fot. Anita Horowska

Punkt, linia i płaszczyzna

Kilka dni temu dotarło do Polski arktyczne powietrze. W ciągu kilku godzin pogoda zmieniła się raptownie, powiało mrozem. Dokładnie w momencie otwarcia wystawy fotografii „Jej Wysokość Północ” Anity Horowskiej.

Przez wymarły poznański Święty Marcin przemykali pojedynczy zabłąkani przechodnie. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy znikali w bramie starej kamienicy. Tam, gdzie mieści się siedziba stowarzyszenia Łazęga Poznańska, w dawnym atelier fotograficznym.

Już przez przeszkloną, rozświetloną ścianę widać było liczne zgromadzenie. We wnętrzu nie największej przecież sali stało ponad 150 osób, przybyłych ma otwarcie wystawy. Policzyłem! Takiej publiczności mogą pozazdrościć wielkie galerie.

Anita Horowska jest architektką, zwyciężczynią konkursów architektonicznych i wybitnych realizacji z nimi związanych, kolorowym ptakiem latającym wolno na polskim niebie architektury – pełnym pułapek, paragrafów i pożerających wszystko smoków wielkich pracowni projektowych.

MARZENIE O PÓŁNOCY

Zawsze ciągnęło ją gdzieś daleko, na Północ. Kiedy się tam wreszcie wybrała i jej marzenia o polarnych wyprawach się spełniły, chciała tam wracać i wracać. Do Norwegii, na Islandię, i wreszcie na Spitsbergen.

 

Zimą przemierzała setki kilometrów na nartach, a krótkim latem wyruszała na wyprawy z plecakiem przez skały i lód. Do świata, który zmienia człowieka na zawsze, obojętnie czy tego chce, czy nie.

Do świata, który przywraca właściwą relację między nami a odwieczną potęgą natury. Do ostatnich miejsc na Ziemi poza cywilizacją. Gdzie inaczej biegnie czas niesiony nieustannym wiatrem, przeszywającym na wskroś wszystko lodowym powiewem. Gdzie myśli kołyszą się w ciszy jak nigdzie indziej, a doznanie nieskończonej przestrzeni wokół jest dla zmysłów niepojęte.

Anita Horowska, Jej Wysokość Północ, Galeria Łazęga Poznańska

Anita Horowska, wystawa fotografii „Jej Wysokość Północ”, Galeria Łazęga Poznańska, od 29.11 do 31.12. Fot. Mariusz Forecki

Anita Horowska zatrzymała okruchy tego polarnego kosmosu w swoich zdjęciach. Fotografie z dalekiej północy to jednak żadna nowość. Znamy przecież kadry z ekstremalnych wypraw, te wielkie karawany okutanych, parujących z zimna ludzi, wyposażonych w mnóstwo nie do końca zrozumiałych przyrządów. Ogorzałe od zimna twarze, naznaczone walką o przetrwanie w skrajnie nieprzyjaznych dla człowieka warunkach. Hart ducha i nadludzki wysiłek ciała. Adrenalina i wyczyn, poświęcenie aż po śmierć. Radosne pozory zwycięstwa nad naturą lub czekające na koniec świata lodowe bryły przegranych.

Nie zobaczycie nic z tych rzeczy na wystawie Anity Horowskiej. 32 precyzyjnie wybrane kadry to spojrzenie wychodzące daleko ponad tę przyziemną rzeczywistość.

 

Nie są łatwe w odbiorze. Starannie wybrane i wysmakowane estetycznie zdają się być zawieszone w czasie. Już ich kwadratowy, jednakowy, nieprzypadkowo wybrany format wciąga widza do środka obrazu, podkreślając jego centrum.

Obrazy robią wrażenie starannie zaplanowanych, przemyślanych i wymagających długiego czasu realizacji. Są ustawione precyzyjnie jak wielkie martwe natury, dopracowywane bez pośpiechu.

 

Tymczasem autorka robiła je spontanicznie, łapiąc szybko uciekające chwile. Nie było czasu na zastanawianie się. Żadnego statywu, szybka decyzja, bo zimno, bo wieje, bo trzeba ruszać dalej.

„To są błyskawiczne zdjęcia, jak mrugnięcie okiem, z drżącym sercem od emocji i drżącą ręką… Czuję i pstryk. Nauczyłam się szybko opowiadać w sobie te historie”.

 

Bliską krewną Jej Wysokości Północy jest boska geometria. To z nią Anita Horowska prowadzi nieustanną grę na swoich zdjęciach. Ważąc, gdzie zawiesić linię horyzontu, przecinając obraz naturalną przekątną, kreśląc łuki i gasnące w oddali sinusoidy. Jak u Wassilego Kandinskiego, znajdując właściwe miejsce dla punktów, linii i płaszczyzn. Wszystko w wielkiej niekończącej się przestrzeni, uduchowionej i sakralnej.

 

Gra toczy się też na granicy światła i cienia. W ponurym, wydawać by się mogło, pozbawionym kolorowych plam koloru świecie znajduje wybuchy lodowego błękitu. Potrafi zauważyć białe okruchy kamieni zatopione w czarnym piasku niczym gwiazdozbiory upadłego nieba.

Światło bywa zmienne, czasem krystalicznie czyste, kiedy indziej rozmyte i rozpływające się we mgle. Nieskończenie białe jak śnieg, który raz jaśnieje do bólu oczu, a w innym obrazie zdaje się spływać brudem całego świata. Towarzyszy mu mrok zatopiony w czerni skał rzeźbionych wiatrem od milionów lat. Szklane, wielkie bryły lodu czasem piętrzą się jak góry, a kiedy indziej sterczą pojedynczo jak ostatnie pomniki zimy.

CZŁOWIEK I NATURA

Zawsze w tych zdjęciach pojawia się człowiek. Kolorowa plamka w ogromie bezkresnego krajobrazu. Anonimowy, bo bez twarzy, zwykle odwróconej lub niewyraźnej.

Anita Horowska, wystawa fotografii „Jej Wysokość Północ”, Galeria Łazęga Poznańska, od 29.11 do 31.12. Fot. Mariusz Forecki

Jak w romantycznych pejzażach Caspara Dawida Friedricha patrzący nie na nas, a w nieodgadnioną dal. Przychodzi mi tu na myśl wielki obraz tego artysty zatytułowany „Wędrowiec nad morzem mgły”. Jest na nim ciemne morze, ciągnące się aż po niski horyzont pod wzburzonym, ponurym niebem i maleńka sylwetka mnicha stojącego na brzegu. Symbol jedności człowieka z naturą i jednocześnie dotkliwy obraz przepaści, jaka ich dzieli. Jest w tym poszukiwanie boskiej i nieodgadnionej tajemnicy przyrody.

Wróciłem na tę wystawę kilka dni później, by stanąć sam na sam z tymi zdjęciami. Powędrowałem wzrokiem w ich przestrzeń, w ciszy pustej sali. Nigdy nie pojadę na daleką Północ, ale poruszyła mnie surowa uroda i tajemnicza moc tego miejsca na zdjęciach Anity Horowskiej. Jeszcze do końca grudnia każdy się może o tym przekonać.

 

Anita Horowska, wystawa fotografii „Jej Wysokość Północ”, Galeria Łazęga Poznańska, od 29.11 do 31.12