fot. Wikipedia

Sprawy „paskudne i przykre”

Podczas pędzenia internowanych Niemców na wschód we wrześniu 1939 roku były straty i sprawy paskudne – przyznał Restytut Staniewicz, pierwszy polski historyk, który zajął się tym tematem. Z tych „spraw” naziści wyprodukowali później propagandową, antypolską bombę.

To ciągle mało znany epizod września 1939 roku, nieco wstydliwie skrywany w polskiej historiografii. Chodzi o marsze internowanych Niemców, prowadzonych wówczas na wschód – do obozu w Berezie Kartuskiej – w ramach „Elaboratu unieruchomienia”.

 

 Internowani

Był to plan internowania Niemców, uznanych jeszcze przed wybuchem wojny za szczególnie niebezpiecznych dla Rzeczypospolitej Polskiej. W 1937 roku Sejm zezwolił na tworzenie list osób, które na wypadek wojny powinny zostać zatrzymane. Plan wszedł w życie w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku. Choć zdaniem Hansa Freiherra von Rosena, autora książki „Die Verschleppung der Deutschen aus Posen und Pommerellen in September 1939”, do pierwszych akcji internowania Niemców doszło już 25 sierpnia 1939 roku.

 

Pocztówka z mapą Berezy Kartuskiej, fot. Polona

Pocztówka z mapą Berezy Kartuskiej, fot. Polona

Faktem pozostaje, że na początku września władze polskie internowały ok. 15 tys. obywateli polskich narodowości niemieckiej, z tego ok. 10 tys. na Pomorzu i w Wielkopolsce.

Większość z nich po krótkim zatrzymaniu na posterunku policji (lub w więzieniu) pomaszerowała pod obstawą policji lub wojska (czasem nawet uzbrojonych gimnazjalistów) w kolumnach na wschód. Ale do Berezy Kartuskiej dotarły tylko niektóre grupy internowanych Niemców, np. z Torunia czy Jarocina. Z okolic Środy pochodziło 99 internowanych i 39 z nich nie wróciło już do domu.

 Śmierci

Autor „Die Verschleppung…” wylicza, że wśród internowanych Niemców były kobiety, matki z niemowlętami, ciężarne i inwalidzi bez nóg. A także czternastoletnie dzieci i osiemdziesięcioletni starcy. Oraz duchowni. Ze wspomnień internowanych, których polskie władze zmusiły do marszów po 50 km dziennie, można wyczytać, że odmawiano im wody i traktowano ich źle.

 

Bereza Kartuska w województwie poleskim. Ulica na przedmieściach, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Według planu, zatrzymani Niemcy mieli zostać przewiezieni do Berezy pociągami. Jednak już 1 września 1939 roku Luftwaffe uszkodziła najważniejsze połączenia kolejowe. A na kolei priorytet miały oddziały Wojska Polskiego.

Dlatego internowani Niemcy pochodzący z okolic Gniezna czy Wrześni dojechali pociągiem tylko do Kutna, dalej musieli maszerować. Inne kolumny internowanych maszerowały od pierwszego dnia zatrzymania.

Około 300 osób z okolic Poznania przeszło w ciągu kilkunastu dni dystans 250 km – aż pod Łowicz. Z kolei marsz 120 Niemców zatrzymanych w Wolsztynie i Grodzisku zakończył się w samym centrum bitwy nad Bzurą, gdzie oswobodził ich Wehrmacht.

W polskiej historiografii ciągle dominuje przekonanie, że internowani ginęli przede wszystkim pod bombami Luftwaffe. Ale Erich Nehring, członek grupy maszerującej z Poznania, w swoich wspomnieniach napisał, że spośród 270 osób, które szły w jego kolumnie, około 40  zamordowali polscy konwojenci.

 

Pochowano ich w Ślesinie, wsi  Bierzwienna Krótka bądź w Kutnie.

W niemieckim opracowaniu z 1990 roku można przeczytać, że  śmierci internowanych winni byli polscy policjanci i żołnierze, którzy:

 

„odreagowywali w ten sposób swoje zrozumiałe rozczarowanie nieoczekiwanym przebiegiem wojny”.

 

W tej samej książce zamieszczono listę 41 kolumn internowanych Niemców, które we wrześniu 1939 roku  maszerowały pod polską obstawą na wschód. I mapę z ich trasami – i miejscami kilkudziesięciu „masowych grobów”.

 

Temat ten jako pierwszy poruszył nieżyjący już historyk Restytut Staniewicz podczas konferencji naukowej w Instytucie Zachodnim w Poznaniu w 1993 roku. Przypomniał, że podczas marszu internowanych zginęli m.in. dwaj byli posłowie mniejszości niemieckiej do Sejmu: Eugen Naumann i Berthold Moritz.

Inny poznański historyk, prof. Karol Pospieszalski (1909–2007), który w latach 50. badał sprawę śmierci internowanych Niemców, napisał:

 

„Bomby, które padały na kolumny uciekającej ludności, wieści o masakrach dokonywanych na niej przez armię niemiecką, wywoływały trwogę i oburzenie. (…) Ten splot uczuć doprowadził do niejednego nieprzemyślanego odruchu wobec mniejszości Niemców. Cofające się oddziały wojskowe (…) były skłonne widzieć dywersję tam, gdzie jej w istocie nie było, i pociągały niewinnych do odpowiedzialności. Są to rzeczy przykre, lecz psychologicznie wytłumaczalne”.

 

Jezioro Jezuickie, fot. Wikipedia

Restytut Staniewicz przytaczał dwa konkretne wydarzenia. 4 września 1939 roku nad Jeziorem Jezuickim (na południe od Bydgoszczy) zginęło ponad stu internowanych Niemców. Pochowano ich na miejscu.

„Oficjalna wersja mówi, że były to ofiary nalotu niemieckiego, ale moim zdaniem, zostali oni rozstrzelani, bo podczas nalotu mogło zginąć najwyżej kilkanaście osób” – opowiadał Staniewicz w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

 

Podał też przykład podobnych zdarzeń spod Turku. Pod tym miasteczkiem znalazła się grupa 200–300 internowanych Niemców z Kaliskiego. Prowadzona drogą kolumna została zaatakowana przez niemieckich lotników. Kiedy niemieccy cywile rzucili się do ucieczki, polska eskorta otworzyła do nich ogień z broni maszynowej.

Według niemieckich źródeł, 11 września 1939 roku z rąk polskiego policjanta miał zginąć hrabia Hermann von Treskow, właściciel podpoznańskiego Radojewa. Internowany 1 września, 80-letni wówczas mężczyzna, znalazł się w kolumnie Niemców maszerujących z Poznania na wschód. Kiedy pod wsią Bierzwienna Krótka (na wschód od Babiaka) spuchły mu nogi, odmówił dalszego marszu i został zastrzelony.

Propaganda


W czerwcu 1940 roku w okupowanym Poznaniu władze niemieckie zorganizowały wystawę propagandową. Centrala Grobów Zamordowanych Volksdeutschów chciała pokazać światu, jak rzekomo okrutni byli dla Niemców Polacy we wrześniu 1939 roku.

 

Prof. Karol Pospieszalski, fot. Wikipedia

Prof. Karol Pospieszalski, fot. Wikipedia

Większość niemieckich relacji na temat śmierci internowanych Niemców została spisana jeszcze jesienią 1939 roku w zajętym przez hitlerowskich okupantów Poznaniu.

Nie ulega kwestii, że sprawozdania te były elementem akcji propagandowej, rozpoczętej 13 października 1939 roku przez wspomnianą niemiecką Centralę. Placówka ta zbierała wspomnienia internowanych i szukała zaginionych Niemców i ich grobów, by zidentyfikować zwłoki. Cel, postawiony Centrali przez ministra propagandy Josepha Goebbelsa, brzmiał: pokazać „okrucieństwa Polaków” i uzasadnić nimi atak III Rzeszy na Polskę.

W grudniu 1939 roku placówka podała w oficjalnym komunikacie, że podczas wojny w Polsce zginęło 5 437 Niemców. W Berlinie uznano jednak, że liczba ofiar nie robi odpowiedniego wrażenia. 10 lutego 1940 roku Centrala opublikowała więc nowy komunikat: Polacy we wrześniu 1939 roku zamordowali 58 tys. Niemców!

Tysiące

 

Po wojnie prof. Pospieszalski odnalazł w aktach Centrali poufne zalecenie MSW III Rzeszy z 7 lutego 1940 roku, nakazujące dziesięciokrotne zwiększenie liczby niemieckich ofiar. Z dokonanej przez niego analizy niemieckich dokumentów wynika, że do pierwotnej, ustalonej przez Centralę liczby ponad 5 tys. Niemców, zamordowanych rzekomo przez Polaków, wliczono też ofiary nalotów oraz tych, którzy zginęli w 1939 roku jako… poborowi Wojska Polskiego.

 

Według ustaleń prof. Pospieszalskiego, we wrześniu 1939 roku zginęło ok. 2 tys. internowanych obywateli polskich narodowości niemieckiej.  

W pierwszych miesiącach okupacji niemieckiej Niemcy rozstrzelali ok. 60 tys. Polaków.