fot. materiały prasowe

Twarze literatury: Duszpasterz i pani Zofia

Nic z tego, żadnych sensacji. Wymienione w tytule osoby nie znają się, a nawet zapewne nie słyszały o sobie. Nie jestem pewien, czy umiałyby się polubić.

Coś je jednak łączy, nawet dużo. Mieszkają na obrzeżach Wielkopolski, pani Zofia w Chodzieży, a Jurek w Drezdenku. Piszą wiersze – Jurek od dawna i dużo, a pani Zofia, choć również od dawna, to raczej mało.

 

Oboje poświęcili się nauczaniu, Jurek o Chrystusie i życiu w zgodzie ze sobą, a pani Zofia o literaturze, czyli o wszystkim, czego do zgody z samym sobą sprowadzić się nie da. Wreszcie – oboje są nad wyraz charyzmatyczni.

O księdzu Jurku usłyszałem najpierw od swoich studentów z Drezdenka, z którymi po paru latach znajomości blisko się zaprzyjaźniłem. Mówili: Jurek, ksiądz, pisarz, czytelnik, rozmówca, świetny facet. I czuło się w tych słowach nutę prawdziwego oddania, a nie czuło się cielęcej fascynacji, która dość często przytrafia się młodzieży poszukującej w księżach zastępczych ojców. Od początku wydawało mi się, że chodzi o żywy, równorzędny dialog, w którym obie strony są siebie tak samo ciekawe.

O pani Zofii dowiedziałem się od innej wspaniałej Zofii. Profesor Trojanowiczowa pokazała mi wiersze swojej koleżanki ze studiów. Była w nich jakaś siła nielicząca się z konwencjami, a już zwłaszcza z modą na taką czy inną poezję. Moc życia, które miało czas, by przekonać się, czym jest, co je niesie, a co tłamsi. Pod wpływem tej lekcji o tyle dziwnej, bo nieprzeprowadzonej przez znaną w swoim środowisku licealną profesorkę, lecz odebranej – w ratach – przez dziesiątki lat, pani Zofia zaczęła udzielać się w środowisku poznańskich literatów.

Najpierw – będąc już na emeryturze – zjawiła się na warsztatach z pisania wierszy. Usiadła w ławce z licealistkami, studentami, młodym facetem w garniturze, który nosił się z zamiarem porzucenia dla literatury dobrej posady w banku (jego żona przypominała nieszczęsne kobiety, które starają się wyciągnąć swych mężów-pijaków ze spelunek, gdzie marnuje się pieniądze, zdrowie i przyszłość).

Pani Zofia była od nich dużo starsza, pani Zofia była od nich dużo młodsza. Sądząc po tym, co mówiła i jak, poważny wiek nie zawsze skazuje nas na bycie nudziarzami zapatrzonymi we własną rzekomą mądrość.

 

Przekształcić doświadczenie w ciekawość, posłuchać uważnie innych, także mimo ich nieskrywanej naiwności, otworzyć się samemu, zaryzykować autorytet swych siwych włosów – to więcej niż sztuka, to dar. Bohaterka niniejszego tekstu talentu do bycia z ludźmi dostała całą furę.

Objawia się podczas niezliczonych spotkań poetyckich, których pani Zofia – mimo prawie stu kilometrów, które dzielą jej dom od Poznania – stara się nie opuszczać. Prawie zawsze zabiera głos, prawie zawsze jest to najważniejszy głos wieczoru. Przy tym swobody, z jaką się nosi i porozumiewa z innymi, nie okupuje choćby krztyną trzpiotowatości. Żadnego mizdrzenia się, sama bystrość i klasa.

 

Jurek jest cichszy, może po prostu nieśmiały. Nie do przesady, lecz wyczuwalnie. Delikatny, uważny, rozumiejący, jednak nie mimoza.

Jerzy Hajduga, „jeszcze”, Tercja.com 2018

Musi być z niego dobry spowiednik – zauważył ktoś ze wspólnych znajomych. Samokrytyczny, mający do siebie dystans, człowiek literatury, a zatem nieskory do gorszenia się z byle powodu, nadaje się do tego, by namyślać się nad pobudkami wątpliwych uczynków, a nie kategorycznie je potępiać i odrzucać. Obserwacja spod oka, odrobinę ironiczna, trochę zaczepna, a obok kontemplacja, także pisana małą literą, nieodświętna, odruchowa, praktykowana bez zadęcia – oto dwie mistrzynie księdza Jurka.

Tak go sobie wyobrażam, nie będąc pewnym, ile portret ten zawdzięcza kilku z nim spotkaniom, a w jakim stopniu wynika z jego wierszy. W zbiorku „Jeszcze”, jednym z dwóch, które wydał w kończącym się roku, sporo krótkich utworów, prawie aforyzmów, dających do myślenia o jakim „jeszcze” w nich mowa.

Czy intencją autora było stwierdzenie, że pomimo roboty wykonywanej przez czas, nadal, ciągle, być może resztką sił, kręci się pośród jeszcze żywych i zajętych swoimi sprawami?

 

Albo inaczej – czy tytułowe „jeszcze” uznać należy za wezwanie i wyzwanie, rzucone przemijaniu i słabnięciu, wyraz apetytu na życie?

To drugie jest mało prawdopodobne, za dużo tu tonu elegijnego, wspomnień matki i dzieciństwa, figur powrotu do stanu niewinności, dyskretnego rozstawania się z przyszłością: „ryczy nocne niebo/ w ciągu dnia// wracam do łóżka/ łóżeczka// do siebie”. Jakby Jurek w charakterystyczny dla siebie sposób, aluzyjnie, wytyczał końcowy odcinek swej drogi.

Zofia Grabowska-Andrijew, „To wszystko człowiek”, Wydawnictwo Miejskie Posnania, Poznań 2018

W wierszach pani Zofii występują podobne przeczucia, lecz wyrażone zupełnie inaczej: „niebo gwiaździste nade mną/ dziecięca ciekawość we mnie/ choć mam tysiące lat/ wciąż stoję na progu/ patrzę w kosmiczny mrok/ i rozpalam wyobraźnię/ aby przeniknąć tajemnicę/ nim wykonam kolejny krok/ w nieznane”. Głód i ciekawość dalszego ciągu dają tym utworom mnóstwo energii. W zbiorze „To wszystko człowiek” znajdziemy wyznania, erotyki, obrazy i obrazki, interwencje społeczne, małe moralitety. Wiersze krzepkie, komunikatywne, dalekie od oczywistości i równie dalekie od wszystkoznaczącej ironii. Pani Zofia nie zastawia na czytelnika pułapek, nie prowadzi go na manowce, ale – zwyczajem ludzi, którzy nie chcą przystać na świat bez sensu i bez prawdy – sporo od niego wymaga, w tym również surowości w spojrzeniu na samego siebie: „Ruchome słupy ogłoszeń, żywe manekiny – my./ Który wśród nich to ja, który on, który ty?”.

Czy poeci, o których tu mowa są poetami wybitnymi? Czy należy im się lepsze miejsce na portrecie zbiorowym liryki współczesnej?

Odpowiedź jest co najmniej zbędna. W tomikach obojga znaleźć da się perełki i wiele rzeczy słabszych. Ksiądz Jerzy bodaj za bardzo wierzy w krótką formę, tymczasem aforystyka jest zwodnicza, iście diabelska, gdyż – obiecując specjalną szansę trafienia w sedno – często wpuszcza w komunały, a pani Zofia mogłaby zrezygnować z publikowania części kawałków. Szkopuł w tym, że wolność w poezji polega także i na prawie do odmowy rywalizacji o prymat, na prawie autora do bycia sobą, wreszcie na prawie do pielęgnowania nadziei, że bycie po swojemu wyda się komuś przejmujące i ciekawe. Więc niechże terror oceniania (ewaluacji, parametryzacji), czyli zew krwi w dzisiejszym wydaniu, nie przestępuje przez progi wiersza.

Ksiądz Jerzy Hajduga i pani Zofia Grabowska-Andrijew – odnotujmy te nazwiska z szacunkiem.

 

CZYTAJ TAKŻE: Do błysku, do biegu. „Nie oddany uśmiech” Krystyny Miłobędzkiej

CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Marcin

CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Jerzy