fot. Unsplash

Andrzejkowe domówki

Oj, rozleniwiliśmy się i to strasznie! Przyjęliśmy zachodni styl życia. W ciągu tygodnia nie mamy na nic czasu i jadamy fast foody. Nawet obco brzmiąca nazwa się przyjęła i weszła do rodzimego języka.

Co prawda, do Maka kolejek już nie ma, niemniej jednak zdarza się zobaczyć tam całe rodziny zjadające niedzielny obiad w formie watowanej buły. Według mnie to lekka przesada. Wszak Mistrz Rey przed wiekami pisał o Polakach, że nie gęsi i swoje znają. Niestety, wydaje mi się, że przyjęliśmy najgorszą formę bycia Europejczykami. 

Wiem, wiem – przyjęcia z czasów ustroju słusznie minionego częstokroć wynikały z mało zasobnego portfela i ubożuchnie zaopatrzonego rynku. Wszak wtedy się nie kupowało, lecz załatwiało – forma nieznana młodemu pokoleniu. Wszak na gawędę dziadka, że drzewiej na półkach był tylko ocet i musztarda, młody ze zdziwieniem stwierdza – a w Oszołomie dziadku też? 

Eh, pamięć ludzka bywa krótka i zawodna. Powiem jednak szczerze, że momentami tęsknię za domówkami, imprezami, gdzie zbierało się grono przyjaciół i znajomych. Nikt nie siedział obok siebie w milczeniu, klikając w klawiaturę smartfona i rozmawiając przy pomocy SMS-ów. Wtedy to, a przed andrzejkami zwłaszcza, należało wybrać się na polowanie różnych rodzajów wiktuałów, by stół był zasobnie zastawiony. 

Do tego jeszcze zbierało się przez cały rok ogarki świecowe, które pozostawały po licznych wyłączeniach prądu spowodowanych przekroczeniem stanu mocy wyższego niż dziesięć. Wtedy władza wprowadzała ograniczenia w dostawach, a to dotykało przede wszystkim domostwa. Wszak przemysł był ciężki, a piece martenowskie wygaszone być nie mogły. Ówczesny dobrobyt przeliczało się w wyprodukowanych lokomotywach i kilometrach szyn. Gospodyni andrzejkowego wieczoru miała więc zazwyczaj niezły zgryz. Najgorzej miały te, których małżonek miał nieszczęście nosić imię Andrzej. W innym wypadku imprezki odbywały się metodą składkową. Każdy przynosił, co miał w domu najlepszego. Na imieniny poza prezentem nie wypadało przyjść z półmiskiem. Imię drugiego patrona Polski jest w naszym kraju niezwykle popularne, więc przyjęć było bez liku. Wszak nasz św. Andrzej Bobola to opiekun ludzi w niebezpieczeństwie. Został zamęczony przez Kozaków w czasach bratobójczych walk XVII wieku.

Nasze mamy i babki nie korzystały w tamtych czasach z przepisów pani Ćwierciakiewiczowej, która pisała o wołach i kwiczołach. Były pieczarki, te z eksportowego odrzutu, duże i otwarte, więc się je faszerowało tym, co było w lodówce, łącząc wszystko jajkiem i przed przyjściem gości wstawiało do piekarnika. Obowiązkowo wystawiało się sałatkę jarzynową, sklejoną majonezem, częstokroć ukręconym przez samą gospodynię. Przerwy w zabawie z laniem wosku przez klucz zatykano podawanymi koreczkami. Były to poprzekłuwane patyczkiem, często zapałką z odłamaną główką, kawałki sera, rzodkiewki, a nawet szyneczki, gdy się ją udało w mikroskopijnym wymiarze wystać w kolejce, dosłownie na jeden ząb. Mimo ubożuchności tamtych lat, tęsknię za nimi i to wcale nie za tym, że byłem wtedy młody, ale umieliśmy wtedy ze sobą rozmawiać, śmiać się i płakać. Teraz, częstokroć nawet w rodzinach pozostała nienawiść dwóch wrogich sobie plemion, które na dodatek nie znoszą obcych. Mimo tego, z okazji andrzejek, życzę Ci, Szanowny Czytelniku, samych smakowitości!

CZYTAJ TAKŻE: Do-Re-Mi-Fasola

CZYTAJ TAKŻE: Rogale świętomarcińskie: pełnia smaku
CZYTAJ TAKŻE: Dni wspomnień