fot. materiały prasowe

Przebłyski i rezonanse

Określenie „światłodźwięki” przewija się w inicjatywach Jakuba Królikowskiego od 2013 roku. Najpierw były to pojedyncze koncerty i występy multimedialne w CK Zamek i klubie Blue Note. Pod koniec listopada 2019 roku w Domu Tramwajarza i Auli Artis pod tym szyldem odbył się trzydniowy festiwal.

Nazwa festiwalu, jak wyjaśnia Jakub Królikowski, opisuje:

„wiele zjawisk naraz, wiele płaszczyzn w jednej, wiele kontekstów jednocześnie. [To] połączenie: nie drogą sumy, ale poprzez synergię. Wszystkie elementy wpływają na siebie w czasie rzeczywistym, są jednym wyrażeniem”.

 

Podstawową formą artystycznej wypowiedzi na festiwalu była więc improwizacja, muzykę i obraz tworzono na bieżąco – dzięki temu możliwa była faktyczna reakcja na bodźce, wymiana i dialog.

IMPORT WIEDZY I ROBIENIE DŻEMU

Festiwal rozpoczął się od teoretycznego wprowadzenia, zarysowania obszaru, po którym będziemy się poruszać. Dzięki temu uczestnicy mogli poznać zaplecze koncepcyjne i poglądy artystów, zanim obejrzeli i wysłuchali ich działań praktycznych.

Slávo Krekovič, związany z NEXT Festival i centrum kultury A4 w Bratysławie, interesująco nakreślił perspektywy tworzenia muzyki nie tylko przy zastosowaniu maszyn i komputerów, ale również z urządzeniami jako równoprawnymi partnerami. Wspominał m.in. o coraz popularniejszym uczeniu maszynowym i sztucznych sieciach neuronowych. Prelekcja kolejnego gościa ze Słowacji – Ľubomíra Slovinskiego – nie była już tak interesująca.

Slovinský dokonał powierzchownego i przypadkowego przeglądu rozmaitych audiowizualnych działań, czemu nie towarzyszyła żadna refleksja. Tej nie zabrakło jednak u Florence To, szkockiej artystki współpracującej z 4DSOUND, która już na wstępie zaznaczyła, że nie lubi za dużo mówić o technologii. Według niej nie powinna ona zajmować centralnego miejsca w dyskursie, a po prostu działać, spełniać wyznaczone zadania, być środkiem do celu. To opowiadała przede wszystkim o stanie, w jaki technologia ma wprawić odbiorcę i efekcie, jaki mają wywrzeć jej instalacje, w których architektura, muzyka i różnorodne zabiegi wizualne łączą się w przemyślaną całość.

Festiwal Światłodźwięki

Festiwal Światłodźwięki, materiały prasowe



Po teoretycznej rozgrzewce przyszedł czas na oficjalne otwarcie festiwalu, czyli jam audiowizualny. W programie anonsowano udział kilkunastu artystów, ale na szczęście do tego nie doszło, bo już czterej muzycy improwizujący w tym samym momencie wywoływali chaos.

Intrygującym pomysłem okazała się stała obecność dwóch niezależnych wizualizacji (tworzonych przez Slovinskiego i Pawła Krupskiego). Z jednej strony dopełniały ogólne poczucie przebodźcowania, ale z drugiej były zupełnie odmienne, czarno-białe i zgeometryzowane Slovinskiego, a Krupskiego bardziej płynne i kolorowe. To pokazywało, na jak różne sposoby można obrazem komentować muzykę.

Z dźwiękowego strumienia zapamiętałem fragment, w którym perkusja zdecydowanie się zrytmizowała i nadała określoną strukturę oraz subtelne i mroczne trio smyczkowe (Martyna Kabulska i Paweł Ernst na skrzypcach oraz Jarosław Majewski na kontrabasie).

Drugi dzień otworzył kwartet A=B=X=Y, który oprócz wspominanych już Ernsta, Krupskiego i Królikowskiego tworzy pianista Cheslav Singh. Anachroniczny początek, z topornymi bitami i sentymentalnymi melodiami, był przykrym zaskoczeniem, ale potem było już lepiej. Im oszczędniej i z większą rozwagą używano środków, tym efekt był ciekawszy, bo przestrzeń zakreślana dźwiękami stawała się bardziej wyraźna (bity nie były tak oczywiste), np. brzmienia wydobywane przez uderzenia perkusyjnymi pałkami w struny fortepianu.

 

Tym razem prelekcja przedzieliła dwa występy – niestety spostrzeżenia dr. Ireneusza Gawlika o „wykorzystaniu sztucznej inteligencji w sztuce” nie wniosły nic nowego do tematu, a nawet nie uwzględniały niedawno dokonanych istotnych postępów.

A=B=X=Y jest formacją działającą od 2012 roku, natomiast kolejny koncert był pierwszym spotkaniem artystów w konfiguracji: Martyna Kabulska, Ľubomír Slovinský, klarnecista Piotr Mełech, kontrabasista Patryk Piłasiewicz, perkusista Jacek Buhl i operujący elektroniką Krekovič.

Wkład tego ostatniego zadziałał odświeżająco, zwłaszcza gdy zagrał bardzo niskie pasma dźwięków, które obramowały partie instrumentów, albo gdy pod koniec wdał się w nieoczywisty dialog z kontrabasem. Swoimi nieregularnymi wystrzałami łamiących się brzmień kontrował, ale też uzupełniał czujną grę Piłasiewicza. Całościowe wrażenie psuło jednak nieco utopienie skrzypiec i klarnetu w poświacie księżycowego pogłosu.

 

Kolejny występ zapowiadano jako improwizację, ale nie do końca tym się okazał – Cheslav Singh na bieżąco reagował na wizualizacje, jednak Barbara Żach przygotowała je wcześniej i podczas występu jedynie je odtworzyła, więc trudno mówić o obustronnej wymianie. Być może to efekt przesytu wcześniejszymi wydarzeniami, ale ani warstwa wizualna, ani muzyka (repetytywna i raczej monotonna) niezbyt mnie poruszyły.

Równie niewiele emocji wzbudził we mnie duet Minimaliczki (Ernst i Krupski), który w dodatku borykał się z dotkliwymi i piskliwymi problemami technicznymi.

SYGNAŁY WYSYŁANE W PRÓŻNIĘ

Ostatni dzień festiwalu zaczął się dla mnie od kolejnego premierowego składu: Paweł Ernst i Piotr Mełech improwizowali z Jagodą Chalcińską (VJ Jago). Wizualizacje faktycznie były tworzone na żywo – Chalcińska modyfikowała nagrania, w których powracającym motywem były ludzkie sylwetki. Mełech sięgnął tym razem po klarnet basowy, z którego wydobywał dźwięki na różne sposoby, choćby grając bez ustnika, czego efektem były szumy i bulgoty. Niestety odniosłem wrażenie, że cały czas z Ernstem, który stosował bardzo wąską paletę brzmień, szukali się dźwiękowo, ale jednak nie potrafili znaleźć.

Dotychczas opisane wydarzenia odbywały się w Domu Tramwajarza, w Sali Amarantowej oraz w Pan Garze, który służył za klub festiwalowy, natomiast koncert finałowy miał miejsce w Auli Artis. Porządne nagłośnienie, wielki ekran i… garstka publiczności (niecałe 40 osób) na występach może nie muzycznych gwiazd, ale na pewno artystów o sporym dorobku. To zadziwiająca sytuacja, ponieważ wstęp na koncert finałowy, jak i cały festiwal był darmowy.

Festiwal Światłodźwięki

Festiwal Światłodźwięki, materiały prasowe

Pierwszą częścią był „Nárvalr” Florence To, ale niestety nie była to jej kompozycja, na co bardzo liczyłem. Chyba że za partyturę uznać jej wizualizacje, które same w sobie były ciekawe – przez długi czas pozostawały czarno-białe, pełne prostych kształtów, linii, punktów, które stale się przeobrażały, wyginały, poruszały i nakładały na siebie w rozmaitych układach. Gdy pod koniec nastąpiła zupełna zmiana form i pojawiły się kolory, zadziałało to niezwykle ożywczo. Również na muzyków, którzy zaczęli grać energiczniej i głośniej, dzięki czemu udało im się dobrnąć do finałowego spiętrzenia.

Podobne kumulacje wydarzyły się już wcześniej, była to więc jedynie różnica skali, a nie jakości. Jeśli chodzi o dramaturgię przebiegu muzycznego, to jednak trochę za mało, żeby utrzymać uwagę publiczności przez prawie godzinę.

 

Być może Thomas Köner lata świetności ma już za sobą, ale dla wielu jest to wciąż ważna postać, nie tylko ze względu na działalność solową, ale też współtworzenie duetu Porter Ricks czy nagrania z Asmus Tietchens jako Kontakt der Jünglinge.

W kontekście festiwalu audiowizualnego warto też wspomnieć jego współpracę z filmowcem Jürgenem Reble. Swój występ zaczął niespodziewanie od przetworzonych i spowolnionych obrazków z przejażdżki linią U1 berlińskiego metra. Brzmienia były zdecydowane i mocne, powtarzały się zrytmizowane sekwencje, całość pochłaniała odbiorców. Potem było spokojniej, choć nadal zdarzały się zaskakujące wtręty, od których rezonowały metalowe stelaże. Miałem nawet wrażenie, że od pewnego momentu Köner z rozmysłem grał takim rezonansem, skoro zorientował się, że i tak go nie uniknie.

Brzmieniowe pejzaże kojarzyły się z tymi z albumów „Unerforschtes Gebiet” czy „Novaya Zemlya” – przeciągłe matowe smugi, chłodne ziarniste podmuchy, wszechogarniający bezkres. Jeśli chodzi o obraz, to metro okazało się wehikułem czasu, który cofnął nas do „Metropolis”.

Ten filmowy klasyk był zasadniczo remiksowany, pojedyncze ujęcia zapętlane, chyba też przekładane scenami z „Tronu”. Pomysł nawet ciekawy, ale z wykonaniem było już gorzej, pikselizacja bardzo rzucała się w oczy na wielkim ekranie. Doskwierało to również w ostatniej części, w której przewijały się mapy, na których można było dostrzec Grenlandię i Spitsbergen oraz prawdopodobnie komputerowo wygenerowane nieprzyjazne północne przestrzenie.