fot. Marta Konek

Szlakiem popielic, wrzosów i wydm w środku lasu

Jak opisać popielicę? Wyobraźcie sobie mysz z ogonem wiewiórki. Szarą, ciekawską, budzącą się do życia nocą, z prześlicznymi, długimi wąsami, które ułatwiają jej żerowanie i poruszanie się w ciemności. Ruchliwą, a jednocześnie przesypiającą większą część życia – w sen zimowy zapada już na przełomie września i października, a budzi się późną wiosną, bo dopiero w maju.

Popielice wybierają najsmaczniejsze, najdojrzalsze owoce. Żerują na gałązkach, a jeśli jabłko spadnie im na ziemię, nie schodzą, żeby zjeść je do końca, tylko wybierają kolejne. 

 

Jak ktoś wie, jakie ślady zostawiają zęby popielic, to może śmiało wziąć takie leżące pod drzewem jabłko i na pewno będzie najlepsze i najsłodsze ze wszystkich – mówi Jarek Śmierzchalski, gospodarz Ośrodka Edukacji Przyrodniczej w Chalinie - popielice to wybredne zwierzątka i byle czego nie zjedzą.

 

Chalin jest jednym z miejsc, gdzie prowadzona jest reintrodukcja tego gatunku. Do ośrodka położonego w Sierakowskim Parku Krajobrazowym przyjeżdżają studenci, którzy pod okiem profesora Mirosława Jurczyszyna zakładają żywołapki i sprawdzają, w jakiej kondycji jest populacja miejscowych popielic.

 

Ośrodek Edukacji Przyrodniczej w Chalinie, fot. Marta Konek

Ośrodek Edukacji Przyrodniczej w Chalinie, fot. Marta Konek

Żeby zachęcić zwierzątka do wejścia do żywołapek, używa się masła orzechowego (kto słyszał opowieść Marcina Kostrzyńskiego o masełku, ten wie, że masełko jest najważniejsze).

W Chalinie częstuje się nas anegdotą, jak to profesor masło orzechowe miesza z piaskiem, bo jeszcze bardziej niż popielice ten przysmak uwielbiają studenci. 

Niedaleko pada jabłko od jabłoni

Popielica, nazywana pilchem, choć z zasady żywi się owocami i nasionami drzew, nie pogardzi gąsienicami, ślimakami, dżdżownicami czy żabami. W Chalinie korzysta z bogactwa owocowych alei, bo przy polnych drogach prowadzących do ośrodka rosną stare odmiany jabłoni.

Te jabłonie to też nie jest przypadek, tylko troskliwie pielęgnowane dziedzictwo kulturowe regionu. W Ośrodku Edukacji Przyrodniczej w Chalinie utworzono Ekspozycję Starych Odmian Drzew Owocowych, gdzie można zobaczyć antonówki, boskopy, grafsztynki, malinówki czy papierówki. W sumie pięćdziesiąt różnych odmian. Młode drzewka sadzone są także wzdłuż polnych dróg.

 

Okolice Sierakowa, fot. Marta Konek

Okolice Sierakowa, fot. Marta Konek

To jest syzyfowa praca, bo z powodu suszy nie wszystkie jabłonki mają szansę się przyjąć, czasami rolnik przypadkiem je uszkodzi podczas prac polowych, jednak z roku na rok tych młodych, rosnących z energią drzewek jest coraz więcej.

Równocześnie pielęgnacji wymagają stare aleje. Czasami sytuację uratować może tylko radykalne cięcie, a to wiadomo, łatwe nie jest, bo jabłoniowe drewno jest twarde i sporo wysiłku trzeba włożyć w odpowiednie ukształtowanie korony.

Dlaczego warto o nie dbać? Po pierwsze, utrzymuje się charakterystyczny dla terenów wiejskich krajobraz. Po drugie, owocowe aleje tworzą naturalne szlaki migracyjne dla wielu gatunków zwierząt. Po trzecie, wzbogacają bazę żywieniową.

 

A po czwarte, i kto wie, czy nie najważniejsze – są po prostu piękne.

Wiosną, kiedy drzewka obsypane są różowo-białym kwieciem, i późnym latem, gdy gałęzie uginają się pod ciężarem owoców, spacer tymi alejami może być nie lada atrakcją turystyczną.

Czarna wdowa i biała dama

Czy widział ktoś dwór czy zamek bez własnego ducha? Chalin może się poszczycić własną białą damą! W 1615 roku za ówczesnego właściciela majątku Tomasza Śremskiego wyszła młodziutka, zaledwie czternastoletnia Barbara Brezianka. Piękna i jak się wkrótce okazało – śmiertelnie niebezpieczna. Zaledwie po dwóch miesiącach małżeńskiego pożycia pan Śremski umarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Dwa lata później młoda wdowa wyszła za Macieja Bronisza, jednak to małżeństwo już po trzech miesiącach zakończyło się rozwodem.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Co ciekawe, zaraz po rozwodzie były małżonek i jego ojciec zmarli w okrutnych boleściach. Mówiło się, że młodziutka Barbara otruła ich grzybami, które dodawała do sosów.

Trzeciego męża, Andrzeja „Skórę” z Lasu Obornickiego, który grzybowych sosów jeść nie zamierzał, Barbara ustrzeliła z krócicy.

Piękną szlachciankę chciano skazać na ścięcie mieczem. Skończyło się na wyroku skazującym na banicję i infamię, który nie został ostatecznie wykonany. Sąd Sejmowy anulował ten wyrok, prawdopodobnie za sprawą jej czwartego męża Piotra Bnińskiego herbu Łodzia.

 

To małżeństwo zakończyło się w 1661 roku, kiedy to małżonków zabił ich własny syn Stanisław Bniński.

Podobno w księżycowe noce w parku wokół ośrodka w Chalinie można zobaczyć białą postać wędrującą pomiędzy drzewami. Podobno to czarna wdowa Barbara w pięknej, białej sukni przechadza się wokół dworu i zbiera grzyby dla niechcianego męża.

Kupa kupie nierówna

W parku przy ośrodku w Chalinie mieszkają puszczyki. Gdy zapada zmrok, nawołują się pomiędzy starymi drzewami. Mają też swoje ulubione miejsca na odpoczynek. O świcie można je zobaczyć na dziuplastych lipach, gdzie mrużąc wyraziste oczy, witają dzień.

 

Puszczyk, fot. Marta Konek

Puszczyk, fot. Marta Konek

Pod drzewami można też znaleźć wypluwki, czyli obłe zlepki niestrawionych części pokarmu zwymiotowane przez sowy. Wystarczy taką wypluwkę „rozłożyć na części”, żeby znaleźć odpowiedź na pytanie, co też drapieżnik jadł na kolację.

Siedzimy w Chalinie przy tablicy o reintrodukcji popielic i pracowicie rozkładamy kosteczki wydobyte z wypluwki. Zastanawiamy się, czy przypadkiem puszczyk nie pożarł popielicy. Rozmawiamy o naszych ulubionych pójdźkach i płomykówkach. O kościach, które koleżanka Kasia miała okazję obejrzeć podczas wykopalisk. O puchaczu i wilkach, które kiedyś chciałybyśmy zobaczyć, a jeszcze lepiej sfotografować.

 

A za akacją wschodzi wielki, pomarańczowy księżyc.

Umiejętność rozpoznawania wypluwek i zwierzęcych odchodów przydała nam się dwa dni później koło Wronek. Trafiamy na pokaźną kupę wilka i z ekscytacją przyjmujemy potwierdzenie obecności drapieżników  na tym terenie od znajomego przyrodnika. Natomiast wieczorem, już po powrocie w rodzinne pielesze, nasze rozważania o odchodach i wypluwkach puentuje kolega, prezentując nam kropolit, czyli kupę skamieniałą przed wiekami.

Tędy, owędy

Szczęście mamy do ludzi spotykanych podczas podróży i szczęście mamy do miejsc, które odwiedzamy – kolejne dni pobytu w Chalinie tylko utwierdzają nas w tym przekonaniu.

 

Z ośrodka wyprawiamy się na ścieżkę dydaktyczną „Jary koło Chalina”, zachwycamy się źródliskami, spotkaniem z zimorodkiem i motylami na śródleśnych łąkach. Wschód słońca nad Jeziorem Śremskim to kolejne obserwacje – zimorodka polującego na rybi drobiazg, pary bielików i wiewiórki rozgryzającej orzechy.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

W rezerwacie przyrody „Dolina Kamionki” stajemy w pełnym podziwu milczeniu przed ogromnymi bukami i dębami. Nad doliną, w której płynie rzeczka, widzimy kanię rudą. Szybuje nad łąkami, a potem wzbija się nad wzgórza i kołuje ponad koronami drzew.

Zaglądamy do Centrum Edukacji Regionalnej i Przyrodniczej w Mniszkach. Słuchamy opowieści o tym, jak dawniej robiło się chleb, jak wyglądała praca kowala czy szewca, a potem zasiadamy w szkolnych ławach i wspominamy, jak wyglądały początki naszej edukacji.

 

Na zakończenie bierzemy w dłonie młotki i zbijamy ryczki, czyli niewielkie stołeczki, na których dawniej siadało się do dojenia krów.

W ostatni wieczór przed powrotem do domu wyprawiamy się także nieco dalej i odwiedzamy „Linie w ogniu”, czyli biesiadownię serwującą potrawy kuchni historycznej. Zamawiamy chwasty w cieście, kulebiaka i tradycyjne lody.

Wilki biegają po wrzosowiskach

Na zakończenie wyprawy do Sierakowskiego Parku Krajobrazowego odwiedzamy użytek ekologiczny „Wrzosowe wydmy” koło Wronek. To poza granicami parku, ale poleca nam to miejsce Rafał Śniegocki, dyrektor Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Wielkopolskiego. Zatrzymujemy się jak zwykle tylko na chwilę, a schodzimy z wydm po kilku godzinach.

Na piasku odczytujemy historię wydarzeń, jakie tu miały miejsce w nocy. Tropy  jaszczurek i ptasiego drobiazgu łączą się w zawiłe wzory ze śladami pełzających istot.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Gdzieniegdzie widzimy większe tropy, które jak się domyślamy, zostawiły wilki z jednej z pięciu bytujących wokół wydm watah.

Z nadzieją na dobre zdjęcie przeglądamy wrzosowiska, wypatrując skrzydlatych mieszkańców lasu.

Idziemy szlakiem na pierwszą, drugą, a potem kolejną wydmę. Obserwujemy walczące z piaskiem owady. Podziwiamy wolę przetrwania traw wyrastających na łachach piachu. Zatrzymujemy się na szczycie ostatniej wydmy i kontemplujemy widok na leśne ostępy. Przesypujemy między palcami piach i milczymy, milczymy, milczymy, chłonąc tę ciszę, piękno, spokój.