fot. Marta Konek, na zdj. Józef Dorsz

Straży z serca nie wyrwiesz

Przed wojną w straży pożarnej w Miasteczku Krajeńskim Niemców i Polaków było mniej więcej po połowie. Gdy ojciec pana Józefa wżenił się do Miasteczka, zaraz chłopaki wciągnęli go do straży, żeby był jeden Polak więcej.

Ojciec, stary artylerzysta, w cztery konie z sikawką konną potrafił jeździć. Mówi pan Józef, że przed wojną, gdy w Rzadkowie pożar wybuchł, jego ojciec powoził przez Huby, przez błoto takie, że kto inny nie dałby rady przejechać. Sikawka i konie po tej przejażdżce oblepione były błotem. 

 

„Jak wrócili od pożaru, jak przyjechali do remizy, to to wszystko musiało być wyczyszczone na glanc.” – wspomina.

 

Józef Dorsz do straży wstąpił zaraz po wojnie, ledwo siedemnaście lat zdążył ukończyć. W roku 1957 został najmłodszym naczelnikiem OSP w powiecie wyrzyskim. W 1993 roku został prezesem OSP w Miasteczku Krajeńskim i piastował tę funkcję do 2006 roku. Potem już nie kandydował. Jak mówi, czas było pałeczkę przekazać młodszym. Ale w straży dalej jest, a jak syrena zawyje, jak samochody na sygnale do akcji jadą, to aż się rwie, by jak za dawnych czasów z pomocą ruszyć.

 

„Straży się z serca nie wyrwie.” – mówi w zadumie.

Wspomnienia

Czasami na wspomnienia mu się zbiera, a z tych opowieści wyłania się obraz dawnego Miasteczka Krajeńskiego.

Dużo Niemców zawsze tu było, jak to zwyczajnie, w przygranicznej miejscowości. Przed I wojną w Miasteczku mieszkało także 37 żydowskich rodzin, ale w 1918 roku niemal wszyscy Żydzi się wyprowadzili. Przed II wojną światową nawet synagogę zdążyli sprzedać. Została rozebrana, a cegły wykorzystano między innymi do budowy płotu wokół prezydium.

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

 

Dwa razy w tygodniu targi się odbywały.

Dzieciaki na ulicach bawiły się w boka, dwa ognie, piłkę. Młodzież się zbierała na dzisiejszej ulicy Konopnickiej, bo tu takiego ruchu nie było. Śmiechów i wesołych pokrzykiwań było co niemiara, aż burmistrz z okna krzyczał, że hałas robią.

Z pierwszej klasy Józef Dorsz pogrzeb Michała Drzymały pamięta, bo przecież Drzymała w Grabównie mieszkał i na cmentarzu w Miasteczku Krajeńskim pochowany został. Uczniowie na rynek tylko doszli, bo tłum był taki, że się przepchać nie było można. Trumnę z Drzymałą na chłopskim wozie wieźli, ozdobionym wstążkami i girlandami.

 

„Cztery konie wóz ciągnęły, a ja, jak to dziecko, pytałem ojca, czy ten Drzymała taki ciężki jest, że go tyle koni ciągnie.” – wspomina.

Wojna, wojna…

Mały Józek dziesięć lat miał, jak się wojna zaczęła. Wielu rzeczy nie pamięta, choć i Miasteczko Krajeńskie dotknęły aresztowania, zsyłki do obozów koncentracyjnych, wysiedlenia, wywłaszczenia i różnego rodzaju represje.

Pamięta, że na samym początku wojny pan Kufel, co był powstańcem wielkopolskim, na rowerze jadąc na patrol niemiecki trafił i strzelił do Niemców. Gonili go potem i trochę na oślep strzelali, bo w kukurydzy jakiegoś Niemca trafili.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Pamięta, że niemieccy koledzy, z którymi przed wojną się bawił, nagle zaczęli się izolować i mówić, że z Polakami bawić się nie będą.

Pamięta, że musieli zioła zbierać na różnego rodzaju leki. Pamięta okopy, które na wzgórzach wzdłuż Miasteczka kopane były i stanowisko dla pancerfausta, które przy krzyżu wyszykowano. Bunkra tylko Niemcy nie zdążyli skończyć.

Wojna jak szybko do Miasteczka przyszła, tak i szybko z niego odpłynęła. Patrol niemiecki, co szosy wjazdowej strzegł, po telefonie z dowództwa wszystko rzucił, zostawił nawet ziemniaki gotujące się na ogniu i w stronę Kaczor uciekł. 

 

„Jeden z żołnierzy spod Torunia pochodził i prosił ojca, by mu cywilne ubrania dał.” – mówi Józef Dorsz.

 

Bo to i tak, jak w życiu, nic w tych wojennych zawieruchach proste nie jest. Rodzina Dorszów też i po polskiej i po niemieckiej stronie po 1918 roku została. Granica ich podzieliła, ale czy to oznacza, że narodowość zmienili? Czy to oznacza, że innymi ludźmi się stali?

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

 

Ot, jak zwykle, wielcy tego świata toczą swoje wojny, a losy maluczkich przez to się plączą.

27 stycznia do Miasteczka Krajeńskiego wkroczył pierwszy radziecki oddział. Major na koniu jechał, jedna z dziewcząt bukiet kwiatów mu rzuciła. Gdy front poszedł dalej na zachód, strażacy do organizowania jednostki się wzięli.

Po Niemcach w remizie został wózek z motopompą „Leopolia” i sprzęt z okresu przedwojennego. Gdy Józef Dorsz do OSP wstępował, prezesem był Józef Wieczorek, a naczelnikiem Marian Fons.

I po wojnie

Józefa Dorsza w 1948 roku na kurs mechaników motopomp wysłali. Wspomina, że kurs w Wyrzysku Aleksander Paprota prowadził i że wieczorem „Wszystkie nasze dzienne sprawy” śpiewali, a rano „Kiedy ranne wstają zorze”.

Potem w dzień były wykłady i zajęcia praktyczne. Jednak zanim na dobre się w tej straży rozsmakował, do wojska go wzięli i do kopalni posłali. W pociąg ze stu dwudziestu rekrutów wsadzili i nie powiedzieli, dokąd jadą, póki dymów z kopalń nie zobaczyli.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Lekka ta robota nie była, a wojsko połowę ich górniczej pensji na swoje potrzeby brało.

Pierwszy zjazd pod ziemię do dzisiaj pamięta. 

 

„Myślałem, że mi wnętrzności na wierzch wyjdą.” – wspomina, że ta winda z prędkością siedmiu metrów na sekundę w głąb ziemi się wbijała.

 

Czwórkami pod ziemią pracowali – trzech żołnierzy i cywil, który miał dynamit i strzały wykonywał. Potem oni ten odstrzelony węgiel i kamień na wózki kładli i wypychali na główny korytarz, gdzie do kolejki elektrycznej je przypinali.

Później jeszcze przy zamulaniu wyeksploatowanych wyrobisk pracował, gdzie rynnami piasek z wodą był spuszczany w nieczynne korytarze. Zarobić dobrze w tej kopalni zarobił, bo jak z wojska do cywila szedł, to się kompletnie ubrał i zegarek kupił.

Strażak Dorsz

W grudniu do domu z wojska wrócił, a w styczniu już do pożaru do Grabówna jechał.

 

„Przecież ty jesteś strażakiem, tylko do wojska poszedłeś.” – mówili mu, gdy się wahał, czy tak z marszu do akcji może jechać.

 

I to był chyba ten moment, kiedy poczuł, że na swoje miejsce wrócił i że w świecie nie musi już niczego szukać.

Pod koniec lat czterdziestych OSP w Miasteczku Krajeńskim otrzymała pierwszy samochód, a mianowicie sanitarkę Chevrolet z demobilu wojskowego. Autem jechali strażacy, a za autem ciągnięta była przyczepka z motopompą.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Ten Chevrolet to nie tylko do pożaru był wykorzystywany, ale i na wyjazdy zespołu teatralnego, który przy OSP prowadziła Aldona Kaszuba. Alfons Kaszuba, który po Wieczorku prezesem został, samochód naprawiał.

W 1958 roku Chevroleta zastąpił Dodge WC 54, a potem Dodge WC 62. Dopiero w 1964 roku jednostka otrzymała pierwszy samochód pożarniczy GM8 – Lublin/GAZ.

Józef Dorsz różne zdarzenia z tamtego czasu pamięta, ale w pamięci zapadły mu te najtrudniejsze pożary, jak ten w Rzadkowie, gdzie stodoła się od śrutownika bijakowego zapaliła, a wody nie było skąd brać do gaszenia. Albo dzień, w którym w trzech różnych miejscach pożary się zrobiły od uderzenia pioruna.

 

Albo jak Matuszewska z obrazem Matki Boskiej w szczycie stodoły stała, żeby ogień z płonącej chałupy stodoły nie objął, bo pełna zboża była.

I tak mógłby opowiadać i opowiadać, jak to w prywatnych ubraniach w ogień szli, bo mundurów na początku nie było. Pierwsze rogatywki sukienne w Pile kupowali. Pierwsze mundury krawcy z kolejowych na strażackie przerabiali – guziki przeszyli, strażackie dystynkcje dołożyli. Pieniądze na działalność straży i na te zakupy zarabiali organizując zabawy. 

 

„Wszystko w czynie społecznym się robiło. Ludzie jakoś bardziej ze sobą byli, nikt nie mówił, że nie ma czasu, że nie da rady.” – mówi druh Józef.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

W latach sześćdziesiątych w czynie społecznym nową remizę pobudowali. Dzień w dzień po kilkunastu ludzi do roboty stawało.

 

„Niemal w każdej rodzinie strażak był.” – Józef Dorsz mówi, że te strażackie tradycje to przez pokolenia z ojca na syna, a często na córki przechodziły.

 

Przy OSP oprócz młodzieżowych drużyn pożarniczych działały klub krótkofalarski i pracownia modelarska.

W mieście i w Miasteczku

W 1970 roku społeczeństwo miasta Miasteczko Krajeńskie ufundowało i wręczyło jednostce sztandar.

 

To podkreślenie, że Miasteczko było wtedy miastem jest istotne, bo krótko potem miejscowość prawa miejskie utraciła i obecnie trwają starania, by na nowo miastem się stało.

Kolejne lata to kolejne, coraz lepsze i nowsze wozy bojowe, coraz większe wyzwania stojące przed druhami ochotnikami. I nie wiadomo kiedy siedemdziesiąt dwa lata strażackiej służby panu Józefowi stuknęło.

Wszystkie możliwe odznaczenia strażackie dostał, w tym medal honorowy im. Bolesława Chomicza. Wszystkimi się cieszy i wszystkimi się chwali, także tymi z lat słusznie minionych, bo ustrój ustrojem, a straż zawsze bezpartyjna była i służyć miała Bogu na chwałę, a ludziom na pożytek.

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

 

Już bym nie nadążył za tą nowoczesnością, za tymi zmianami, ale cieszę się jak widzę, jak prężnie działają moi następcy. – Józef Dorsz podkreśla, że kolejny prezes Augustyn Mueller gruszek w popiele nie zasypuje i dba o to, by jednostka się rozwijała.

 

Ochotnicza Straż Pożarna w Miasteczku Krajeńskim jest w Krajowym Systemie Ratowniczo-Gaśniczym i do akcji wystawia Stara GBA (2500 l), Mercedesa GBA-Rt (4300 l) i drabinę Magirus SD30.

 

Oprócz druhów coraz częściej do akcji kobiety jeżdżą, bo druhenek w OSP przybyło, szkolenie podstawowe przeszły i swój czas na niesienie pomocy bliźnim poświęcają.

Świat się zmienia, straż się zmienia. Nie zmienia się tylko to, że człowiek w potrzebie chce liczyć na kogoś, kto z serca i z pełnym profesjonalizmem przyjdzie mu z pomocą.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
10
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0