fot. Mariusz Forecki

Różnorodność punktów widzenia

W 30 lat po roku 1989 jego zdjęcia są mocnym głosem na rzecz wolności i pluralizmu. O dwóch wystawach w CK Zamek, na których zaprezentowano pozornie odległe od siebie światy, z Jindřichem Štreitem rozmawia Michał Sita.

W Centrum Kultury ZAMEK odbywają się równolegle dwie wystawy z cyklu „Czechosłowackie Historie”, oparte o działalność kuratorską i artystyczną Jindřicha Štreita. „Poza miastem! Sowiniec jako nieoficjalne centrum czechosłowackiej kultury” to przekrojowy przegląd prac awangardowych artystów, eksponowanych w niezależnej galerii na zamku w Sowińcu, którą Jindřich Štreit prowadził w latach 1974–1989. Obok – na wystawie „Gdzie jest mój dom” – zaprezentowano współczesne fotografie dokumentalne artysty. Wystawy można oglądać CK Zamek do 19 maja 2019 roku.

 

MICHAŁ SITA: Jest pan fotografem dokumentalistą. Prowadzi pan długoterminową kronikę życia swoich bohaterów; mieszkańców okolicznych wsi, bezdomnych, narkomanów, hospicjów domowych… Ale prace, które wystawiał pan w Sowińcu, to sztuka eksperymentalna, awangarda swoich czasów. Jakim sposobem przez tyle lat łączył pan własną twórczość i tę kuratorską? Jak to się stało, że na małej wsi powstała ważna galeria sztuki współczesnej?

JINDŘICH ŠTREIT: Studiowałem w katedrze edukacji artystycznej, zostałem więc nauczycielem, ale dzięki studiom zdobyłem też dobre rozeznanie w tym, co w sztuce współczesnej istotne. Nie tylko w Czechach i na Słowacji, ale też szerzej w świecie.

 

Gdy było już jasne, że będę organizował wystawy w Sowińcu, chciałem by były to ekspozycje najlepszej, najciekawszej współczesnej sztuki czechosłowackiej.

W warunkach twardej komuny oficjalna twórczość nakierowana była na realizm, na ilustrowanie socjalistycznego myślenia i kultury. Wszędzie w bloku wschodnim – w Czechosłowacji, Polsce, na Węgrzech – sztuka dzieliła się w tym czasie na oficjalną i nieoficjalną. Mnie interesowała ta nieoficjalna, niemieszcząca się w głównym nurcie, ukazująca nowe tendencje, osobne podejście do życia. Artyści prezentowani w Sowińcu mieli ten wspólny rys, że byli nowocześni.

 

Jakie kierunki i jacy artyści zapadli w pamięć?

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Wszyscy byli ważni, ale jeśli mam wymienić przykład, będzie to Olbram Zoubek – tworzył rzeźby dalekie od realizmu, budujące swój przekaz w oparciu o uczucia, o atmosferę. Znany był z tego, że w 1968 roku wykonał maskę pośmiertną Jana Palacha, gdy ten podpalił się w proteście przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Pragę. Od tego momentu Olbram Zoubek znalazł się poza oficjalnym obiegiem, miał zakaz wystawiania w państwowych galeriach. Ogromną retrospektywę jego twórczości zorganizowałem więc właśnie w Sowińcu.

 

To mnie interesowało: artyści postrzegający świat po swojemu, oryginalnie. Pracowali w nurcie konceptualnym, byli abstrakcjonistami lub surrealistami – a wspólne było to, że nie działali po linii reżimu.

Większość prac eksponowanych na dzisiejszej wystawie w Zamku nie powstała po to, by kontestować system. Rzadko zdarzały się takie, które jawnie występowały przeciwko niemu. To była raczej wolna twórczość, realizowana w wielu równoległych kierunkach. Czy podobnie było z pańskimi zdjęciami? Chodziło w nich o niezależność, o prowadzenie niezakłamanej kroniki rzeczywistości?

 
Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Interesowała mnie właśnie ta wolność. Dlatego prowadziłem galerię. Dlatego też moja fotograficzna twórczość, dokumentalna w swoim charakterze, była oparta na problemach społeczności. Ważne dla mnie było to, co w niej złe. To, o czym się nie mówi. To, co należy w niej zmienić.

To wspólny temat mojej pracy, tak podchodzę do swojego zadania: fotograf dokumentalista powinien wnieść coś do świadomości, powinien prowokować. Dlatego fotografowałem tematy niemające ambicji znalezienia się w centrum aktualnego obiegu sztuki, ale takie, które są istotne wewnątrz społeczności, której dotyczą.

Fotografowałem biednych, bezdomnych, starszych, niewidomych, współcześnie fotografuję cykl o więziennictwie, równolegle pracując nad tematem o ludziach w hospicjach domowych, o osobach na granicy życia i śmierci. To tematy ukazujące problemy pewnej społeczności.

Zdarzały się też bezpośrednie spotkania wystawianej w Sowińcu sztuki z pańskimi zdjęciami. Razem z Janem Švankmajerem stworzyliście przecież kalendarz…

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

To była swoista konfrontacja punktów widzenia. Zdarzyło się, że Jan Švankmajer – surrealista, filmowiec, grafik, malarz – użył moich zdjęć do swoich działań.

 

Każdy z nas innym sposobem podchodził do surrealizmu otaczającego świata. Mnie jako dokumentaliście wystarczała sama tylko rzeczywistość, Jan Švankmajer dopełniał ją artefaktami, ingerując w zdjęcia, uzupełniając je o swoje osobiste podejście.

Zrobiliśmy wspólny kalendarz złożony z 14 zdjęć i artystycznych interpretacji tych fotografii.

Sam surrealizm był zresztą bardzo istotny, wśród wystaw, które zorganizowałem w Sowińcu, była „Sfera Snu” prezentująca grupę czechosłowackich surrealistów. Służby zamknęły tę wystawę zanim zdążyliśmy ją otworzyć.

KONFLIKT Z REŻIMEM

W ten sposób rozpoczęła się konfrontacja z władzą?

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Problemy pojawiały się właśnie przy organizacji wspomnianego pokazu, surrealizm uznany był za nurt antysocjalistyczny. Po zamknięciu wystawy – w każdej kolejnej uczestniczyły służby bezpieczeństwa. Stało się tak, mimo że nie chciałem występować przeciwko czemukolwiek, chciałem jedynie dać przestrzeń ludziom na swój własny sposób rozumiejącym życie i sztukę. Ważne było, by konfrontacja oficjalnej i nieoficjalnej twórczości miała gdzie wybrzmieć. Tworząc taką przestrzeń, działałem poza granicami założeń reżimu regulującego nasze życie w tym czasie.

W wernisażach odbywających się na wsi zamieszkiwanej przez 15 ludzi brało udział po 500, 600, czasami 1000 osób. I w oczywisty sposób następowała tam wymiana punktów widzenia – podpisywali dokumenty, wymieniali książki, sprzedawali i kupowali prace, dystrybuowali ulotki… W Polsce działało to przecież identycznie. Ale wszelkie aktywności tego typu odbywały się pod kontrolą władz.

 

Moment przesilenia przyszedł jednak dopiero, gdy w Pradze w 1981 roku wystawi pan własne fotografie. Wcześniej nie był pan aresztowany za organizację wystaw na zamku w Sowińcu, dopiero dokumentalne zdjęcia doprowadziły do oskarżeń i procesu. Dlaczego?

 

Fotografowałem starszych ludzi, ich życie, oficjalne zebrania… Były to fotografie nieodpowiadające kulturze tamtejszej epoki.

 

Były bardziej niebezpieczne niż sztuka awangardowa?

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

W ramach sztuki o znaczeniach można dyskutować – jeśli wystawisz abstrakcyjny obraz, co może być w nim jawnie antypaństwowego? Jedynie sposób myślenia stojący za nim jest problematyczny.

 

W przypadku dokumentu prezentującego normalne życie i konkretne sytuacje mamy do czynienia z dowodem na to, jak świat naprawdę wygląda. I w tym leżał problem. Mój problem. Nie stworzyłem tych sytuacji, ale je widziałem i sfotografowałem. I poprzez to demaskowałem reżim.

Ostatecznie okazało się, że odpowiadałem za fakt, że rzeczywistość jest taka, jaką ją rejestrowałem.

WSPÓŁCZESNE KONTEKSTY – 30 LAT PO ROKU 1989

Po politycznym procesie został pan skazany, stracił pan pracę nauczyciela i otrzymał sądowy zakaz fotografowania czegokolwiek. Po 1989 roku sytuacja się zmieniła. W ostatnich latach z kolei wolność jest poddawana rewizji i przestaje być oczywista. W Polsce i na Węgrzech rządzą populiści, w Czechach i na Słowacji podobne ruchy są bardzo silne. Artyści z kolei dość chaotycznie szukają sposobów na opór wobec jednotorowych, prostych i nieznoszących sprzeciwu sposobów myślenia, związanych np. z nacjonalizmem. Jak pan ocenia takie próby podejmowane przez sztukę, jej rolę wobec umacniania się autorytaryzmów w Europie wschodniej? Jak pan porównuje dzisiejsze strategie i punkty widzenia swoich studentów z własnymi, wcześniejszymi?

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Ci, którzy urodzili się w czasie ostatnich 30 lat, nie doświadczyli komunizmu, w którym moje pokolenie funkcjonowało na co dzień. Dlatego dla nich wolność będąca czymś oczywistym, stanem normalnym, jest kontekstem, w którym naturalne jest, że mogą swobodnie tworzyć, co zechcą. Dzięki temu powstają nowe kierunki w sztuce, odnajdywane są nowe drogi, nowe sposoby autoekspresji.

 

W tym kontekście agresywny nacjonalizm, z którym mamy dziś do czynienia, jest rewoltą przeciwko wolności i współczesnemu porządkowi politycznemu – i jest bardzo niebezpieczny.

Przerażająca jest zmiana w moralności populistycznych ruchów opiewających siłowe, nacjonalistyczne rozwiązania społecznych problemów.

Doprowadzają do tego, że ludzie zaczynają budować system uzurpujący władzę, prowadzący do likwidacji wolności, traktujący jak wrogów tych, dla których pokój i swoboda są wartościami nadrzędnymi. Te ruchy sprawiają, że pewne kwestie społeczne nie są już tematem dyskusji, ale są polem siłowej konfrontacji, rozwiązywane są agresją – na zasadzie: albo zrobisz, co chcę, albo staniesz się wrogiem.

 

30 lat temu sztuka prezentowana dziś w CK ZAMEK i pańskie prace występowały w obronie różnorodności punktów widzenia. Czy dzisiaj twórczość może pełnić podobną funkcję, może skutecznie stawiać opór?

Jindřich Štreit z kuratorką wystawy Štěpánką Bieleszovą, CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Jindřich Štreit z kuratorką wystawy Štěpánką Bieleszovą, CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Od tego jesteśmy pedagogami, byśmy młodym ludziom tłumaczyli podstawy, byśmy nie dopuścili do tego, by sytuacja powróciła do jawnej negacji sposobów myślenia innych niż oficjalne. Myślę, że pedagogowie mają takie zadanie, muszą wskazywać kierunki, budować pole do konfrontacji, dyskusji, i do tego, by wolność nie zniknęła. By nie stało się tak, że jedna strona będzie silniejsza od drugiej. Każdy opresyjny system polega na negacji innych punktów widzenia. Myślę, że sztuka powinna pokazywać szerokiej publiczności równoległe drogi.

 

Czy dostrzega pan artystów w Polsce, Słowacji, w Czechach, którzy równie skutecznie co pańska galeria w Sowińcu działaliby w tym kierunku?

Wyższa szkoła artystyczna ma taką funkcję… Nie ma chyba pedagoga, który stwierdziłby, że będziemy od teraz robić sztukę faszyzującą czy sztukę nacjonalistyczną. Myślę, że tego u nas po prostu nie ma – ani w Opavie, ani na innych uczelniach w Czechach czy w Polsce. Wierzę, że uniwersytety są właśnie ostoją otwartej dyskusji.

 

Wystarczające jest, by panowała na nich różnorodność?

Najważniejsze, by odbywała się tam swobodna dyskusja.

 

Wystawie prac nieoficjalnych sprzed 1989 roku towarzyszy pokaz pana współczesnych zdjęć o bezdomności. To nasuwa pytanie o funkcję dokumentu, zmienił pan swoje podejście do tego medium?

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Jindřich Štreit, wystawa z cyklu „Czechosłowackie historie” w CK ZAMEK, fot. Mariusz Forecki

Dokumentalna fotografia powinna podążać za człowiekiem, wskazywać społeczne problemy, które naprawdę istnieją w miejscach pozostawianych na uboczu. Wśród starszych ludzi, więźniów, bezdomnych, dla których nigdy nie starcza środków. Tam fotografia ma sporo do zrobienia.

Myślę zresztą, że sztuka w ogóle może żądać pomocy dla tych, którzy jej potrzebują. Że może posiadać polityczną moc. I nie zależy to od systemu politycznego, w którym funkcjonujemy, to kwestia etyczna. W każdych warunkach są obszary, których wygodniej unikać, z którymi trzeba się skonfrontować – to sytuacje, gdy jeden drugiemu nie pomaga. I wskazywanie ich jest ważną funkcją sztuki.

Tak to rozumiem, ale jestem tylko naiwnym idealistą.

JINDŘICH ŠTREIT – fotograf urodzony w 1946 roku, jeden z najważniejszych współczesnych czeskich dokumentalistów. Ukończył wyższe studia pedagogiczne, obecnie jest profesorem w Instytucie Twórczej Fotografii Śląskiego Uniwersytetu w Opavie. Przez całe życie związany jest z wiejskimi terenami Śląska i Moraw, gdzie uczył w szkole, jednocześnie nieprzerwanie fotografując życie codzienne mieszkańców. Jego zdjęcia prowincjonalnej codzienności lat 70. i 80. weszły do kanonu czeskiej kultury. Zajmując się tematami zaangażowanymi społecznie, grupami marginalizowanymi czy ubóstwem – stawia swoich bohaterów w centrum uwagi, podchodząc do ich życia z wielką empatią i humanizmem. Ważnym polem działalności Jindřicha Štreita była prowadzona w latach 1974–1989 niezależna galeria sztuki zorganizowana w zamku w Sowińcu, gdzie prezentował artystów niezależnych, pozostających poza oficjalnym obiegiem komunistycznej Czechosłowacji.

Obie wystawy z cyklu „Czechosłowackie Historie”: „Poza miastem! Sowiniec jako nieoficjalne centrum czechosłowackiej kultury” i „Gdzie jest mój dom”, oparte o działalność kuratorską i artystyczną Jindřicha Štreita można oglądać w Sali Wystaw w Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu od 4.04 do 19.05, w godzinach 12–20. Kuratorką wystawy jest Štěpánka Bieleszová.

ZOBACZ TAKŻE: Jindřich Štreit: niewygodne spojrzenie

CZYTAJ TAKŻE: Syria Macieja Moskwy

CZYTAJ TAKŻE: Szczęście powiedziało „Nie szukaj mnie”