fot. materiały promocyjne

Twarze literatury: Marcin

Dla wygody, z lenistwa, mówimy na przykład: „Twarzą polskiej prozy jest dzisiaj Remigiusz Mróz” lub „Twarzą liryki jest Adam Zagajewski”, tymczasem prawdziwa twarz literatury pozostaje zwykle w cieniu, jeszcze nieodkryta, lub prawie zapomniana.

Nie bije od niej satysfakcja, raczej zakłopotanie, czasami szorstka duma, bywa, że złość. Pisać i nie być twarzą literatury, niełatwe.

I tak doszedłem, na skróty, do punktu zwrotnego w tym tekście, który albo będzie o wściekłych grafomanach, jadowitych i pełnych pretensji do świata, że nie oddał im należnej czci, albo o ludziach, którzy z imponującym hartem robią to, co kochają – bez względu na opinię. O pierwszych można by smacznie, ale po co? O drugich więc, drugich, którzy nie czują się drugorzędni, niemożliwych do zniesienia, bo uchylających się od obowiązku rywalizacji, będzie ta piosenka.

Niełatwo ich dostrzec, bo ograniczanie własnej widzialności to kwestia autonomii, bez której trudno – jak wierzą – znaleźć cokolwiek, co warte byłoby przywiązania. Zobaczyć samego siebie to ważniejsze, niż być zobaczonym. Myśl mało oryginalna, lecz rzadko wcielana w życie, zwłaszcza w ramach tzw. społeczeństwa spektaklu, w którym sceniczna, niemal operowa, przesadna i ostentacyjna egzystencja nie ma właściwie alternatywy i uważana jest za coś w pełni naturalnego.

 

Życie to happening, popis. Stary, poczciwy los winien być potraktowany i odegrany jak scenariusz na poły teatralnego, na poły jarmarcznego wydarzenia.

À propos taki oto kawałek: „Każdego popołudnia człowiek w obcisłych dżinsach, kurtce moro i z długimi rozczochranymi włosami, które zakrywają jego twarz, wysiada z autobu­su nieopodal mojego domu, niosąc duże, tanie lustro. We wtorek czekałem na niego na przystanku. Kiedy wysiadł, zaczepiłem go i zapytałem, dlacze­go zawsze nosi ze sobą lustro. Podniósł wzrok i zauważyłem, że jego twarz była umazana makijażem, w mizerny sposób skrywającym kilka głębokich blizn. «Zawsze zapominam, kim jestem»powiedział zimnym i pewnym głosem. Zamurowało mnie. Poczułem się bez znaczenia, niczym gigantyczna głowa prawnika od wypadków widniejąca na billboardzie po drugiej stronie ulicy. Niemal nie zauważyłem, kiedy odszedł. Przez kilka kolejnych dni obsesyjnie myślałem o jego odpowiedzi. Myślałem o tym tak często, że zaczęły wypadać mi kępki włosów, a drobny sprzęt w moim domu zaczął ulegać zwarciom. Całymi godzinami gapiłem się w lustro w łazience, nakładając różne odcie­nie makijażu, mając nadzieję znaleźć ten, który najlepiej komplementowałby moje własne blizny”.

Makijaż i pytanie „kim jestem” nie pasują do siebie. Malujemy się, żeby być choć trochę kimś innym; wpatrujemy się w lustro, by rozpoznać samego siebie. Może zatem wystarczyłoby zrezygnować z makijażu lub – dla odmiany – porzucić dziwaczne zainteresowanie jakimś prawdziwym sobą?

Według amerykańskiego pisarza, Erica Paula, ten rozdźwięk należy do współczesności, nieusuwalny z niej – jak piętno zbliżającego się końca. Nie tylko w zacytowanej, lecz w całej serii ironicznych małych paraboli, przypowiastek bez morału, portretuje on ludzi niepewnych swej kondycji, a zarazem naśladujących emocje mas, podobnie wybitych z toru i rytmu dotychczasowego życia. Sęk w tym, że zagadka, a nawet tajemnica, która przecina codzienność nie obdarza człowieka indywidualnością, lecz wtrąca go w naśladownictwo innych.

 

Najpierw nie wie, że jest, potem nie wie, kim jest – jak wszyscy. Jest więźniem już nie innych, ale takich samych jak on.

Eric Paul, „Miejsce, w którym można wybuchnąć”, przeł. Marcin Czerkasow, Disastra Publishing 2018

Eric Paul to głownie muzyk, wokalista w typie „noise rock, członek chyba niezbyt znanych – chociaż dość głośnych – zespołów Arab on Radar i The Chinese Stars, poeta w drugiej kolejności. Mimo że nie daję rady słuchać jego nagrań dłużej niż kwadrans, to w ich powtarzalnym, nużącym, jękliwo-agresywnym brzmieniu wyczuwam nutkę pokrewieństwa z tekstami, których bohaterowie tacy właśnie są: wyczerpani i histrioniczni, samotni i szukający jakiejś szansy w aktorzeniu, neurotycy na widoku.

Jeszcze jeden kawałek: „Zobaczyłem w pralni kobietę składającą swoje białe rzeczy, płakała. Mężczy­zna w supermarkecie układał jabłka i szlochał. Szybki kucharz, który przygo­towywał mój obiad, posolił go łzami. Gdy opuszczałem restaurację, wpadła na mnie nastolatka z przekrwionymi oczami i upuściła na chodnik paczkę chu­steczek. «Dlaczego wszyscy płaczą?»zapytałem. Kiedy wróciłem do domu, włą­czyłem lokalne wiadomości, żeby znaleźć odpowiedź. Prowadzący opowiadał historię o otwarciu nowego parku dla psów; płakał tak mocno, że ledwie mógł mówić. Wyszedłem więc znów na zewnątrz i zapytałem kilkoro z płaczących na ulicy ludzi: «dlaczego płaczecie?» Ale wszyscy po prostu pociągali nosami i pocierali oczy. Zapytałem zbłąkanego płaczącego kota. Zapytałem drzewo płaczące brązowymi liśćmi. Nadal żadnej odpowiedzi. Zirytowany, zrezygno­wałem i poszedłem do domu, aby podlać kwiaty – często tak robię, żeby się odprężyć – ale kiedy odkręciłem kurek, z ogrodowego węża nic nie wyleciało. Sprawdziłem kran w kuchni: nic. Spróbowałem z prysznicem, nic nie leciało! Myślałem, że zwariuję. Te dupki zużyły całą wodę! Z tej frustracji w kącikach moich oczu zaczęły zbierać się łzy”.

 

Nawet jeśli nie jest to wielka literatura, to co najmniej niezła i, by tak rzec, w sprawie, o której należy coś wiedzieć. Tą sprawą wydaje mi się depersonalizacja, na którą nie ma środka. Ani powrót do samego siebie, ani wyjście na plac, na agorę, jak w innych utworach Paula, nie są tu żadnym rozwiązaniem. Znikamy w lustrach, w uprzedmiotowiającej uwadze otoczenia, w odosobnieniu również, w słowach, które nie tłumaczą i nie łączą. Pozostajemy sobie dłużni prawdy, której nie umiemy nazwać. Jesteśmy winni przed samymi sobą. Tak, macie rację: nie byłoby Paula bez Kafki.

Nie byłoby Paula bez Czerkasowa.

 

Marcin Czerkasow, o nim w gruncie rzeczy jest ta melodia, nucona po cichu, jakby obok, by nie zakłócić atmosfery, którą ten utalentowany poeta i tłumacz buduje wokół siebie i sumiennie chroni.

Pamiętam, jak przed laty już całkiem wielu czytał swoje wiersze przed warszawskimi poetami, m.in. Andrzejem Sosnowskim i Piotrem Sommerem, znakomitymi. Szczególnie Andrzej zachwycił się nimi szczerze, deklarował pomoc w wydaniu debiutanckiej książki, chwalił z przejęciem, zachęcał, on, sam Sosnowski, dla Czerkasowa – i nie tylko dla niego – Mistrz. Stu innych popędziłoby za okazją, lecz Marcin postanowił czekać. Na co? Aż to, co możliwe, stanie się konieczne?

Nie chcę, choć to moja robota, wyciągać poety dyskretnego, który nie śpieszy się z ogłaszaniem własnych wierszy, chętniej służąc cudzym – także jako jednoosobowy i totalny wydawca, autor przekładów, składu, grafiki, okładki – na światło, na zgiełk, bo przecież szanuję jego styl bycia i nie za bardzo ufam realności tzw. literackiej sławy, a jednak nie chcąc, chciałbym, żeby Państwo wiedzieli, że w Poznaniu mieszka poeta ciekawy, taki jeden, Ktoś.

 

Cytaty pochodzą z książki Erica Paula, „Miejsce, w którym można wybuchnąć”, przełożył Marcin Czerkasow, Disastra Publishing 2018.

 

CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Jerzy

CZYTAJ TAKŻE: Piotr Śliwiński: Wiersze wywracają grilla