fot. materiały prasowe, film "Coda"

Recenzja filmu „CODA”. Przesłodzona opowieść o niesłyszącej rodzinie.

Film działa w scenach, kiedy oglądamy codzienność rodziny Ruby, zmagania jej członków, by związać koniec z końcem i odnaleźć się wśród słyszących ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z własnego przywileju.

Ruby i ryby

„CODA” rozpoczyna się jak produkcja Disneya – kuter rybacki kołysze się na spokojnych wodach Atlantyku, słychać szum fal, a słońce wyłania się zza chmur. Kamera jest coraz bliżej łodzi i wtedy dociera do nas dziewczęcy śpiew. Za chwilę Arielka wyłoni się z toni, wdrapie się na skałę, by kontynuować piosenkę. Cięcie. Kamera ląduje przy twarzy nie syreny, tylko nastoletniej Ruby (Emilia Jones), która wydziera się do piosenki z radia, jednocześnie obsługując wyciąg sieci wypełnionej rybami. Pomagają jej ojciec Frank (Troy Kotsur) i starszy brat Leo (Daniel Durant). Mimo że dziewczyna ma dobry głos, nie może liczyć na aplauz obecnych, ponieważ obaj są głuchoniemi.

 

film “CODA”, fot. materiały prasowe

Podobnie jak czekająca w domu matka Jackie (Marlee Matlin). Ruby to tytułowa CODA, czyli child of deaf adults, z angielskiego dziecko głuchoniemych dorosłych.

Dziewczyna pomaga w rodzinnym biznesie rybnym w robotniczym miasteczku Gloucester na wybrzeżu stanu Massachusetts w USA. Jest jedyną członkinią rodziny, która słyszy, dlatego od wielu lat służy jako pracownica na kutrze (wymogi mówią, że na statku musi przebywać przynajmniej jedna słysząca osoba) i tłumaczka. Wstaje przed świtem, wyrusza z bratem i ojcem na kuter, łowi ryby, a następnie, tłumacząc z języka migowego, negocjuje ceny skupu ryb na targu, jednocześnie zapobiegając oszustwom handlarzy, którzy próbują orżnąć niesłyszącą rodzinę. Następnie wsiada na rower, wkłada słuchawki do uszu, włącza muzykę i rusza do liceum. Zdarza jej się, że ze zmęczenia usypia na lekcji.

 

A przez to, że cuchnie rybami, narażona jest na bullying ze strony popularnych dzieciaków.

Film działa właśnie w tych scenach, kiedy oglądamy codzienność rodziny Ruby, zmagania jej członków, by związać koniec z końcem i odnaleźć się wśród słyszących ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z własnego przywileju. Jednak scenarzystka i reżyserka „CODY” Sian Heder chyba sama nie wierzy, że ten temat może unieść jej film. Dlatego wprowadza wątek, który z marszu staje się pierwszoplanowym. Okazuje się, że jedyne, o czym marzy Ruby, to śpiewanie, co jeszcze bardziej oddziela ją od rodziny.

 

film “CODA”, fot. materiały prasowe

Sam pomysł wydaje się nagły i sztucznie doklejony do fabuły. Rodzina przyjmuje ten fakt ze sporym zaskoczeniem.

Matka nawet pyta: „Czy jeżeli bylibyśmy niewidomi, Ruby zechciałaby być malarką?”. Z podobnym niedowierzaniem reaguje najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki. Czy pasja faktycznie byłaby tak pilnie strzeżoną przez Ruby tajemnicą?

Wibrujące gardło

Podśpiewywanie do radia to jedno, ale kariera muzyczna to zupełnie inna para kaloszy. Tym bardziej, że Ruby zapisuje się do szkolnego chóru nie z chęci szlifowania talentu, tylko przez zauroczenie popularnym chłopakiem. W „CODZIE” klisza goni kliszę. Jak jeszcze bardziej można pogłębić przepaść dzielącą słyszącą córkę i siostrę od niesłyszącej rodziny. Bach! Zrobimy z niej Joni Mitchell prowincji, której talent po prostu będzie niemożliwy do zrozumienia przez jej najbliższych; za to jasny dla nauczyciela muzyki (Eugenio Derbez), który w podopiecznej widzi siebie i nie spocznie, dopóki nie wyśle Ruby do szkoły i nie załatwi stypendium.

 

film “CODA”, fot. materiały prasowe

Jeżeli wycięlibyśmy z „CODY” wszystkie sceny z rodziną, dostalibyśmy kolejny film o białej nastolatce wkraczającej w dorosłość, podobny do tych, których studio Disneya naprodukowało już na pęczki.

Heder prześlizguje się po temacie śpiewania. Talent przychodzi głównej bohaterce z  zaskakującą łatwością. Wystarczy jej kilka ćwiczeń oddechowych i wykrzyczenie nagromadzonych przez lata emocji. Problemem nie jest dostanie się do collage’u (jak uboga rodzina poradzi sobie z finansowaniem życia córki w dużym mieście?), tylko pytanie, kto będzie tłumaczył język migowy rodziców. Zatem śpiew staje się przyciężką metaforą, tak często używaną w innych produkcjach o nastolatkach, kiedy pełna ekspresja głosu czy jego odzyskiwanie jest równoznaczne z dojrzewaniem, oderwaniem się od rodziców i usamodzielnianiem się.

 

film “CODA”, fot. materiały prasowe

W takim razie po co reżyserce wątek niesłyszącej rodziny? Wydaje się być wykalkulowanym zabiegiem dramaturgicznym, który ma chwytać za serce.

Jak w jednej ze scen, kiedy ojciec dotyka szyi córki, by „poczuć” piosenkę przez wibrujące gardło. Albo wtedy, gdy na koncercie rodzice i brat nie zdają sobie sprawy, jak wspaniale Ruby śpiewa, mogą tylko posiłkować się reakcją publiczności. Mimo wspomnianego wrażenia wyrachowania film broni się właśnie w momentach, kiedy reżyserka wpuszcza słyszące osoby na widowni do świata swoich bohaterów i bohaterek. Wtedy, podobnie jak robił to chociażby „Sound of Metal”, daje im przestrzeń na opowieść o zmaganiach, ale też o chwilach szczęścia. Ot, oddaje miejsce na prozę życia ludzi, którzy do tej pory tej przestrzeni nie mieli. Jednak stawiając na froncie historię z natury feel-good, która ma wywołać dobre samopoczucie, umniejsza znaczeniu tematu. Po seansie widz lub widzka mogą odetchnąć z ulgą: „Uff, dobrze, że słyszę”. I tyle.

 

„CODA” do zobaczenia na Apple TV+