fot. Dobromiła Tenerowicz-Grądzka

Słodkie na świątecznym stole

Święta to hedonistyczny czas dogadzania podniebieniu. Oczywiście w Wielkopolsce nikt nie będzie się bawił w lukullusowe uczty z pawim piórkiem. Niemniej jednak – powiedzmy sobie szczerze – Poznańczyk lubi sobie dogodzić.

Jeszcze zbyt daleko nie odpłynął czas świętomarcińskich rogali, oblanych lukrem, pełnych słodyczy, a trzeba już pomyśleć o świętach. Tym bardziej że te przecież są dłuższe, a właściwie najdłuższe z tych przez nas obchodzonych.

Wielkanoc to właściwie niedziela i poniedziałek – i po wszystkim. Boże Narodzenie trzeba celebrować. Wszak zaczynamy od Wigilii, nie wszyscy wiedzą, że to właśnie tylko (albo aż) wieczór poprzedzający dzień właściwy. Potem następuje Święto Pierwsze, po nim Święto Drugie. Wigilia to czas, który Wielkopolanie spędzają w gronie rodzinnym, celebrując więzi naderwane przez pędzący nieubłaganie globalny czas.

Na stole świątecznym zazwyczaj jest jedno wolne miejsce dla niespodziewanego gościa, którego, gdyby zawitał, trzeba podjąć. Na szczęście nikt nie testuje prawdziwości samarytańskich uczuć mieszkańców Jeżyc czy Winograd. Bo sprawdzian mógłby wypaść niekoniecznie korzystnie.

Wróćmy jednak na słodkie tory. Moja niezapomniana Mama zawsze celebrowała w te dni przyrządzanie orzechowego tortu. Na święta nie mogło go zabraknąć. Clou sprawy – nie było w nim ani grama mąki. Tylko orzechy w różnej formie, jaja, rozdzielone rzecz jasna, czyli osobno ucierane żółtka i ubijane białka, do tego słodka śmietana, masło i jeszcze mnóstwo innych słodkich dodatków. Była to prawdziwa kaloryczna bomba.

Człowiek – opchany rybą w różnych formach, pierogami z kapustą i grzybami, opity barszczykiem z uszkami – musiał również spróbować tego specjału, by rodzinnej tradycji stało się zadość. Dopychany, popychany jakoś wchodził, rozpychając gardziel. Dzisiaj, gdy o tym piszę, mam łzy w oczach. Mamy nie ma, ale tort – mam nadzieję – będzie, może nie tak bogaty, nie tak słodki, ale jednak.

Moje córki okazały się bystrymi uczennicami i będą kontynuowały rodzinną tradycję. Natomiast moja małżonka jest swoistą minimalistką. Uczy wnuka Ignaca, by się nie przemęczać, i wali w masie kształtne ciasteczka z sobie tylko znanego ciasta, wykrawając fikuśne formy, potem razem z młodym pokoleniem zdobiąc je w różne kolory. Ignacy uwielbia tę zabawę i świetnie się przy tym bawi. Należy mieć nadzieję, że coś tam w małej głowie zostanie i tradycja przeniesie się na następne pokolenie.

W święta nie może też zabraknąć pierniczków i makowca. W przesądnych poznańskich domach mówi się, że mak przynosi szczęście. Co prawda nie jest to taki jak ten, który pamiętam z dzieciństwa, ucierany pracowicie w makutrze. Te nowe odmiany są jakby trochę bez smaku i aromatu. Ale cóż, na to się nic nie poradzi, bo makowiec pracowicie zwijany być musi. Co poniektórzy stawiają też na stole makiełki. To taka masa makowa z bakaliami i miodem. Wydaje mi się, że przywędrowała z Ormianami ze Wschodu, więc w zachodniej Polsce to rzecz rzadko spotykana.

Z całej tej mojej gawędy wysnuj, Szanowny Czytelniku, jeden wniosek. W jedzeniu znaj umiar i nie przesadzaj. A jak trochę przesadziłeś, ruszaj na spacery, by się zbędnych kalorii pozbyć. Wszystkiego Najlepszego!

CZYTAJ TAKŻE: Ryba na świątecznym stole

CZYTAJ TAKŻE: Europejski kociołek w wielkopolskim wydaniu

CZYTAJ TAKŻE: Andrzejkowe domówki