fot. Archiwum redakcji

Tradycje elektryfikacji

Gdy zagraniczne podróże nie są taką oczywistością, tym cenniejszą inicjatywą jest festiwal w myśl hasła „wsłuchaj się w świat”, przybliżający muzykę z innych krajów lub nawet kontynentów.

Tkwiąc w ramach…

 

Akurat przed rozpoczęciem Ethno Portu kończyłem czytać „Hungry Listening” Dylana Robinsona, książkę traktującą o niełatwych spotkaniach muzyki określanej jako akademicka i tej nazywanej etniczną, tradycyjną, folkową lub ludową. Pośród wielu interesujących wątków był tam też fragment, w którym autor opisywał standardową sytuację koncertową, z wieloma konwenansami oraz podziałem na scenę i widownię, kwestionując jej naturalność i sugerując, że ów schemat, wypracowany w ramach systemu komponowanej muzyki klasycznej, nie służy każdemu gatunkowi czy rodzajowi.

 

Wybudził tym od dawna trawiące mnie wątpliwości, które często wracają czkawką w różnych okolicznościach obcowania z nieprzystawalnością koncertowej treści do formy.

Być może dlatego, że były już rozbudzone, to ochoczo wysunęły się na czoło już pierwszego dnia festiwalu. Marszczyły mi je zwłaszcza podczas ostatniego koncertu – francuska grupa Super Parquet łączyła tradycyjne tematy z Masywu Centralnego z rytmiczną elektroniką faktycznie mogącą zapełnić parkiet. W te tony zresztą uderzył już Maciej Rychły, ze swadą zapowiadający występy, pytając niby żartem, czemu w zamkowej Sali Wielkiej ustawione są krzesła.

 

Ethno Port Poznań 2019, fot. Rafał Cielek

Po koncercie usłyszeliśmy, że krzesła muszą być ze względu na obostrzenia pandemiczne, ale takie wytłumaczenie nie do końca mnie przekonuje, bo przecież wydarzenia były biletowane, więc liczba wpuszczanych osób była ograniczona.

Już chwilę po tym jak Francuzi zaczęli muzykować, było jasne, że trudno będzie usiedzieć na miejscu. Niektórzy kiwali się na siedząco, ale takie półśrodki nie wystarczają na długo, więc zaczęło się wstawanie i podrygiwanie. A potem, gdy zapowiedziano, że kolejny utwór opiera się na temacie, który zwykle przekładano na taniec kołowy – wspólnotowe poruszenie wśród porozsuwanych krzeseł. Ciekawie było obserwować, że niektórzy swoje ruchy opierają na wiekowych warstwach melodii, a inni kierują się rytmem wyznaczanym przez współczesny element elektroniczny.

O sukcesie propozycji francuskiego kwartetu zadecydowało to, że nowe tak swobodnie splatało się z dawnym. Elektronika nie była na siłę nowoczesna, nie świeciła i nie migotała, ale oblepiała i drapała. Doceniam też to, że powstrzymali się od łatwego rozwiązania, czyli podbijania wszystkiego równym „klubowym” beatem – a nie byłoby trudno to zastosować i na pewno uprzystępniłoby to muzykę.

 

Tym bardziej wyrazy uznania za nieułatwianie sobie i niechodzenie utartymi szlakami, tylko karczowanie własnej ścieżki.

Zafascynowany, po wielokrotnym przesłuchaniu obu wydawnictw Super Parquet dostępnych na Bandcampie, czekam na nowy album, który już jest podobno na ukończeniu. Oczekiwanie umilam sobie poznawaniem innych przedsięwzięć członków zespołu, jak choćby La Preyra czy Jéricho, co z kolei przypomina mi, że są oni częścią większej fali nowotradycyjnych twórców skupionych wokół wytwórni Pagans i La Nòvia, które korzystając z okazji, serdecznie reklamuję.

 

Tym razem bez otwartych koncertów

 

Przyczepiając się do nieadekwatności takiego zasiadanego układu (który na pewno nie pomógł, ale też, jak się okazuje, nie zaszkodził tej porywającej muzyce), nie żądam niemożliwego, nie twierdzę, że Super Parquet może grać tylko w stodole czy na polanie. Rozumiem okoliczności, rozumiem, że do dyspozycji była tylko Sala Wielka lub zamkowy dziedziniec, jednak mniej rozumiem, dlaczego zrezygnowano z odbywających się podczas poprzednich edycji otwartych koncertów przed Zamkiem. Choćby jedno takie wydarzenie byłoby miłym gestem, symbolicznym wyjściem w miasto, może skłoniłoby kogoś niekoniecznie obeznanego do wejścia w festiwal, a przecież mógłby to być koncert niewymagający budowania sceny, tylko w formie dajmy na to parady czy korowodu, wprowadzających w Ethno Port.

 

Vardan Hovanissian & Emre Gültekin „Adana” podczas jednej z wcześniejszych edycji festiwalu, fot. Maciej Kaczyński, CK ZAMEK

Swoje czujne oczka wątpliwości poczęły roztwierać już podczas wcześniejszego występu Waed Bouhasssoun, choć sama muzyka mogłaby służyć usypianiu – a to absolutnie nie zarzut!

Zwłaszcza początek, gdy Syryjka była sama na scenie ze swoim głosem i lutnią ud. Ale to zupełnie nie działało na niektóre szkraby będące mimowolnymi uczestnikami festiwalu dzięki zapałowi ich rodzicieli. Rozumiem okoliczności, rozumiem, że należy dzieci od najmłodszych lat zaznajamiać z kulturą, jednak mniej rozumiem rodziców, którzy widząc, że latorośl nie jest zainteresowana, a do tego przeszkadza innym w odbiorze, uparcie obstają przy swoim.

Niestety z tego występu niewiele wyniosłem, choć pamiętam energetyczne momenty, gdy do solistki dołączyli Neset Kutas (instrumenty perkusyjne) i Emine Bostanci (kemençe). Jednak moją uwagę bardziej pochłaniały dokazywanie bąbelków i dumanie nad tym, czy nie lepiej byłoby zamienić miejscem i kolejnością ten koncert z Super Parquet (którzy grali potem) lub Maiją Kauhanen (która grała przedtem).

Po postmodernizmie

Trzeba jednak przyznać, że Finka, jedna z tych osób, które miały wystąpić na zeszłorocznej edycji, dobrze sprawdziła się w funkcji inauguracyjnej. Nie dość, że jej muzyka była przystępna i komunikatywna, to artystka opowiadała o swoim instrumencie, czyli fińskiej odmianie cytry kantele, a do tego streszczała teksty utworów.

 

Dzięki temu można było nie tylko zachwycać się jej głosem, ale też wejść głębiej w ten świat pełen silnych emocji.

Kauhanen wróciła na scenę następnego dnia, jako część Okra Playground. Niestety w tej odsłonie owa przystępność, którą w wydaniu solowym równoważyła powściągliwość, została podkręcona i wypolerowana, co poskutkowało gładką ładnością. Gdy przy czwartym utworze, zbyt podobnym do poprzednich,  zbieraliśmy się do opuszczenia sali, kolega rzucił: „fińskie Brathanki”. Zapewne był niesprawiedliwy i przesadził, ale jakoś nie wykrzesałem z siebie zapału, żeby się z nim spierać.

Nie ma się czym chwalić, ale z reporterskiego obowiązku przyznam, że była to już druga rejterada tego dnia. Wcześniej polegliśmy przed obliczem multikulturowej wizji tria Masar, którego pełne zapału muzykowanie zabrzmiało jak powrót do przeszłości, ale tej słusznie minionej – lat 80., kiedy to w bólach rodziło się world music, któremu akuszerowali marketingowcy i spece od PR firm płytowych.

 

Tarek Abdallah & Adel Shams El Din podczas jednej z wcześniejszych edycji festiwalu, fot. Maciej Kaczyński, CK ZAMEK

Po postmodernizmie już chyba nie potrzebujemy przekonywania, że wszystko można połączyć ze wszystkim, ale czy „można” równa się z miejsca „trzeba”?

Z tymi wątpliwościami borykałem się podczas występu Amine’a Mraihiego, Prabhu Edouarda i Sylvaina Barou. Nie jestem pewien, czy pierwszy z nich, będący pomysłodawcą spotkania, grał tego dnia na zelektryfikowanej wersji ud, instrumentu, którego jest ponoć mistrzem, czy też po prostu na gitarze elektrycznej. Na pewno robił to z werwą i aparycją godną rockmana, we wstęgach wybrzmień tonęły nawiązania do bliskowschodniej melodyki, za to budziły się demony rocka progresywnego.

 

Wykwity fletu Barou i tradycyjne indyjskie perkusjonalia Edouarda zgodnie z prawidłami jakiejś nieznanej mi logiki miały pasować do tego zakurzonego kożucha.

Gdy Miraihi pod koniec powiedział, że wspólne granie sprawia im wielką przyjemność – pomyślałem, że dobrze, że chociaż komuś. Ale tu ja jestem wielce niesprawiedliwy, bo publiczność była zachwycona, pewnie nie tylko tym, że Miraihi całkiem dobrze mówił po polsku, a Edouard wciągnął ją w perkusyjno-wokalną grę.

Żeby zamknąć rozdział wstydliwych wyznań, dorzucę Cimbalom Brothers, których opuściłem po kilkunastu minutach. Ale Węgrzy na szczęście nie dali po sobie poznać, że się tym przejęli i kontynuowali swoją pełną fajerwerków wyczynową grę. Może zapytany znienacka, nie umiałbym wyznaczyć wyraźnej granicy między graniem wirtuozerskim a popisowym, ale siedząc na tym koncercie, czułem, że została ona przekroczona.

Mógłbym się też próbować tłumaczyć tym, że mój akumulator został wcześniej zasilony przez kwintet Zawierucha i nie miałem już miejsca na więcej. Nazwa zespołu zainicjowanego przez Piotra Zgorzelskiego nie była obietnicą bez pokrycia i spora część publiczności dała się porwać w tany. Ja wolałem skupić się na kunszcie instrumentalistów, a było na czym. Wspaniale było słuchać (ale także przypatrywać się) grze Marcina Drabika i Kacpra Malisza.

 

GRAMY! Podhalańscy muzycy tradycyjnie i folkowo podczas jednej w wcześniejszych edycji festiwalu, fot. Maciej Kaczyński, CK ZAMEK

Dwóch równorzędnych skrzypków to nietypowe rozwiązanie, ale tutaj miało sens. To, co grali, zarazem ze sobą rywalizowało i organicznie uzupełniało i splatało w całość. W pamięć zapadła mi też czujna, jednocześnie wyluzowana i trzymająca w napięciu, gra perkusisty Kamila Siciaka na zestawie kojarzącym się z używanym w muzyce ludowej dżazem.

Fundament, jaki budowali z cichym bohaterem tego koncertu, kontrabasistą Michałem Aftyką, przywodził mi na myśl nieodżałowany zespół Robotobibok czy, z bliższych stylistycznie rejonów, Polmuz. Zupełnie inny rodzaj energii wypełniał salę podczas występu drugiego reprezentanta Polski na festiwalu. Trio Wernyhora zabrało nas w Karpaty, przypominając pieśni Łemków, Bojków i Hucułów, a wokalistka Daria Kosiek chętnie wprowadzała w ten odległy jednak świat. Muzykę pięknie uzupełniały wysmakowane wizualizacje VJ Tonda Kinoko.

W jednym z utworów Wernyhory zaskoczyły mnie skrzypcowe repetycje, których nie powstydziłby się Steve Reich. Skojarzenie z amerykańskim minimalizmem niespodziewanie pojawiło się podczas występu Trio Da Kali, gdy dołączył do nich kwartet smyczkowy złożony z członków poznańskiego Sepia Ensemble. Jak rozumiem, było to pierwsze spotkanie tych muzyków, więc trudno się dziwić, że smyczki były tutaj dodatkiem kolorystycznym i nie wywołały rewolucji w strukturze utworów zaproponowanych przez trio z Mali. Jednak, jeśli współpraca będzie kontynuowana, to może dojść do czegoś naprawdę intrygującego.

 

Ethno Port Poznań 2019, fot. Rafał Cielek

Tak jak dzieje się to w pogłębionym dialogu Anglika Justina Adamsa i Włocha Mauro Durante, których połączyła fascynacja transowymi rytmami tarantelli, a dokładniej jej odmiany z regionu Salento zwanej pizzica.

Włoską połowę duetu, członka Canzoniere Grecanico Salentino, ethnoportowi bywalcy poznali już w 2013 roku. Muszę przyznać, że miałem pewne obawy związane z drugą składową, jako że Adams to gitarzysta, współpracownik Roberta Planta. Na szczęście martwiłem się na zapas, być może niemłody już Anglik zdążył się wyszaleć i teraz gra tylko te dźwięki, które trzeba.

Jego oszczędny, ale niezwykle zniuansowany, akompaniament zbliżał się czasem do pulsu muzyki z zachodniej Afryki i liry ngoni, którą słyszeliśmy u Trio Da Kali. Imponowało mi, ile zostawiał miejsca śpiewającemu, grającemu na skrzypcach i bębnie obręczowym Durante, a mimo to miałem wrażenie idealnego balansu, bo jego wkład był zawsze obecny, nawet jeśli tylko u podstawy. Muzycy nawiązali też świetny kontakt z publicznością, bez wdzięczenia się, ale dając wyraz swojej szczerej radości z możliwości bycia z nami i dzielenia się swoją pasją.

 

Był to też nieoczywisty koncert finałowy, ukazujący to bezpretensjonalne i angażujące oblicze festiwalu.

Uderzyło mnie to szczególnie pewnie dlatego, że przed nim obserwowałem pokaz The Sero, którzy są zapewne mistrzami w swoim fachu i fragmentom z koreańskiej opery pansori, które zaprezentowali, trudno coś zarzucić. Ale jednak, choć brzmienia były cudowne, to bardziej właśnie obserwowałem i czułem się jak na wyciecze w muzeum. W dodatku takim, gdzie pod eksponatami nie ma podpisów. Jakiekolwiek wprowadzenia czy streszczenia (czy rojąc o wyświetlaniu tłumaczeń tekstów, żądam niemożliwego?) byłyby niezwykle mile widziane i pewnie zaradziłyby wrażeniu powierzchownego odbioru choć trochę.