fot. Wikipedia

Teofila Działyńska – o kobiecie, której suknia wyszła poza ramy obrazu

Biała suknia Teofili Działyńskiej musiała wyglądać spektakularnie już pod igłą jakiejś anonimowej krawcowej z Poznania, Berlina, a może nawet Paryża. Słynna zaś stała się po śmierci właścicielki.

Być może już wtedy była przerobiona na wielki obrus z zestawem koronkowych serwetek, choć nie można też wykluczyć, że jeszcze za życia Teofilii zjadły ją mole.

Suknia, która straszy

Teofila Działyńska dożyła bowiem siedemdziesięciu sześciu lat. Dwukrotnie wychodziła na mąż i urodziła czwórkę dzieci, a suknia, jak widać po talii, uszyta została w jej wczesnej młodości. Niemniej należy ona do tych kreacji, które zapewniają właścicielce ponadczasową sławę i są przez wieki z nią kojarzone. Jak kreacja ślubna Diany czy mała czarna noszona przez Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany’ego”, jeśli zbliżyć się do naszych czasów.

 

Ta suknia natomiast jest słynna z tego powodu, że straszy! Choć na pewno nie krojem ani wykonaniem. Podobno od dwustu lat szeleści, jej blask rozprasza mroki nocy w kórnickim zamku, a kolor dał przydomek duchowi Teofilii Działyńskiej, nazywanej od ponad dwóch wieków Białą Damą.

Teofila Działyńska - obraz A. Pesne'a, fot. Wikipedia

Teofila Działyńska – obraz A. Pesne’a, fot. Wikipedia

Sama Teofila Działyńska to kobieta niezwykle interesująca z ciekawym życiorysem, ale równie dobrze można powiedzieć, że na wskroś przyziemna. Pani na zamku w Kórniku. Zamku, który wraz z dobrami zwyczajnie odziedziczyła po śmierci rodziców, i którym to majątkiem przez całe życie zarządzała. Wyjątkowo dobrze i gospodarnie, co podkreślają wszyscy jej biografowie. Jeszcze przyjdzie czas o tym wspomnieć, bo to się niezwykle kobiecie, arystokratce chwali, ale teraz chciałabym napisać przede wszystkim o jej portrecie, bo nie mam cienia wątpliwości, że nie życiorys ani nie majątek wpłynął na to, że Teofila Działyńska została jedną z najsłynniejszych zjaw w Polsce. Oczywiście własny zamek ułatwia przechodzenie się po nim tak za życia, jak i po śmierci, ale w tym przypadku wyobraźnię musiał pobudzać wizerunek właścicielki uwieczniony na płótnie, a nie jej pracowite życie.

Pesne czy nie Pesne

Portret ten przypisywany jest francuskiemu malarzowi doby rokoka Antoine’owi Pesne’owi. Artysta to był niepośledni, członek Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby i nadworny malarz królów pruskich. Zachowało się bardzo wiele jego obrazów i parę z nich zdobi również polskie muzea. Wystarczy zobaczyć kilka z nich, by się zorientować, że Antoine Pesne na proporcjach się znał i tu błędów raczej nie popełniał.

 

A tego o portrecie Teofili Działyńskiej powiedzieć nie można. Talia, noga, głowa są ze sobą niezgrabnie połączone i ciężko by się było na tej konstrukcji utrzymać w pionie. Bezpieczniej więc będzie przyznać, jak w niektórych publikacjach, że obraz powstał w kręgach malarskich Antoine’a Pesne’a. Równie dobrze ktoś z zupełnie innych kręgów mógł wykonać kopię istniejącego wcześniej dzieła, oryginał zaś zaginął.

Zamek w Kórniku w czasach Białej Damy, fot. Wikipedia

Zamek w Kórniku w czasach Białej Damy, fot. Wikipedia

Tak czy inaczej portret ten z Pesne’em łączyć można. Po pierwsze Teofilę Działyńską stać było na tej rangi malarza. Mogła też zamawiać kopii do woli. Była to częsta praktyka. Jeśli się właścicielowi jakiś własny portret spodobał, to kazał go kopiować, czasami wielokrotnie. Przede wszystkim dlatego, że taki zamawiający posiadał niejedną nieruchomość, którą należało ozdobić, przypominając przy tym, kto jest jej właścicielem. Równie często portretowany pragnął uradować kogoś z rodziny lub przyjaciół swoją podobizną. Jest to zrozumiałe, pozowanie do portretu jest męczące i zawsze zachodzi ryzyko niezadowolenia z „ujęcia tematu”, bezpieczniej więc było wykorzystać zaakceptowany już wcześniej wizerunek.

Znikające zmarszczki

O rokokowych portretach osiemnastowiecznych dam dużo czytałam, przygotowując się do napisania kryminału z konserwatorką sztuki jako jedną z dwóch głównych postaci, stąd też wiele mi wiadomo o ówczesnych praktykach. Dla przykładu dwie historie, które wyjątkowo mnie zaciekawiły. Jedna z nich dotyczy portretu Anny ze Scypionów Szaniawskiej. Przez lata historycy sztuki i znawcy epoki zastanawiali się, dlaczego wyraźnie młoda dziewczyna na sobie suknię i fryzurę modną dwadzieścia lat później, a portret ten malował nie byle kto, bo sam mistrz Marcello Bacciarelli. Niektórzy pisali o wyjątkowo infantylnej urodzie Anny Szaniawskiej, którą utrzymała do śmierci, ale jest to tłumaczenie, które budzi uśmiech tak samo jak znikające zmarszczki na twarzach kobiet z okładek czasopism. Powód i tłumaczenie zbliżone. Na szczęście współczesne możliwości obejrzenia nie tylko pierwszej warstwy obrazu dały odpowiedź na tę zagadkę. Wszystko bowiem odbyło się zgoła inaczej. Malarz nie wygładzał zmarszczek wiekowej już Annie, tylko ona zażyczyła sobie przemalowania istniejącego już obrazu. Kazała przemalować płótno tak, by zostawić wcześniej uwiecznioną twarz (bo po co to zmieniać), a domalować już znacznie modniejszą sukienkę i uczesanie. Być może też jej samej znudziło się patrzeć na siebie w starym ubraniu. Nie zapominała również poprosić o domalowanie kosztownej biżuterii.

 

Anna ze Scypionów Szaniawska, fot. Wikipedia

Anna ze Scypionów Szaniawska, fot. Wikipedia

Młodej dziewczynie wystarczyły kwiatki we włosach, ale dwadzieścia lat później już niekoniecznie. Cóż, przyszedł taki moment, gdy gustowniejsze wydały się kamienie i perły, a nie płatki. Konserwatorzy zgodnie ze swoją sztuką przywrócili pierwotny wygląd obrazu, czyli Anna ze Scypionów Szaniawska pozostanie już na wieki młoda w różowej sukience, pasującej do jej wieku i czasu, w którym wizerunek ów powstał. Na szczęście są osiemnastowieczne kopie zrobione z tej drugiej wersji, można więc podziwiać obie kreacje.

Druga ciekawostka. Pisząc kryminał, interesowały mnie głównie portrety miniaturowe. Zależało mi na tym, żeby zaginął mały, kosztowny bibelot, taki, który łatwo ukraść, chowając do kieszeni. Poszukując odpowiedniej postaci, natknęłam się na Annę Rajecką, niezwykle ciekawą malarkę czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego. Była pierwszą kobietą, która otrzymała królewskie stypendium malarskie i pierwszą artystką, nie tylko kobietą, która wystawiała swe prace na Salonie Paryskim. Mnie szczególnie zaciekawił portret „Dziewczyny z gołąbkiem”, zwany też „Alegorią utraconej niewinności”. Przedstawia on młodą kobietę z głową na poduszce, nagimi piersiami i gołąbkiem w ręku. Odkryto całkiem niedawno, że obraz ten może przedstawiać Rozalię z Chodkiewiczów Lubomirską, a to już bardzo intrygująca historia, bo… Anna Rajecka, by niejako rozliczyć stypendium i jednocześnie zdawać królowi relację z postępów w nauce rzemiosła, słała mu z Paryża do Warszawy swoje prace, które on oglądał i oceniał. Rajecka musiała spotkać przybyłą do Paryża młodziutką Rozalię. Ta, mimo że już zamężna, była w Poniatowskim szaleńczo zakochana. Jeśli więc to ona zapozowała do „Alegorii utraconej niewinności” i w tenże sposób za pośrednictwem Anny Rajeckiej posłała królowi swój niezwykle piękny i nagi wizerunek, to mamy w tle portretu już zupełnie inną opowieść i inny podtekst. Może wyznanie, może przypomnienie… kto wie? Postać samej Rozalii jest również tragicznie fascynująca, ponieważ to jedyna Polka, która straciła głowę pod ostrzem gilotyny. Niestety, młodziutka dziewczyna i matka znalazła się w Paryżu w niedobrym towarzystwie i niedobrym momencie. Polskiego króla już więcej nie zobaczyła.

Biała dama

Wróćmy do Teofili. Kobiety z czasów oświecenia ze swoimi małżeństwami, romansami, zakulisowymi działaniami były wyjątkowe. Wystarczy jeszcze na koniec tylko wspomnieć, że taka Józefina Amalia Potocka, malarka, kolekcjonerka, pani na włościach wielkości niemałego księstwa, miała trzynaścioro dzieci, z czego tylko trójkę przypisywano jej prawowitemu mężowi, o czym on doskonale wiedział. Na tym tle nasza wielkopolska Teofila Działyńska, choć owdowiała, powtórnie wyszła za mąż i nawet się rozwiodła, wypada trochę blado. Nikt jej też tego rozwodu zbytnio nie wyrzucał. Młodszy i niezbyt posażny małżonek okazał się rozrzutny i nie za bardzo wierny. Po tym rozwodzie Teofila już nie eksperymentowała. Do końca życia samodzielnie zajmowała się własnym majątkiem i była wybitna w tej roli. Doprowadziła Kórnik i sąsiedni Bnin do wielkiego rozkwitu. Jako jedna z pierwszych zastąpiła pańszczyznę czynszem dzierżawnym (podobno chłopi stali pod bramą zamku w kolejce, by i ich objęła w swoje zarządzanie). Budowała mosty, wiatraki, prowadziła remonty. Wprowadziła osadnictwo niemieckie, by koloniści zagospodarowali nieużywane ziemię. Była otwarta na wszystkie wyznania. Współpracowała z Żydami, zbudowała zbór dla ewangelików i wyremontowała kościół dla katolików. Mąż po rozwodzie nie omieszkał rzucać na nią oskarżeń, rozpowiadając, że miała romans i z kórnickim proboszczem, i z ewangelickim pastorem z Bnina, ciekawe to, ale kto by tam wierzył porzuconemu małżonkowi.

 

Antoin Pesne - Autoportret z córkami, fot. Wikipedia

Antoin Pesne – Autoportret z córkami, fot. Wikipedia

Zresztą to nie romanse czy historie miłosne, jeśli nawet były, posłużyły za kanwę legendy zawiązanej z Białą Damą. Według niej bowiem duch Teofilii Działyńskiej nie może zaznać spokoju i tuła się po swoich dobrach w związku z rozbiórką. Podobno za życia kazała rozebrać średniowieczne ruiny zamku Górków, a cegłę rozdała mieszkańcom na budowę kominów. Komuś taka przedsiębiorczość mogła się nie spodobać w rzeczywistości, a według legendy Teofila podpadła diabłom strzegącym tam skarbów.

Legenda miła i niezbyt groźna, i co ciekawe, powstała już po tym, jak Tytus Działyński, kolejny właściciel zamku, sześćdziesiąt parę lat po śmierci Teofili sprowadził jej portret do Kórnika. Do tego czasu wisiał on w kościele w Runowie Krajeńskim. Podobno Tytus obiecał proboszczowi renowację dwóch kościelnych obrazów za ten portret swojej stryjecznej babki, więc zależało mu na tym, żeby wróciła na zamek. Obraz musiał robić wrażenie, a już na pewno ta suknia. Suknia bowiem jest centrum całego przedstawienia. Spódnica jest tak obszerna, że nie mieści się w ramach. Całości nie jest w stanie przysłonić nawet rozłożysty czarny płaszcz, podbity po królewsku gronostajami. I nie budzi wątpliwości fakt, że cała ta kreacja ma za zadanie podkreślić nienaturalnie wąską talię właścicielki. Dziś byśmy powiedzieli, że „grafik trochę przesadził”, ale i teraz, i kiedyś jasne jest, co portretowana osoba uważała za swój atut i co chciała zaznaczyć, nie martwiąc się o przesadę.  

 

Anna Rajecka - Dziewczyna z gołąbkiem, fot. Wikipedia

Anna Rajecka – Dziewczyna z gołąbkiem, fot. Wikipedia

Patrząc na duży format portretu i dominującą biel sukni, skóry i włosów Teofili Działyńskiej, nie można się dziwić, że od czasu gdy zagościła na zamku, każdy szelest, skrzypienie podłogi i jaśniejszy cień przesuwający się po parku przypisywany jest postaci, która nocami wychodzi poza ramy własnego obrazu. Podobno po dzień dzisiejszy.

I bardzo dobrze się składa, bo Biała Dama rozsławia Kórnik, a dla młodszego pokolenia stanowi argument, że to nie, skądinąd wspaniała, J.K. Rowling pierwsza zauważyła, że stare portrety ożywają nocami.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
3
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0