fot. redakcja

Rebeliantki pokazują siłę

„Chodzi o przyjrzenie się kwestiom kobiecym z perspektywy sfery publicznej, protestów społecznych oraz kwestii patriotyzmu. O zwrócenie uwagi na symbolikę używaną w przestrzeni publicznej, a także o namysł nad sprawą widzialności kobiet i spraw ich dotyczących” – prof. Izabela Kowalczyk oprowadza po wystawie „Polki, Patriotki, Rebeliantki” w Arsenale.

DAINA KOLBUSZEWSKA: W sferze publicznej pojawiają się symbole narodowe i patriotyczne tworzone przez mężczyzn. Na wystawie zostają one „zawłaszczone” przez kobiety-artystki. Wystawa „Polki, Patriotki, Rebeliantki”, której jest Pani kuratorką, budzi we mnie, jako kobiecie, duże emocje. Opowiada o czymś, co znam, co przeżywam. I wyrąbuje, z błyskiem w oku, miejsce dla kobiet w przestrzeni publicznej! Celowo mówię „wyrąbuje”, bo te prace mają w sobie dużo z ducha rebelii!

PROF. IZABELA KOWALCZYK, UNIWERSYTET ARTYSTYCZNY W POZNANIU: Prace prezentowane na tej wystawie stosują strategię przechwytu. Zawłaszczają narodowe i patriotyczne symbole, znaki, a nawet język, kojarzący się z narracją narodowo-katolicką. Wskazują, że w tych narracjach nie ma miejsca dla kobiet – pojawiają się co najwyżej pod postacią alegorii (Polonia), jednak kobiety realne i ich problemy zostają z nich wykreślone, a ich ciała poddane dyscyplinie, aby służyć ściśle określonym celom (na przykład rodzeniu dzieci). Dlatego sztuka prezentowana w Galerii  Miejskiej Arsenał jest faktycznie rebeliancka, dokonując przechwytu tych narracji i wprowadzając w nie kobiecą cielesność.

 

Wystawa „Polki, Patriotki, Rebeliantki” towarzyszyła już Kongresowi Kobiet, który po raz pierwszy w swojej historii odbył się w Poznaniu, nie w Warszawie.

Z założenia ma ona prowokować do namysłu nad kondycją i problemami współczesnych Polek – obywatelek, uczestniczek życia publicznego, patriotek, manifestantek. Problematyka związana z kobietami, jeśli pojawia się na wystawach sztuki, to najczęściej odnoszona jest do sfer prywatności, rzadko zaś prezentowana z perspektywy sfery publicznej. Z kolei, jeśli w sztuce podejmowany jest temat polskości, jak na przykład na niedawnej wystawie „Późna polskość” w warszawskim CSW,  to raczej marginalnie dotyka się kwestii związanych z kobietami, tak jakby polskość i patriotyzm były sprawami przede wszystkim męskimi.

W przypadku tej ekspozycji chodzi o zmianę zarówno jednej, jak i drugiej optyki oraz przyjrzenie się kwestiom kobiecym z perspektywy sfery publicznej, protestów społecznych oraz kwestii patriotyzmu. Chodzi również o zwrócenie uwagi na symbolikę używaną w przestrzeni publicznej, a także - o namysł nad sprawą widzialności kobiet i spraw ich dotyczących.

 

Pierwsza praca, która pojawia się na wystawie to praca Ewy Partum „Feministyczne cytaty”.

Jest to fotografia instalacji, którą artystka wykonała na festiwal Konteksty w Sokołowsku, latem tego roku. Ta praca pojawiła się, kiedy miałam już zamkniętą wystawę. Ale stwierdziłam, że skoro  tak bezpośrednio odnosi się do kwestii Czarnych Protestów, to należy ją włączyć. Poza tym stanowi ona symboliczne połączenie najmłodszej generacji artystek, związanych z feminizmem z najstarszą  – bo Ewa Partum zaczynała tworzyć na przełomie lat 60. i 70. XX wieku i jest jedną z najważniejszych artystek protofeministycznych.

Jeden z tytułów jej prac głosił: „Mój problem jest problemem kobiety”. W swej sztuce odnosiła się również do sfery publicznej. Jej praca z 1971 roku nosi tytuł „Legalność przestrzeni”. Artystka poustawiała na Placu Wolności w Łodzi rozmaite znaki zakazu. Mówiła o opresyjności przestrzeni w tamtych czasach, o tym, że w systemie komunistycznym niczego nie było wolno, wskazując na absurdalność tego systemu. Praca „Feministyczne cytaty” przedstawia symboliczne czarne parasolki i hasło „Wy nam odbieracie wolność decyzji, my wam odbierzemy władzę”, które jest hasłem dosłownie przepisanym z transparentu z Czarnego Protestu. Obecność Ewa Partum jest istotna, bo pokazuje połączenie między dawną sztuką feministyczną a tym, co dzieje się teraz, a zarazem wskazuje na opresyjność dzisiejszej sytuacji. Poza tym dobrze jest pamiętać o pionierkach!

 

Narracja na wystawie jest tak prowadzona, jak mówi tytuł: Polki, Patriotki, Rebeliantki. Najpierw mamy salę zatytułowaną „Polki”. Pada w niej – w kontekście przemocy, której doznają np. ciemnoskóre kobiety w Polsce – znaczące stwierdzenie „na zbyt wiele się zgadzamy”…

Instalacja wideo Dawida Marszewskiego jest trochę przewrotną pracą w kontekście tytułu wystawy. Mówi o Polkach, które mają ciemniejszy kolor skóry lub ze względu na ubranie kojarzone są z Arabkami i dlatego dotyka je rasizm. Spotykają się na co dzień z ogromną niechęcią, bardzo nienawistnymi komentarzami. O tym wszystkim opowiadają. My – jako widzowie musimy wybrać punkt odbioru tej pracy – z jednej strony „Ściany” tylko je widzimy, a jeśli chcemy zapoznać się z tym, co mówią, musimy przejść na drugą stronę ściany – także tej metaforycznej ściany niechęci i uprzedzeń – założyć słuchawki i wysłuchać ich narracji.

Praca Marszewskiego pokazuje, że nie wszyscy w Polsce czują się dobrze, że Polska nie jest krajem otwartym, krajem dla wszystkich, a jest krajem, w którym dochodzi do aktów przemocy. Monolityczna Polska z trudem akceptuje obcych, a właściwie  ich nie akceptuje...

 

Gdzie tolerancja jest mitem…

Tak, zdecydowanie mitem jest Polska jako wyspa tolerancji… Praca Dawida Marszewskiego jest skontrastowana z pracą Iwony Demko, przetwarzającą polską flagę. Czerwień została wykonana na niej z brokatu, a w centrum artystka wkleiła majtki. Praca nosi tytuł „Polka walcząca” i odnosi się do kwestii odbierania kobietom praw do ich ciał, mówienia o Polsce z perspektywy kobiet.

 

Następna praca Ireny Kalickiej nosi tytuł „Autoportret”, to seria autoportretów artystki z głowami różnych zwierząt – krowy, dzika, barana, konia.

Tutaj posłużyłabym się wypowiedzią Olgi Tokarczuk z ostatniego Kongresu Kobiet. W kontekście kobiecej solidarności Olga zaapelowała o „siostrzeństwo”, ale siostrzeństwo rozumiane szerzej, skierowane nie tylko w stronę kobiet, ale także w stronę przyrody, zwierząt, tych, którzy sami nie mogą upomnieć się o swoje prawa. Praca Ireny Kalickiej zwraca uwagę na kwestię międzygatunkowych relacji. Żyjemy w relacjach ze sobą, ale też w relacjach z całym światem przyrody, ze zwierzętami, które również kochają i cierpią. Tę pracę możemy odczytywać też w drugą stronę. Kiedy mamy do czynienia z odebraniem kobietom całkowicie prawa do ich ciał, to możemy też odczytywać to jako pozbawianie ich człowieczeństwa.

 

Dalej jest praca Marty Frej „Wzięłam udział w Czarnym Proteście, bo...”

Marta Frej jest znaną autorką memów. W przypadku tej pracy poprosiła różne kobiety na FB, żeby przysłały jej swoje zdjęcie i krótkie wypowiedzi, dlaczego brały udział w Czarnym Proteście. Wypowiedzi są bardzo różne. Z jednej strony zwracają uwagę na strach, lęk przed tym, co może się stać. Ale są też wypowiedzi bardziej wojownicze: „Wkurwiłam się i go zorganizowałam” (marsz). „Szanuję ludzi”, „My kobiety musimy się wspierać” – są to wypowiedzi, które znów wskazują na kwestię wspólnotowości.

To, co się stało w Polsce w kontekście Czarnych Protestów, pokazało kolektywną siłę kobiet, a więc właśnie wspólnotowość. Że jeśli wszystkie kobiety rzeczywiście się wkurzą, zbiorą, to jest to siła, która może przestraszyć rządzących. Ta praca jest podkreśleniem, że nie chodzi tylko o własną indywidualność, ale raczej o współdziałanie czy zawiązywanie strategicznych sojuszy ponad podziałami.

 

Siostrzeństwo to jest wspólnota akceptująca różnorodność?

Tak, oczywiście! To było bardzo ważne w przypadku Czarnych Protestów – pojawiły się na nich kobiety, ale też mężczyźni, pojawiły się ateistki i katoliczki, kobiety bogate, wykształcone i biedne, których najbardziej sprawa dotyczy, kobiety w różnym wieku… To odrzucenie myślenia, że wszyscy muszą być tacy sami. Kiedy patrzymy na portrety Marty Frej widzimy, że każda kobieta jest inna i ma inną motywację.

 

„Za często nam się mówi, żebyśmy były cicho i nie histeryzowały” – ten fragment wypowiedzi z pracy Marty Frej zna ze swojego dojrzewania i dorosłego życia zapewne spora liczba kobiet w Polsce!

Dziewczynki są socjalizowane do grzeczności, do tego, żeby pozbyć się swojej siły. Są tresowane do bycia grzecznymi. Jest taka książka Naomi Wolf „Fire with Fire”, co jest tłumaczone jako „Klin klinem”. Autorka mówi w niej o feminizmie siły i feminizmie słabości. Zwraca w niej uwagę na to, że dziewczynki wychowuje się do tego, żeby były grzeczne. Widoczne to jest także w języku ciała – kobiety starają się zajmować jak najmniej przestrzeni, starają się być mało ekspresyjne.

I to, co jest ważne, żeby budować feminizm siły, to musi nastąpić odrzucenie „potworów grzeczności”, o czym pisze Wolf. Sądzę, że w przypadku Czarnych Protestów nastąpiło właśnie odrzucenie potworów grzeczności. I to też pokazują prace na wystawie – Marty Frej czy pieśni Chóru czarownic założonego przez Ewę Łowżył. Można odczytać z tego przekaz: My już nie damy się uciszać, nie będziemy grzeczne. Prace te pokazują kobiecą siłę, ale jednocześnie akcentują też samą kobiecość, przyjemność, cielesność, seksualność.

 

Kolejna jest praca Liliany Piskorskiej z cyklu „Sposoby kamuflażu we współczesnej Polsce” zatytułowana  „Autoportret z pożyczonym mężczyzną”. Artystka leży w pościeli z patriotycznymi motywami z umięśnionym, ogolonym na łyso mężczyzną z tatuażem. Napis głosi: „Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie” – znakomita ironia…

Ta praca jest oczywiście ironiczna. Pokazuje jak narzucane są kobietom polskie obowiązki, ale w ramach patriotyzmu pojmowanego w sposób bardzo konserwatywny, prawicowy. W tytule tej wystawy używam również określenia „patriotki”. Artystki, których prace są tutaj prezentowane, też są patriotkami, kobiety, które występowały na Czarnych Marszach też były patriotkami... Ale to jest patriotyzm inaczej pojęty, niż patriotyzm powszechnie występujący w dyskursie publicznym. Nazywam go patriotyzmem krytycznym. Odwołuję się do Cypriana Kamila Norwida, który mówił, że jesteśmy wielkim zrywem narodowym, ale społeczeństwem żadnym. Mocno wytykał Polakom, że brakuje nam uczuć społecznych i działań związanych z troską o innych, o społeczeństwo. Taki właśnie patriotyzm nazywam krytycznym.

 

W momencie, kiedy następuje przechwyt i przewartościowanie symboli tworzonych i używanych głównie przez mężczyzn, artystki dokonujące tego przechwytu wykonują jednocześnie pracę dotyczącą świadomości i samoświadomości. Symbole istnieją i funkcjonują w przestrzeni, ale nikt do końca nie wie, co za nimi stoi, co one oznaczają…

Najlepszym tego świadectwem jest to, że często wykorzystywane są podczas manifestacji i uroczystości pełnych mowy nienawiści... W gruncie rzeczy w ten sposób są one obrażane przez tych, którzy rzekomo ich bronią. Chodzi właśnie o pytania – czym te symbole dla nas są, jak powinniśmy je traktować, jakie mają dla nas znaczenie?

 

W Fotoplastykonie pokazywane są fotografie z Czarnych Protestów w Poznaniu, w trójwymiarze – Radosława Sto, Mateusza Budzisza i Barbary Sinicy. Fotoplastikon może się kojarzyć z XIX-wiecznymi pokazami z pogranicza pornografii...

W tym przypadku sama dokonałam strategii przechwytu. Chciałam zaprezentować zdjęcia w dużej liczbie z Czarnych Protestów, lecz do końca nie było na to przestrzeni. Fotoplastikon jest urządzeniem, które bardziej można odnieść do kultury popularnej, niż do sztuki współczesnej. Służy prezentowaniu fotografii, ale, jak Pani słusznie zauważyła – przeznaczony był głównie do pokazywania lekkich, przyjemnych zdjęć erotycznych czy pięknych widoczków. Samo umieszczenie Fotoplastikonu w galerii „Arsenał” za czasów poprzedniej dyrekcji, wywołało wiele kontrowersji, bo przecież ta maszyna niewiele ma wspólnego ze sztuką współczesną.

Obecny dyrektor, Marek Wasilewski zastanawiał się, czy Fotoplastikon ma w ogóle zostać w Arsenale. W czasie medialnej dyskusji na ten temat, jedna z osób opowiadających się za pozostawieniem Fotoplastikonu użyła argumentu, że służy on przecież prezentowaniu życia Poznania. Pomyślałam wtedy, że jest najlepszym miejscem na pokazanie zdjęć z Czarnych Protestów. Uderza też w nasze przyzwyczajenia – w miejscu, gdzie możemy spodziewać się erotycznych zdjęć, napotykamy na fotografie ukazujące zbuntowane, wojownicze kobiety, walczące o swoje prawa. Myślę, że to była bardzo dobra decyzja. Zdjęcia z Czarnych Protestów oglądane w Fotoplastikonie pozostawiają niesamowite wrażenie, jakby się tam było jeszcze raz! Wasilewski zastanawiał się, czy Fotoplastikon ma w ogóle zostać w Arsenale.

W czasie medialnej dyskusji na ten temat, jedna z osób opowiadających się za pozostawieniem Fotoplastikonu użyła argumentu, że służy on przecież prezentowaniu życia Poznania. Pomyślałam wtedy, że jest najlepszym miejscem na pokazanie zdjęć z Czarnych Protestów. Uderza też w nasze przyzwyczajenia – w miejscu, gdzie możemy spodziewać się erotycznych zdjęć, napotykamy na fotografie ukazujące zbuntowane, wojownicze kobiety, walczące o swoje prawa. Myślę, że to była bardzo dobra decyzja. Zdjęcia z Czarnych Protestów oglądane w Fotoplastikonie pozostawiają niesamowite wrażenie, jakby się tam było jeszcze raz!

 

Dalej mamy pracę Iwony Demko „408 2231 podniesień spódnic, czyli Mój sen o Czarnym proteście”.

Praca dotyczy rytuału „Ana Suromai” opisanego przez Herodota. Kobiety, które chciały odstraszyć wroga - najczęściej na morzu - wychodziły na brzeg i unosiły spódnice. Oczywiście nie miały na sobie żadnej bielizny. Pokazując srom odstraszały wrogów. Demko pomyślała, że ten rytuał powinien był się sprawdzić w odniesieniu do współczesności. Jednak trudno było jej namówić kogokolwiek, by wyjść na rynek w Krakowie i spódnice podnieść – sfotografowała samą siebie, jak to robi. Ale stąd ten tytuł „Mój sen...” – wyobrażenie, jak by to mogło być.

 

Instalacja fotograficzna Agaty Zbylut „Face off” najmniej do mnie przemawia.

Mamy w niej również do czynienia ze strategią przechwytu. Artystka używa sukien Rycerzy Chrystusowych, ale to ona w nich występuje, tańcząc. To zawłaszczenie symbolu. Kiedy Rycerze Chrystusowi przemieszczają się w przestrzeni publicznej, jest to raczej groźny widok, negatywny, patriarchalny. Agata Zbylut uznała, że coś, co jest takim mocnym symbolem, można przetworzyć w coś zupełnie innego, opozycyjnego – w suknię do tańca. Dość zabawne jest zestawienie tego płaszcza i butów na obcasie, elementu bardzo kobiecego. Chodzi o odczarowanie czegoś, co jawi się jako groźne… Ale to też jest gra, ciało kobiety znika zupełnie, brakuje głowy.

W dyskursie narodowym, konserwatywnym i prawicowym kobieta znika, nie liczy się, nie ma znaczenia. Ciało kobiety ma znaczenie tylko i wyłącznie w kontekście reprodukcji, odbiera się mu różne prawa, na przykład prawo do przyjemności. 

 

„Papierowa patriotka” – w tej pracy Agata Zbylut używa biało-czerwonych szalików kibiców, czyli czegoś, co używane jest przez konserwatywne ruchy narodowe, żeby uszyć bardzo kobiecą suknię…

I jak w pracy „Face off” – jest suknia, ale kobiecego ciała nie ma. W „Papierowej patriotce” artystka pokazuje, że szalik-symbol może zostać użyty w innym kontekście. Symbolika kibicowska, wraz z symbolami związanymi z żołnierzami wyklętymi, wspólnie buduje ikonografią walki o „Wielką Polskę Narodową”. Jest manifestacją siły męskiej. Artystka w pewnym sensie dokonuje oswojenia tej siły, czy może należałoby powiedzieć – jej rozbrojenia. 

 

„Polska Burka” Karoliny Mełnickiej: burka jest biało-czerwona, w polskich, narodowych barwach. Kobieta pojawia się w niej na stadionie – mamy do czynienia z koszmarnym konglomeratem kibolsko-narodowym, patriotyzm w wydaniu stadionowym. Ale burka jest tym, co ma całkowicie zakryć kobiece ciało. Zatem kobieta może okazać patriotyzm wtedy, kiedy zupełnie zniknie, kiedy nie ma ciała…

Kobieta siedzi w ubraniu wzorowanym na burce, biało-czerwonym, wśród okrzyków kibiców. Staje się kimś napiętnowanym, osamotnionym, obcym. W ten sposób praca ta wskazuje na odbieranie kobietom prawa do własnego ciała, prawa głosu, a nawet prawa do własnego wizerunku. To wideo można skojarzyć z „Opowieścią podręcznej” Margaret Atwood – tu i tam pojawia się wizja kobiet całkowicie podporządkowanych narodowemu państwu; kobiet nie mających żadnych praw do własnych ciał. Z tym wszystkim korespondują obrazy Jadwigi Sawickiej „Oko Boga Palec Boga”, „Ciało kobiety”, wskazujące na to, że ten antykobiecy dyskurs często podbudowywany jest argumentami natury religijnej.

 

Dalej mamy dwie prace Ewy Świdzińskiej – „Koronczarka” i „Powstanie”, która automatycznie skojarzyła mi się z reportażami noblistki, Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”.

Ta praca odnosi się do Powstania Warszawskiego, pokazanego właśnie z perspektywy kobiecego ciała. Tej części ciała, która związana jest z seksualnością, reprodukcją. Chodzi o wskazanie na to, jak bardzo z języka narodowego wykreślone jest to, co kojarzy się z kobiecością i cielesnością. Kobiety również walczyły, poświęcały swe życie dla Ojczyzny, ale także cierpiały znosząc śmierć swych bliskich – o tym wszystkim w narracjach narodowych zupełnie się zapomina, lub wspomina gdzieś na marginesach.  Poza tym, gloryfikuje się krew przelaną za ojczyznę, zaś krew kobiet, która kojarzy się z dawaniem życia, a więc krew menstruacyjna, stanowi w naszej kulturze tabu i kojarzona jest jako coś obrzydliwego. Maria Janion powiedziała kiedyś, że żyjemy w męsko-wojennej kulturze, w której napawamy się obrazami zabijania, chociażby w filmach, a za coś najbardziej obrzydliwego uznajemy poród. Wiele to mówi o kulturowym stosunku do kobiet, jak i do samej wartości, jaką jest życie.

Kolejne prace w tej części to dalszy ciąg  „Sposobów kamuflażu...” Liliany Piskorskiej, wraz z filmem wideo, gdzie artystka przerabia na różne sposoby wiersz „Kto ty jesteś? Polak mały”. Wideo zwraca uwagę na język, używany w budowie narodowych, patriotycznych narracji. Nawet na tym poziomie kobiety są wykluczone. Jest tylko „Polak mały”, a nie ma „Polka mała”. Dalej prezentowane są dwie prace Moniki Drożyńskiej „Terror” i „Prywatka”, wykonane techniką haftu, bardzo kobiecą…

 

Kojarzą się trochę z makatkami domowymi.

...ale hasła pojawiające się w tych  pracach zupełnie się w konwencji makatek nie mieszczą. Dużo mówią za to o współczesnej Polsce.

 

W pracy „Prywatka” mamy cytaty z hymnu polskiego, połączone z różnymi symbolami. Słowa „będziem Polakami” zilustrowane zostały gwiazdą Dawida, półksiężycem i krzyżem prawosławnym. To zakwestionowanie obiegowego utożsamienia „Polak – katolik”.

Ta część pracy Drożyńskiej znakomicie koresponduje z pracą Dawida Marszewskiego, o której mówiłam wcześniej. Tu znowu pojawia się kwestia Polski jako etnicznego monolitu, a przecież nie zawsze tak było. Zapominamy o tym, jak bardzo naszą kulturę, w tym sztukę, współtworzyli choćby Żydzi. Ta obecna monolityczność z pewnością nam nie służy, trudno nam zaakceptować różnice, odmienność koloru skóry, a nawet odmienność poglądów.

 

I dalej mamy już Rebeliantki!

Rozpoczyna tę część wystawy praca Zofii Kuligowskiej pod tytułem „Queen”. Artystka stoi w Licheniu, który kojarzy się z kiczem religijnym, przebiera się za królową i żuje gumę. Obok niej widnieje napis „Pod tym właśnie krzyżem, pod tym właśnie znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. Można zadać pytanie: a gdzie Polka? Ta praca, podobnie, jak wideo Piskorskiej ukazuje też wykluczenie kobiet z narodowego języka.

 

Wrażenie robi „Chór czarownic” założony przez Ewę Łowżył – kobiet w różnym wieku, w satynowych czy jedwabnych halkach z koronkami, które z wściekłością wykrzykują różne hasła. Nie rezygnują ze swojej kobiecości i pokazują siłę, potężną siłę!

Tak, Chór Czarownic to najmocniejszy punkt wystawy, nagrania powstały specjalnie na tę ekspozycję. Jednak zespół jest już znany w Poznaniu i nie tylko. Występował m.in. w Teatrze Polskim w Poznaniu, na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, a także na festiwalu w Jarocinie, a ich pieśń „Twoja władza” towarzyszyła poznańskim Czarnym Protestom. W tym zespole jest niesamowita energia, a pieśni napisane przez Malinę Prześlugę mają ogromną wyzwolicielską siłę. Czarownice pojawiają się też w pracy wideo „Kolaborantki”, gdzie artystki wspinają się na różne budynki, zajmują miejskie place i zawłaszczają te przestrzenie dla siebie. Są wolne, mogą kojarzyć się z czarownicami, które odprawiają jakieś tajemne rytuały.

Dalej prezentowana jest praca kolektywu „Złote rączki” – szkoły haftu dla Pań i Panów, założonej przez Monikę Drożyńską. Hasłem artystki jest „smartfony won, tamborki w dłoń” - chodzi o to, żeby - tak, jak kiedyś - kobiety znów się spotykały, spędzały razem czas, wspólnie coś robiąc, a zarazem rozmawiając. By odrzucić przekaźniki, które nam cały czas towarzyszą i w gruncie rzeczy utrudniają kontakt z drugim człowiekiem. W ramach tych spotkań zainicjowanych przez Drożyńską, w których zresztą biorą udział także panowie, wyhaftowane zostały transparenty na Czarne Protesty. Jeden z nich z hasłem: „Myślę, czuję, decyduję” prezentowany jest na wystawie.

Wystawę kończy praca Jadwigi Sawickiej „Raz na jakiś czas”. To instalacja, z nazwiskami kobiet z kultury polskiej: pisarek, malarek, kompozytorek, reżyserek, tancerek. Mamy też nazwiska aktywistek, także poznańskich. Nie ma tych wszystkich nazwisk w podręcznikach, pojawiają się od święta, są pomijane lub traktowane marginalnie w encyklopediach. Magda Środa mówiła podczas Kongresu Kobiet o tym, że kobiety często są niechętne innym kobietom, a mężczyźni pomagają sobie nawzajem w zdobywaniu władzy. Użyła takiej metafory, że wchodzą na drabinę i wciągają na nią innych. Ale dostrzegła też, że kobiety nie mają wzorców współpracy, pomagania sobie nawzajem. Jadwiga Sawicka pokazuje jednak w swej pracy, że te wzorce są, tylko trzeba je przypomnieć – trzeba pamiętać o tym kulturowym dziedzictwie kobiet przypominanym „raz na jakiś czas”.

 

W patriarchalnym świecie mamy narrację historyczną, opowiadaną z punktu widzenia mężczyzn, zatem bez kobiet...

Ta praca jest upomnieniem się o kobiecą tożsamość i o kobiecą historię. Wskazaniem na to, że jeśli chcemy budować siostrzeństwo, potrzebujemy tradycji stworzonej przez kobiety.

 

Takie spojrzenie na rzeczywistość, jakie prezentuje wystawa, jest sposobem na odzyskanie przez kobiety czucia, odczuwania. Trudno się utożsamiać i cokolwiek czuć w momencie, gdy w sferze publicznej pojawiają się symbole stworzone przez mężczyzn, które często zresztą immanentnie wykluczają kobiety. Może poza złością! Kobiety się zatem odcinają, wycofują z czucia. Artystki poprzez swoje prace, zawłaszczające, przechwytujące te symbole, przywracają możliwość czucia.

Sztuka jest obszarem, gdzie mogą dojść do głosu emocje, nawet te bardzo silne. W innych sferach emocje są potępiane, jako coś, co charakteryzuje osoby gorzej wykształcone, słabsze, ale również kobiety. A jednocześnie cała polityka jest budowana na emocjach... W przypadku tej wystawy, pojawiają się bardzo różne emocje – zarówno złość, którą tak mocno odczuwały kobiety w ubiegłym roku, wychodząc na ulice, jak i złość na ciągłe uciszanie kobiet, ale chodzi także o radość związaną z byciem razem, o dumę, siostrzeństwo. Same emocje jednak nie wystarczą, wystawa ta wskazuje również na poczucie wolności, na postawy obywatelskie, jak i na patriotyzm, który można rozumieć jako troskę o innych.