fot. Anna Małkowicz

Poprzemysłowa mikroturystyka przez warstwy czasu

Mikroturystyka pozwala lepiej zrozumieć, co zrobiliśmy z okolicami Konina, zastanowić się, czego od nich chcemy. To też pytanie, czy chcemy i możemy coś zmienić, a jeśli tak, to jak zamierzamy to zrobić.

Spowolnienie

 

Rok 2020 prawdopodobnie zapisze się w historii jako odkrycie na nowo mikroturystyki. Pandemia COVID-19 i jej następstwa zatrzymały na chwilę naszą, aż nazbyt połączoną i zglobalizowaną planetę wraz z gorączkową globalną turystyką. Spowolnienie, wstrzymanie lotów uprzytomniają nam, że to, co przez ostatnią dekadę wydawało się tak łatwe i relatywnie tanie – było raczej wyjątkiem niż regułą. Na możliwość wypicia kawy w Rzymie w ramach „city breaku” czy szybki wyskok na plaże do Grecji może jeszcze długo będzie trzeba poczekać.

 

Pandemia nie wstrzymała w nas chęci zwiedzania, turystyki. Liczba osób, które po otwarciu lasów je zapełniły pokazała, jak bardzo doceniliśmy nasze lokalne zielone atrakcje, gdy ich zabrakło. Wymuszony zwrot ku mikroturystyce to spojrzenie na to, co mamy tuż pod nosem, a co przedtem było tylko pobieżnie omiatanym wzrokiem obrazem zza okna. To, co było tylko przeszkodą w drodze do „prawdziwych atrakcji”, teraz odkrywamy na nowo.

Okolice Konina, fot. Paweł Rogowski

Okolice Konina, fot. Paweł Rogowski

A przecież spowolnienie w podróży to ważna część składowa egzotyki, jaką odnajdujemy podczas włóczęgi globtroterskich, gdzie zapchane marszrutki, tro-tro i inne lokalne środki transportu wymuszają na nas zwolnienie rytmu. To, co dla miejscowych jest często udręką, wymuszoną brakiem sprawnej komunikacji publicznej, dla wolnego od lokalnych zobowiązań turysty staje się  rozrywką.

Zauważenie

 

Mikroturystyka może przynieść kilka konsekwencji. Konieczność poszukania atrakcji tuż obok uwrażliwia na to, jak bardzo je zaniedbywaliśmy, niszczyliśmy. Poczynając od wycinania drzew, śmieci w lesie, zaniedbanych szlaków turystycznych, po chaotyczną zabudowę czy brak komunikacji publicznej.

 

Mikroturystyka przymusza do konfrontacji, łatwiej nie działać lokalnie, gdy w zasięgu naszych możliwości finansowych i organizacyjnych były plaże i góry całego świata. Jako były członek klubu PTTK w Koninie pamiętam mocno, jak ten lokalny aspekt turystyczny był niegdyś w turystyce ważny.

Okolice Konina, fot. Czarno na białym

Okolice Konina, fot. Czarno na białym

Pandemia, przymusowe zamknięcie (oczywiście nie dotyczy tych, którzy zmuszeni byli do pracy) przywróciły z konieczności ten odrobinę już zapomniany wymiar „zwiedzania” świata opiewany przez Bohumila Hrabala, a wyrażony częściowo w autoironicznej frazie „jak się człowiek uchleje, to w Kersku też jest Kilimandżaro". Nie chcę zachęcać do spożywania napojów wyskokowych, ale do skupienia się na drugiej części zdania – zapytaniu samych siebie: jak odkryć „Kilimandżaro” gdzieś tu obok, podczas mikroturystycznych eskapad. Te ostatnie obecne są zresztą także w polskiej tradycji literackiej – najlepsze fragmenty prozy Edwarda Stachury to opisy jego wędrówek po prowincjonalnej Polsce.

Oswajanie

 

I właśnie tę sytuację wymuszonego lokalnego globtroterstwa chcę wykorzystać do zaproponowania wycieczek po okolicach wokół Konina. Te coraz bardziej poprzemysłowe okolice to wielkie ćwiczenie z mikroturystyki, a zarazem wyzwanie. Miejscowe atrakcje są, mówiąc oględnie, nieoczywiste, przyroda przetkana przemysłem nie da się sprzedać jako pocztówkowa atrakcja. Mikroturystyka w tym wypadku to nie tylko oswajanie z hybrydalnym charakterem lokalnych krajobrazów, ale i niewidoczną mikrohistorią, która raczej skrywa się pod powierzchnią, wymaga pracy wydobycia. Aby widzieć, trzeba wiedzieć, aby zobaczyć, trzeba najpierw popracować, przygotować „aparat widzenia”.

 

Okolice Konina, fot. Czarno na białym

Okolice Konina, fot. Czarno na białym

Konin ma swoją historię, która dziś, z perspektywy takich aktualnych i modnych nurtów humanistyki i sztuki jak posthumanizm, jest wyjątkowo atrakcyjna. To splot tego, co ludzkie i pozaludzkie, przyrody i przemysłu. Te nieoczywiste uroki konińskich krajobrazów autoironicznie doceniają sami mieszkańcy, gdy na Jezioro Turkusowe, powstałe w wyniku zrzutów popiołów z elektrowni, mówią „konińskie Malediwy”, a fotografowie używają tego krajobrazu w fotografiach ślubnych.

Podobnie oswojony stosunek do okolicy mieszkańcy prezentują, gdy nazywają konińską elektrownię Pątnów „Titanikiem”. Konińscy wędkarze łowiący w ciepłym kanale, działkowicze, których ogródki znajdują się na zrekultywowanych hałdach – w pewnym sensie od zawsze obcują z tym, co od niedawna wygłaszane jest z uniwersyteckich katedr: przyroda jest współkonstruowana przez człowieka, świat, który nas otacza, zbudowany jest z hybryd, mieszanin tego, co ludzkie i pozaludzkie. Tereny te nie są pocztówkowo ładne, jak wspomniałem, ich zwiedzanie wymaga uruchomienia nie tylko oka, ale i wiedzy. Krajobrazy zyskują dopiero czytane wraz z historią i prehistorią. Konińskie rejony to ćwiczenie z wiedzy, to lekcja ze splotów tego, co ludzkie i pozaludzkie, splotów przestrzeni i czasu oraz ćwiczenie z ekologii antropocenu, o czym przypominała Diana Lelonek w swym projekcie „Hałda rokitnikowa”.

 

Okolice Konina, fot. Anna Małkowicz

Okolice Konina, fot. Anna Małkowicz

Mikroturystyka okolic Konina, odkrycie na nowo ciepłego kanału, Jeziora Turkusowego i hałd to równocześnie trening wyobraźni i wiedzy, który może być przydatny w kontekście wyzwań związanych ze zmianami klimatu. Wiedzą o tym uczestnicy „Obozu dla Klimatu”, który przecież nieprzypadkowo odbywał się w tych okolicach – w Wilczynie.

Podróż przez warstwy czasu i wczasy w Koninie

 

W tym kontekście warto przypomnieć inicjatywę Wczasy w Koninie, która już od dwóch lat stara się przybliżyć postprzemysłowe konińskie dziedzictwo w ramach Festiwalu Muzyki Postindustrialnej, poprzez wystawy i wydarzenia w Pałacu Reymonda, aż po przypominanie o żydowskiej historii miasta.

Chciałbym powrócić do wydarzenia z roku 2018, czyli rajdu i otwarcia szlaku słonia leśnego organizowanego we współpracy z Muzeum Okręgowym w Koninie, w którym znajduje się najlepiej zachowany szkielet słonia leśnego w Polsce. Rajd wystartował z terenów pokopalnianych obok jeziorka Zatorze (dawnego wyrobiska), poprzez hałdy, Jezioro Turkusowe, okolice elektrowni Gosławice, odwiedziny „u słonia”, czyli w Muzeum Okręgowym, by zakończyć się na hałdach byłej już odkrywki „Jóźwin”, w miejscu odkrycia przez górników szczątków zwierzęcia.

 

Okolice Konna, fot. Anna Małkowicz

Okolice Konina, fot. Anna Małkowicz

Rowerowa przejażdżka po konińskich okolicach, choć nie zawsze w nachalny sposób atrakcyjna estetycznie, to podróż przez warstwy czasu. Przez plejstocen, gdzie odwiedzić możemy wspomnianego słonia leśnego czy mamuta włochatego, oraz przez PRL i historię przeobrażania zarówno Konina, jak i całego ówczesnego województwa konińskiego.

Mikroturystyczne spowolnienie to szansa na wycieczkę nie tylko po powierzchni, ale i w głąb – ziemi i czasu. Aby mogła się udać, wymaga uzbrojenia w wiedzę, zatrzymania gorączkowego przemierzania przestrzeni i powolnego „zwiedzania czasu”. Słoń leśny został znaleziony w warstwach pochodzących z interglacjału eemskiego (132–115 tys. lat temu) – to pierwsza, najgłębsza warstwa czasu. Ale i samo znalezienie należy już dziś do historii, odkopanie go w lutym 1984 roku na terenie KWB „Konin” przypomina o coraz bardziej już zapomnianych dziejach regionu.

 

Okolice Konina, fot. Anna Małkowicz

Okolice Konina, fot. Anna Małkowicz

Warto się na chwilę zatrzymać, wykorzystać tę wymuszoną sytuację na podróż w głąb, w poprzek, na wskroś. Nie chcę nikogo zmuszać do pokochania nieoczywistych estetycznie konińskich okolic. Jednakże mikroturystyka pozwala lepiej zrozumieć, co z tymi terenami zrobiliśmy, zastanowić się, czego od nich chcemy. To też pytanie, czy chcemy i możemy coś zmienić, a jeśli tak, to jak zamierzamy to zrobić.