fot. Modelina Magdalena Kasperczak

Przepisując Mozarta na salony

Gdy instrumentaliści związani z Arte dei Suonatori, zespołem kojarzonym z muzyką barokową, proponują płytę z utworami XIX-wiecznych kompozytorów polskich i Wolfganga Amadeusa Mozarta, należy spodziewać się czegoś ciekawego.

Jak pewnie dla wielu osób, dla mnie pierwszym skojarzeniem z Arte dei Suonatori pozostaje nadal Antonio Vivaldi. A konkretnie „La Stravaganza”, album nagrany ze skrzypaczką Rachel Podger. Koncertowe wykonanie tego zbioru było też moim pierwszym kontaktem z ansamblem, o którym wtedy nic nie wiedziałem.

Propozycją wybrania się do Filharmonii Poznańskiej zaskoczył mnie totalnie kolega o skłonnościach punkowo-metalowych. O sporej otwartości na inne obszary jednak świadczy to, że gdy ktoś zaproponował mu bilety, to postanowił dać szansę łagodniejszym brzmieniom. Choć akurat w tym repertuarze i w takim wykonaniu było sporo tak istotnych dla niego emocji, ognia i energii. Tylko uzyskiwanej z innego rodzaju paliwa. Po takim odkryciu można było cofnąć się do debiutanckiego krążka AdS z utworami Georga Philippa Telemanna, kompozytora, do którego potem muzycy wracali. O Vivaldim też na szczęście nie zapomnieli, a oprócz tego upomnieli się o należne miejsce dla zdolnego syna wielkiego ojca – Carla Philippa Emanuela Bacha oraz Johanna Gottfrieda Muthela.

INSPIRACJA DLA MOZARTA


Zespół przez lata poszerzał repertuar, aż w końcu dotarł do XVIII wieku i zapomnianego niemieckiego kompozytora Johanna Schoberta (1735–1767). Za życia ceniony był on również jako klawesynista, a o jego talencie kompozytorskim niektórzy wątpili – być może dlatego poczuł się dotknięty komentarzem Leopolda Mozarta, że jego dzieci grają utwory Schobetra z łatwością. Nie zmienia to jednak faktu, że dla Wolfganga Amadeusa był on pewną inspiracją – młody geniusz skorzystał z sonat Schoberta w kilku koncertach fortepianowych.

Na albumie AdS wydanym w 2018 roku znajdziemy kameralne dzieła, dominują kwartety, ale to jedyna sinfonia, tutaj zagrana przez pięć instrumentów, została wyróżniona i posłużyła za pretekst do zatytułowania płyty „Sinfonies au salon”. Na skrzypcach grają założyciele zespołu Aureliusz i Ewa Golińscy, na wiolonczeli Tomasz Pokrzywiński, na rogach naturalnych Rafael i Christiane Vosseler, a na pianoforte i klawesynie stary znajomy ansamblu Martin Gester.


Od tego przepysznego muzykowania już niewielki krok do Arte dei Suonatori Piano Quartet i ich „Warszawskiego Salonu Muzycznego”. Formacja ta jest wynikiem spotkania członków AdS z pianistką Katarzyną Drogosz, która tutaj gra na instrumencie wzorowanym na modelu z 1805 roku, czyli z czasów, gdy trzy z prezentowanych na płycie utworów powstawały.

Ewa Golińska, fot. Modelina Magdalena Kasperczak

Ewa Golińska, fot. Modelina Magdalena Kasperczak

Zaczyna się od kwartetu Józefa Elsnera (1769–1854), którą to postać zwykle sytuuje się w relacji do jego wielkiego ucznia – Fryderyka Chopina. Elsner był nie tylko uznanym pedagogiem, ale też dyrygentem, skrzypkiem, pianistą i śpiewakiem. Skoro znamy zasługi, to może warto poznać i dorobek? Pobrzmiewający wpływami z folkloru kwartet, wykonany z uczuciem, jest mocnym argumentem na tak. Będąc wszechstronną personą w środowisku, Elsner bywał na przykład w salonie Barbary i Franciszka Wołowskich. Ich córka, Maria Szymanowska (1789–1831), poszła w ślady rodziców i do swojego salonu zapraszała w Sankt Petersburgu.

Była rozchwytywaną pianistką, o czym zaświadczają opinie współczesnych, a my teraz możemy ją odkrywać jako intrygującą kompozytorkę. Jej fantazja z 1819 roku jest chwilą wytchnienia przed iskrzącym się kwartetem (KV 478) Mozarta z 1785. Jak dopowiada w zwięzłym, bardzo ciekawym tekście towarzyszącym płycie Jolanta Brózda-Wiśniewska, nie da się stwierdzić, czy ten konkretny utwór był wykonywany w warszawskich salonach, ale w ogóle dzieła austriackiego kompozytora były w nich często grane. Program dopełnia trio na fortepian, skrzypce i wiolonczelę Franciszka Lessla (1780–1838), który uczył się w Wiedniu u Józefa Haydna i czerpał wzorce od tamtejszych klasyków, co podkreśla to eleganckie, ale i energiczne wykonanie.

ZAPRASZAMY DO SALONU

Brózda-Wiśniewska, opisując instytucję i znaczenie salonu, przywołuje amerykańskiego historyka i muzykologa Richarda Taruskina, który charakteryzuje kulturę salonową jako sprzyjającą kultywowaniu indywidualizmu. Autorka odnosi się do tego i buduje opozycję względem kultury europejskiej, zaznaczając, że w Polsce pod zaborami działalność salonów miała „nieocenione znaczenie dla romantycznego »my«, czyli kolektywnej świadomości narodowej”. Tu zgoda, ale warto wniknąć w temat kultury salonowej głębiej, bo coraz częściej badacze pokazują skomplikowane zniuansowanie oraz wielopoziomowość interakcji i zależności. Zainteresowanym polecam książkę „Intimacy, Performance, and the Lied in the Early Nineteenth Century” Jennifer Ronyak. Ale samo muzykowanie w salonach też nie było takie oczywiste – nie zadowalano się popisami instrumentalisty-wirtuoza, pieśniami czy kwartetami. Chciano też słuchać motywów z popularnych aktualnie oper czy rozkoszować się tematami symfonii wykonywanej poprzedniego dnia przez renomowaną orkiestrę w sali koncertowej.

 

Maciej Łukaszuk

Maciej Łukaszuk, fot. Modelina Magdalena Kasperczak

Jak ogromne dzieła mogły zmieścić się w niekoniecznie wielkich pokojach czy komnatach, fascynująco opowiada album „The Jupiter Project”. Jest to efekt projektu badawczego Marka Everista i Davida Owena Norrisa z University of Southampton, a że drugi z nich jest nie tylko teoretykiem, ale też praktykiem – pianistą, to wnioski z badań zostały przełożone na dźwięki. Słyszymy więc znajome tematy z oper Mozarta („Czarodziejskiego fletu” i „Wesela Figara”) oraz Symfonii nr 41 (o pseudonimie „Jowiszowa”) i koncertu fortepianowego nr 21 w aranżacjach Johanna Nepomuka Hummla, Johanna Baptisty Cramera i Muzio Clementiego.

Wszystko wskazuje na to, że zaczęło się od tego ostatniego, który zaaranżował wspominaną symfonię na fortepian, skrzypce, wiolonczelę i flet, co stało się niemal obowiązującym modelem dla takich adaptacji. Badacze przypominają o tym, że choć obecnie jesteśmy przyzwyczajeni do pełnowymiarowych wykonań, to przez długi czas funkcjonowały one jako pewien byt idealny, często nieosiągalny.

Namacalną rzeczywistością były za to właśnie aranżacje wymuszone warunkami (np. dostępnością muzyków lub instrumentów) albo wymaganiami (np. umiejętnościami pełnego dobrych chęci amatora). Wydawanie drukiem takich wersji było częstym zjawiskiem, a krytycy komentowali je z równą uwagą, co dzieła, do których one się odnosiły. Co zabawne, jako argument za szczególną wartością adaptacji Hummla uznawano, że nic w nich nie wskazuje, jakoby nie były to oryginalne, tzn. samoistne, autonomiczne, utwory (takie rozumowanie nieco zaburza rozpowszechnione obecnie myślenie o relacji oryginału i kopii). Wysuwano też przypuszczenie, że Hummel tak znakomicie odnajduje się w mozartowskim idiomie, ponieważ był uczniem austriackiego geniusza.

 

A jak to z tym pełnowymiarowym Mozartem było, czy też – być mogło, na swój sposób przekonuje maestro Philippe Herreweghe. Warto przy okazji zauważyć, że przebył on podobną drogę jak Arte dei Suonatori, zresztą jak wielu artystów z nurtu wykonawstwa historycznego. Często wychodzili od muzyki zwanej dawną, a potem zbliżali się do epok nowszych, np. Herreweghe dyrygował symfoniami Gustava Mahlera czy kompozycjami wokalnymi Igora Strawińskiego.

Natalia Reichert

Natalia Reichert, fot. Modelina Magdalena Kasperczak

Na albumie z trzema dziełami Mozarta „The Last Symphonies” usłyszymy Orchestre des Champs-Élysées w liczbie zaledwie 42 muzyków, co ma zbliżać do oryginalnego brzmienia i dynamiki z czasów kompozytora. Znajdziemy tu też żwawą „Jowiszową”, a więc jest materiał do porównań.

 

JESZCZE KILKA PŁYT...


Dla szerszego oglądu warto się zaopatrzyć w krążek wydany przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina z 40 Symfonią à la Hummel oraz z pierwszym kwintetem smyczkowym Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego (1807–1867). Wśród wykonawców pianista Paweł Wakarecy, wiolonczelista Andrzej Bauer i flecista Łukasz Długosz. Są rzecz jasna i skrzypce, na których grają Jakub Jakowicz, znany choćby ze współpracy z AdS na 3x3 Festival, oraz Anna Maria Staśkiewicz, koncertmistrz Sinfonii Varsovii, a którą my tutaj pamiętamy jako zdobywczynię trzeciej nagrody na Konkursie im. Henryka Wieniawskiego w 2006 roku, kiedy to dostała również nagrodę za najlepsze wykonanie koncertu Mozarta. Interpretacja symfonii znajdująca się na płycie jest bardzo kulturalna i na pewno nic jej nie brakuje, ale jednak uwagę przykuwa kwintet Dobrzyńskiego z wplecionym tematem „Jeszcze Polska nie zginęła”.

O talencie pedagogicznym Józefa Elsnera była już mowa, jednak odnotujmy mu w zasługach nie tylko kształcenie Dobrzyńskiego, ale też Józefa Nowakowskiego (1800–1865). O należny szacunek dla tego kompozytora także upomniał się NIFC i trudno się dziwić, wszak wspierał go i cenił Chopin. Album przypomina Nowakowskiego kwintetem fortepianowym – utwór z 1833 zaginął i odnalazł się dopiero w 2003 roku, z czego można się tylko cieszyć, bo stanowi przebogaty wachlarz różnorakich nastrojów i barw. Płytę dopełnia oktet fortepianowy Józefa Krogulskiego (1815–1842) – to kolejny kompozytor raczej nieznany zbyt szeroko. Za życia okrzyknięto go „polskim Mozartem”, po części z powodu debiutu w wieku dziesięciu lat w koncercie fortepianowym Johanna Nepomuka Hummla, na którego modnym wówczas septecie ten uroczy oktet mógł być wzorowany.

Katarzyna Drogosz, fot. Modelina Magdalena Kasperczak

Katarzyna Drogosz, fot. Modelina Magdalena Kasperczak


Zmierzając do końca fonograficznych rekomendacji, nie mogę sobie odmówić polecenia „Piano Sonatas”, gdzie Maxim Emelyanychev bawi się utworami Mozarta, grając na kopii instrumentu, którego sam kompozytor używał w Wiedniu.

Nie tylko jako o ciekawostce myślę również o albumie Katarzyny Drogosz z utworami Franza Xavera Wolfganga Mozarta (1791–1844). Mamy tu pięknie brzmiące fortepiano (oryginał z epoki!) i jedno nagranie będące światową premierą. Wytwórnia CD Accord po raz kolejny stawia na odkrycia i dobrze na tym wychodzi.

W kontekście salonowym warto przypomnieć o zeszłorocznym albumie Magdaleny Lisak, która na fortepianie Pleyela z 1842 roku odmalowuje „Salon kompozytorek polskich”. Jest nie tylko Maria Szymanowska, ale i Tekla Bądarzewska, Wanda Landowska oraz zupełnie zapomniane Helena Krzyżanowska czy Natalia Janotha.


W salonie przede wszystkim miło spędza się czas, ale też bywa się tam, żeby doznać czegoś nieznanego, co niekoniecznie od razu musi wywrócić życie do góry nogami, ale może być zaczątkiem czegoś ciekawego – tak jak te płyty.

 

Jeszcze tylko krótka uwaga o miejscu (dla) salonu obecnie: w Poznaniu kwartet Arte dei Suonatori grał kompozycje zarejestrowane na salonowej płycie w Sali Białej Bazaru. Miejsce ze wszech miar eleganckie, ale czy jednak nie zbyt wytworne, czy nie zbyt odległe od swobody, niezobowiązującej atmosfery i przytulności? Jest jeszcze Salon Muzyczny Feliksa Nowowiejskiego „Willa wśród róż”, odpowiednio przyjazny, ale może na niektóre okazje nawet zbyt zgrzebny i za mały? A gdyby udało się wciągnąć w obieg Studio Fletowe prowadzone przez Fundację Event Culture? Machina filharmonijno-estradowa będzie oczywiście działać (i bardzo dobrze), ale pojawia się też chyba potrzeba innego, bliższego kontaktu z muzyką. Dowodem na to jest powodzenie akcji „Gościmy Leo” podczas wrocławskiego Leo Festival w 2019 roku, kiedy to można było zgłosić chęć przyjęcia w swoim mieszkaniu kameralnego zespołu, a podczas koncertu decydować o jego przebiegu. Kwartet AdS na dobry początek zaproponował „Warszawski Salon Muzyczny”, ale to może odpowiedni moment, żeby pomyśleć o czymś własnym, na miarę naszych możliwości (i potrzeb)?

Tymczasem warto sprawdzić, czy przyjemnie jest w salonie u króla Stasia, którego od niedawna gości Teatr Polski - najbliższa odsłona 8 marca.