spirytus spłynął do rowu, wykopanego przez żołnierzy łopatami i kilofami w bruku jezdni. A kościół św. Wojciecha został jedynie okopcony.

Nikt nie spłonął

 

Dawne tereny Akwawitu Osiedle Manufaktura Stare Miasto, ul. Bóżnicza 8, fot. K. Szymkowiak

Dawne tereny Akwawitu Osiedle Manufaktura Stare Miasto, ul. Bóżnicza 8, fot. K. Szymkowiak

Straty po pożarze wyceniono na ok. 3 mln zł. Spalony spirytus był wart 1 mln zł, a zniszczony zbiornik i inne straty Akwawitu – kolejne 0,5 mln zł. Spłonęły trzy wagony na bocznicy, do niczego nie nadawały się też wykręcone przez żar szyny kolejowe. Całkowicie spłonęły zakłady graficzne Putiatyckiego (nie zostały już odbudowane), a sam właściciel oszacował swoje straty na 1,5 mln zł.

 

Na szczęście nie odnotowano żadnych strat ludzkich. Cztery podtrute dymem i poparzone osoby odwieziono do szpitala, pięć innych – które odniosły rany w trakcie ucieczki przez płot z drutu kolczastego w zakładach Putiatyckiego – zostało opatrzonych na miejscu.

Śledczy ustalający przyczyny gigantycznego pożaru zwrócili później uwagę na fakt, że choć w pobliżu miejsca kataklizmu stały dwa wysokie kominy fabryczne, piorun uderzył akurat w zbiornik ze spirytusem. Jak ustalono, zbiornika nie uchronił piorunochron, zainstalowany ledwie trzy dni wcześniej.   

 

„(…) Firma Akwawit jest ubezpieczona w pełnej wysokości w Tow. Polonia” – uspokajał „Kurier Poznański”.

 

Dawne tereny Akwawitu, widok od ulicy Podgórze, fot. K. Szymkowiak

Dawne tereny Akwawitu, widok od ulicy Podgórze, fot. K. Szymkowiak

 

„Pożar ten miał pewne następstwa w realizacji planów zabudowania. Według nowego planu stoki Wzgórza św. Wojciecha przeznaczone były na zieleniec publiczny. Chodziło o odkrycie widoku na piękny szczyt zabytkowego kościoła i wytworzenie ciągu spacerowego w kierunku parku Cytadeli. Gdy w parę dni po pożarze dyrekcja Akwawitu zgłosiła wniosek o pozwolenie na odbudowę zbiornika, odmówiłem i zażądałem przeniesienia pozostałych poza miasto, motywując to zagrożeniem bezpieczeństwa publicznego i obiektu zabytkowego. (…) Wszystko było na najlepszej drodze do załatwienia, gdyby nie wybuch wojny, który wszystkie plany przekreślił.”– podsumował w swoich wspomnieniach Władysław Czarnecki.  

 

Pamięć o wielkim pożarze na Garbarach i heroicznej postawie strażaków i żołnierzy przetrwała w pamięci mieszkańców Poznania mimo późniejszych wydarzeń wojennych, które skumulowały bez porównania większe straty w tkance miasta.