fot. archiwum prywatne

Siostrzana intuicja

„Jeśli dzięki tak zwanym książkom popularnym ludzie czytają, to nie ma w tym absolutnie nic złego. Dzielenie książek na łatwe i trudne, głupie i mądre, jest w moim odczuciu bardzo krzywdzące. W ten sposób oceniamy i dzielimy ludzi” — mówi Maria Stefaniak, dyrektor generalna Wydawnictwa Filia.

KUBA WOJTASZCZYK: Cofnijmy się w czasie. Jak rozpoczęła się pani przygoda z zarządzaniem wydawnictwem?

MARIA STEFANIAK: Przez przypadek [śmiech]. Wróciłam do Poznania po rocznym pobycie w Warszawie, gdzie pracowałam w firmie farmaceutycznej. Na jednej z rodzinnych imprez moja siostra Olga, która projektowała okładki dla różnych wydawnictw, zapytała mnie, czy byśmy nie wydały wspólnie książki. Tak pół żartem, pół serio.

Byłam w takim zawodowym momencie, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc się zgodziłam. Trochę nieświadoma ryzyka i konsekwencji. To był skok na głęboką wodę. Ale się udało.

 

Jaki był pierwszy wydany tytuł?

Olga projektowała okładki dla czołowych polskich wydawnictw, m.in. do książek Katarzyny Michalak. To bestsellerowa pisarka, której powieści sprzedają się w dużych nakładach. I tak od słowa do słowa autorka zgodziła się napisać dla nas książkę. „Nadzieja” była naszym wydawniczym debiutem i sprzedała się świetnie.

 

Łatwo poszło?

Nie, bo oczywiście po drodze było wiele „zabawnych” sytuacji. Nie miałyśmy zielonego pojęcia o całym procesie wydawniczym, poczynając od druku po dystrybucję. To był szalony czas. Pamiętam wyjazdy do drukarni, ustalenia z dystrybutorami i to, że nie miałam pojęcia, o czym oni do mnie mówią [śmiech].

Jednym z takich momentów, którego nie zapomnę, to podpisywanie umowy w bagażniku samochodu na przystanku autobusowym i wysyłanie zdjęcia telefonem, by książkę można było umieścić w księgarniach. Wszystkiego musiałyśmy nauczyć się same.

Dopiero po pół roku zatrudniłyśmy pierwszego pracownika i tak przez kilka lat pracowaliśmy tylko we troje. Finansowo pomógł nam ojciec, który prowadzi wydawnictwo medyczne. Ale to zupełnie inny świat, inne zasady.

Od początku miałyśmy wielkie szczęście do ludzi. Pomagali nam, cierpliwie wszystko tłumaczyli. Podejrzewam, że też patrzyli na nas z dużym sceptycyzmem, dwie naiwne dziewczyny zabrały się za wydawanie książki, nie wiedząc, jak trudny i nieprzewidywalny jest to rynek. Dobrze, że wówczas tego nie wiedziałyśmy.

 

Jak się rozwijała Filia?

Po pierwszej książce musiałyśmy zadać sobie pytanie: czy wydajemy dalej, czy potraktujemy to jako jednorazową przygodę? Myślałyśmy kilka miesięcy. Wiedziałyśmy już nieco więcej o czyhających pułapkach i zagrożeniach, ale też było to niezwykle ekscytujące. Po 6 miesiącach wydałyśmy kolejną książkę, po kolejnym miesiącu następną. I tak coraz więcej i więcej…

Maria Stefaniak z Wydawnictwa Filia, fot. archiwum prywatne

Maria Stefaniak z Wydawnictwa Filia, fot. archiwum prywatne

 

Dzisiaj wydajemy około 12 tytułów miesięcznie, a łącznie nakładem naszego wydawnictwa ukazało się ich już ponad 800.

Od początku skupiłyśmy się na polskiej literaturze obyczajowej. Jakiś czas temu stworzyłyśmy również imprint Mroczna strona – z kryminałami i thrillerami, rozwijamy literaturę młodzieżową, a w planie są kolejne wyzwania.

Od początku kierowałyśmy się głównie intuicją. Do dzisiaj w dużej mierze tak jest. Olga ma niezwykłe wyczucie okładek i tego, co ludzie chcą czytać. Ja z kolei organizuję, pilnuję i liczę. Stworzyłyśmy fajny duet. Dopełniamy się.

 

 

Pani siostra, Olga Reszelska, która jest redaktorką naczelną Filii, w jednym z wywiadów porównała prowadzenie wydawnictwa do hazardu. Zgadza się pani z tym porównaniem?

Bardzo często tak jest. Gdy rozważamy wydanie jakiegoś tytułu, tak naprawdę nie mamy pojęcia, czy się spodoba i sprzeda. Jak mówiłam, kierujemy się głównie intuicją.

 

Oczywiście robimy business plany, szacujemy ryzyko, mamy pewne wyczucie, śledzimy trendy, słuchamy i obserwujemy ludzi, ale do końca nigdy nie wiemy, czy książka „zaskoczy”.

Ja jestem zazwyczaj ostrożna, Olga idzie na żywioł. Ale trzeba czasem ryzykować. Bez tego ta praca nie byłaby taka ciekawa. To duże emocje, a one są niezbędne w pracy, bo nakręcają, motywują. A jeszcze jak się uda… Cudowne uczucie.

 

Z firmy rodzinnej Filia przemieniła się w wydawnictwo zatrudniające kilka osób. Czy w tym wyzwaniu pomaga doświadczenie korporacyjne?

Od początku staramy się nie być korporacją. Ważne są dla nas relacje z pracownikami i atmosfera w pracy.

 

Mamy w redakcji dwa koty, dwa psy, duży ogród. Przynosimy do pracy ciasto. My się po prostu lubimy. A w takim zespole się dobrze pracuje.

Niektórzy mówią, że czasem przekraczamy tę granicę pracodawca – pracownik. Ja jednak myślę, że dobra atmosfera w pracy jest bardzo ważna. Oczywiście z zachowaniem pewnych granic. Musi być jasne, kto podejmuje w firmie decyzje [śmiech].

 

Wydawanie książek to spore ryzyko, ale czy tak samo jak w przypadku hazardu może być uzależnieniem?

Na pewno tak! Dzisiaj nie wyobrażam sobie innej pracy. Wydanie każdej książki to jak wypuszczenie w świat czegoś (po części) twojego. Danie mu życia. Najbardziej lubię moment, gdy przywożą książkę z drukarni.

Ale oprócz ekscytacji są też trudne sytuacje. Chwile bardzo stresujące. No i duże zmęczenie. Obie mamy dzieci i godzenie roli matki z pracą, która wymaga pełnego zaangażowania i oddania, jest trudne. Trzeba być cały czas czujnym i trzymać rękę na pulsie. Ale zdecydowanie jest więcej plusów. My po prostu kochamy to, co robimy. A gdy się coś kocha, to się od tego uzależnia.

 

Remigiusz Mróz, Magdalena Witkiewicz czy Alek Rogoziński – to tylko niektórzy z autorów i autorek wydawanych przez Filię. Nazwiska te na pewno łączy jedno; silnie kojarzą się ze sceną popularną polskiej literatury. Nie ma w wydawnictwie miejsca na książki bardziej wymagające?

Filia rozwinęła się dzięki literaturze popularnej. Temu będziemy wierne. Tego się od nas oczekuje. Jeśli dzięki tak zwanym książkom popularnym ludzie czytają, to nie ma w tym absolutnie nic złego. Dzielenie książek i filmów na łatwe i trudne, głupie i mądre, jest w moim odczuciu bardzo krzywdzące. W ten sposób oceniamy i dzielimy ludzi.

Maria Stefaniak z Wydawnictwa Filia

Maria Stefaniak z Wydawnictwa Filia, fot. archiwum prywatne

 

Uważam, że czytanie powinno być po prostu radochą. Odskocznią, wejściem w inny świat. Dla jednych będą to książki o skomplikowanej treści, wymagające głębszych refleksji, dla innych po prostu rozrywka.

Dla mnie najważniejsze jest to, że ludzie chcą czytać książki i to jest cudowne. Ale oczywiście chcemy rozbudowywać naszą listę, myślę, że przyjdzie czas na książki z innych gatunków.

 

Między innymi wspomniany Mróz wydaje powieści w różnych wydawnictwach. Jak dzielicie się tytułami?

Jakoś sobie z tym radzimy. Podpisaliśmy pierwsze umowy z Remigiuszem równo z innym wydawcą. I przez te kilka lat wydajemy na przemian. Czytelnicy już się do tego przyzwyczaili. My też.

 

Pisarki i pisarze popularni często wypuszczają kilka książek w roku. Czy ich płodność nie wydaje się pani podejrzana? Jak na tę częstotliwość reaguje rynek wydawniczy?

Maria Stefaniak z Wydawnictwa Filia, fot. archiwum prywatne

Maria Stefaniak z Wydawnictwa Filia, fot. archiwum prywatne

Podejrzane nie. Oni są po prostu bardzo pracowici, bo pisanie to ciężka i systematyczna praca. Poza tym rynek właśnie tego od nich oczekuje.

Dzisiaj, w dobie Netflixa, czytelnicy potrzebują szybkiego i częstego dostępu do rozrywki. Są niecierpliwi. Tak naprawdę głównym konkurentem książek są dzisiaj seriale. Musi ich być dużo. Poza tym czytelnik szybko się związuje z bohaterami i samym autorem. Dziennie na rynek trafia kilka książek i trzeba szybko podtrzymać jego uwagę. By nie uciekł.

 

Czy nadal „wszyscy” chcą pisać? Jakie propozycje wydawnicze do państwa wpływają?

Kilkadziesiąt dziennie! Jesteśmy kojarzeni z literaturą obyczajową i thrillerami, więc do nas trafiają głównie takie książki. Są wśród nich perełki. I wtedy są emocje! Wielka radość i satysfakcja, że się taki talent wyłapało.

 

Co na pewno zostałoby wydane, a co nie?

To nie jest takie proste. Na sukces powieści składa się wiele czynników. Jednak nie ulega wątpliwości, że najważniejsza jest dobrze napisana książka. Najłatwiej, gdy odpowiada profilowi wydawnictwa, które ma już doświadczenie promocyjne i sprzedażowe w tej kategorii, ale i eksperymenty są potrzebne od czasu do czasu. Chociażby dla zdrowia psychicznego.

 

Który eksperyment się powiódł?

Trudno nazwać je eksperymentem, ale zawsze, gdy decydujemy się na wydanie książki debiutanta (lub prawie debiutanta), to dla nas wielka niewiadoma. Tak trafiły do nas właśnie powieści Remigiusza Mroza. Autor wysłał je do wielu wydawców. Zainteresowały nas i machina ruszyła.

Kolejnym sukcesem okazały się niedawno wydane thrillery Maxa Czornyja. Również „wyłapane” z nadesłanych propozycji wydawniczych. I podobnie – spodobały się nie tylko nam.

 

Czy jest taki tytuł, który pani odrzuciła lub do którego nie kupiła praw i teraz tego żałuje?

Jasne, że jest, ale zdecydowanie więcej jest tych, przy których zaryzykowałyśmy i się udało. Poza tym, jakie by to było nudne, gdyby nasza praca była taka przewidywalna i wszystko się udawało… A tak są emocje! Szczypta zazdrości i złości też jest niezbędna.

 

Czy poznańskość i wielkopolskość ma dla działalności Filii znaczenie? Co znaczy dla pani lokalność?

Tak się składa, że w Poznaniu jest wiele dużych wydawnictw. Czasem żartujemy, że poznaniacy są po prostu porządni i uczciwi. Tu się dobrze żyje i pracuje. Gdy pracowałam w Warszawie, byłam przygnieciona hałasem i pędem. W Poznaniu jest spokojnie – i dzięki temu bardziej twórczo.

 

Co wydawnictwo planuje na przyszłość?

Pracujemy obecnie nad pewnym ciekawym projektem. Ośmiu topowych pisarzy i osiem wersji wydarzeń w jednej powieści zainspirowanej znanym dramatem. Reszty nie zdradzę! Mam nadzieję, że jeszcze nieraz zaskoczymy czytelników.

 

Na koniec proszę zdradzić, co teraz pani czyta?

Czytam z dziećmi „Babcię Rabuś” Davida Walliamsa – książkę wydawnictwa Mała Kurka. A tak na serio to od początku założyłyśmy sobie, że będziemy czytać wydawane przez nas książki. To dla nas bardzo ważne. Więc czytamy wszystkie nasze książki, nadsyłane propozycje, które przeszły pierwsze recenzje, książki z list bestsellerów, by wiedzieć, co akurat przykuwa uwagę czytelników. A przez to zostaje niewiele czasu na czytanie jedynie dla przyjemności. 

Maria Stefaniak z Wydawnictwa Filia, fot. archiwum prywatne

Ale na półce czekają ciągle „Serotonina” Houellebecqa, „Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza” Szczepańskiego oraz cała masa przewodników po Hiszpanii, do której zamierzam niedługo wyjechać.

MARIA STEFANIAK — dyrektor generalna Wydawnictwa Filia. Ukończyła studia etnolingwistyczne na poznańskim UAM oraz podyplomowe studia Public Relations w Warszawie. Przez kilka lat związana z branżą medyczną. W 2012 roku założyła wraz z siostrą wydawnictwo Filia w Poznaniu, które wspólnie prowadzą do dzisiaj. Kocha książki, zwierzęta i podróże.

 

CZYTAJ TAKŻE: Prywatna historia sztuki. Rozmowa z Cezarym Pieczyńskim z Galerii Piekary

CZYTAJ TAKŻE: Ratunkowe koło antydyskryminacyjne. Rozmowa z Barbarą Pniewską

CZYTAJ TAKŻE: Rozumna wiara. Rozmowa z Tomaszem Grabowskim OP z wydawnictwa „W drodze”