fot. materiały organizatora

W muzycznym garncu

W marcu znalazł się czas zarówno na eksperymentujące z formą piosenki koncerty, współczesną kompozycję oraz dawną muzykę religijną, jak i operę.

Farby

Zanim przejdę do marca, chciałbym jeszcze na moment wrócić do lutego. Konkretnie do samej jego końcówki – w dzień przestępny w Farbach wystąpili dwaj artyści związani z niezwykle interesującą wytwórnią Mondoj. Kilkukrotnie już na tych łamach opisywany Zaumne tym razem nie grał na żywo swoich utworów, a set didżejski. Tym sposobem stworzył nastrój przed głównym wydarzeniem wieczoru, czyli występem Nicka Malkina. Amerykanin zagrał nastrojowo, coś pomiędzy ambientem a jazzem. Szkoda, że tak krótko – ledwo poczułem, że udało mi się wejść w jego świat, a występ się skończył. I tu ciekawostka, bo wychodząc, natknąłem się na artystę i dziękując oraz mówiąc, jak mi się podobało, pożaliłem się na długość występu. Na co Malkin odpowiedział, że to ciekawe, bo w USA „wszyscy” grają po 25 minut, a w Europie odbiorcy są zaskoczeni i oczekują ciągu dalszego…

 

Do Farb wracałem w marcu dwukrotnie. Najpierw na koncert Monster Hurricane Wihajster, czyli duetu Moniki i Huberta Wińczyków. Kiedyś nazwy tej używali jako szyldu dla swoich działań performerskich, ale występ ten udowodnił, że aktywność muzyczna nie jest w żadnym razie czymś pobocznym czy dodatkowym. Dostaliśmy zestaw zróżnicowanych utworów, trochę dziwnych piosenek mogących się kojarzyć z Legendary Pink Dots czy tym, co ostatnio robią Mołr Drammaz, w których tak samo ważne są elementy perkusyjne, co elektroniczne wtręty.

W kolejnym tygodniu w Farbach odbywała się impreza z okazji pierwszych urodzin kolektywu HISS. Tortem co prawda nie częstowano, ale i tak było bardzo fajnie. Postawiono na sety didżejskie, przez co wieczór przebiegał w swobodnej atmosferze. Na początku Fabian przedstawił nieoczywistą dubową selekcję, potem DMNSZ zabrał nas w mroczniejsze rejony, a Mateusz Rosiński (kiedyś znany jako wrong dials, obecnie aktywny pod pseudonimem Jessica) obrał drogę inspirującego eklektyzmu. Następnie stery przejął Macio Moretti jako DJ HUI, który również zaproponował różnorodny miszmasz, jednak innego rodzaju. Było sporo muzyki pozaeuropejskiej, ale też cover Kraftwerk, TNGHT czy taki niszowy hit jak „Witness (1 Hope)” Rootsa Manuvy, który skłonił niektórych do tańca.

Pawilon

Nowy sezon w Pawilonie rozpoczęto wieczorem obmyślonym tak, żeby przyciągnąć możliwie szeroką publiczność: były dwa koncerty, performans i sety didżejskie, te dwa ostatnie ze współpracującymi z Pawilonem w tym sezonie kolektywami pozqueer i MAF. Wabikiem na młodsze osoby był występ Sylvii Baudelaire, artystki powoli zdobywającej undergroundową sławę. Celowo nie słuchałem wcześniej jej nagrań, żeby dać się zaskoczyć. Miało to swoje dobre i złe strony, bo choć w związku z tym nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać, to jednak jakoś dotarło do mnie, zapewne z materiałów promocyjnych, hasło hyperpop. A było ono tutaj tak samo mylące, jak w przypadku występującej jakiś czas temu Ewy Sad. Dostaliśmy ciężkie hip-hopowe kawałki, ciekawie przechwytujące różne konwencje.

 

fot. archiwum artystki

fot. archiwum artystki

Utwory były naszpikowane wulgaryzmami, co niektórych mogło (i pewnie miało) razić, ale tak naprawdę najbardziej kontrowersyjnym momentem w kontekście poznańskim był pojazd na Grupę Stonewall. Fajnie było obserwować, że artystka ma swoją publiczność, która nie dość, że zna teksty, to jeszcze wchodzi w interakcję i współtworzy sytuację koncertową. Nie bawił się w to duet GERDA, czyli Wojciech Bąkowski i Jan Piasecki, co nie znaczy, że ich występ był mniej wciągający.

Po prostu inaczej działał – wykreowany przez nich świat zdawał się raczej wycofywać, nie wyciągał ręki do słuchacza, nie wskazywał furtek. Ale tym bardziej kusił, żeby spróbować do niego wejść: oniryczne teksty intrygowały i robiły wrażenie wieloznacznymi obrazami, a muzyka, która swoim sznytem retro przywodziła na myśl lata 80., ale zarazem brzmiała świeżo, osaczała w dziwnie przyjemny sposób. Widać, że Bąkowski jest w Poznaniu nadal popularny, a że rzadko tu ostatnio występuje, to zgromadził spory tłumek. Do Pawilonu wróciłem tydzień później, kiedy to w ramach cyklu LAS-u zagrał Slikback. Pochodzący z Kenii artysta związany z labelem Nyege Nyege Tapes nieco mnie zawiódł i nie do końca wiem, dlaczego tak się stało. Być może chodziło o zbyt dużą intensywność i małą zmienność jego muzyki, a już na pewno półtorej godziny to za wielka jej dawka. Bardzo pozytywne wrażenie, zresztą nie po raz pierwszy, zrobiła na mnie za to Hermeneia, której otwierający wieczór set didżejski był zaskakująco zróżnicowany, a przy tym nie ujmowało to nic jego dramaturgii.

Akademia

Na Akademii Muzycznej kontynuowany jest cykl non molto. Podczas jego dziesiątej odsłony wystąpił grający na klarnecie kontrabasowym Julian Paprocki. Atrakcją był nie tylko nieczęsto słyszany instrument, ale także trzy prawykonania. Wieczór rozpoczęła kompozycja Gérarda Griseya „Anubis-Nout” pochodząca z 1983 roku, więc w tym kontekście muzyk określił ją jako prehistoryczną. Wiekowość utworu nie zmniejszyła siły jego oddziaływania: pierwsza część była drapieżna, jakoś zwierzęca, chrapiąca, mrucząca, drapiąca, a druga lżejsza, było w niej więcej powietrza, ale niezupełnie eteryczna, miała też swoją masę. Chcąc nie chcąc następujące potem prawykonania mierzyłem wedle tego wzorca, klasyka współczesności. Co niekoniecznie działało na korzyść młodszych kompozycji. „Pestera cu Oase” Macieja Jabłońskiego wydało mi się bałaganiarskie przez nadaktywną elektronikę, która zwłaszcza w drugiej połowie ciągle zdawała się ilustrować jakiś ruch (szurnięcia i przesunięcia). Na plus zapisuję początkowe dźwięki klarnetu – rozedrgane, porywiste, raczej mroczne. „Alcheringa” Michała Janochy miejscami była zbyt podobna do poprzednich utworów, zwłaszcza przez drapiące dźwięki. Elektronika przelewała się, zdarzyło jej się też niestety popaść w nieco kiczowate kosmiczne brzmienia. Ciekawe były rozpaczliwe ryki i trąbienia klarnetu.

 

fot. archiwum redakcji

fot. archiwum redakcji

W „Contrails” Wojciecha Błażejczyka początek z mruczącymi dźwiękami instrumentu również trochę za bardzo przypominał to, co wybrzmiało wcześniej. Ta kompozycja odróżniała się przez glitchowe przetworzenia, choć na granicy efekciarstwa, ale też interesujące dronowe, otchłanne momenty. Jedyne zastrzeżenie, że może w tym wszystkim nieco ginął klarnet.

W następnym tygodniu na Akademii gościł belgijski kompozytor i wykonawca Stefan Prins, który poprowadził warsztaty dla studentów kompozycji. Dał też wykład, który był ciekawym wstępem do jego koncertu monograficznego. Twórca mówił o swojej koncepcji hybrydowych ciał, czyli o tym, jak technologia stanowi rozszerzenie ludzkiego ciała, jego zdolności i umiejętności. Dobrym przykładem na to jest „Piano Hero #1”, w którym wykonawca gra na klawiaturze MIDI, wyzwalając audiowizualne sample z partiami fortepianowymi, zarejestrowane przez instrumentalistę, z myślą o którym powstał ten utwór. Jest to więc rzecz o zapośredniczeniu technologicznym, a przy okazji rozważania nad wirtuozerią i wizerunkiem tego ikonicznego instrumentu – jak się zmieniają, co obecnie znaczą. Pozostałe dwie kompozycje, „Hände ohne Orte” i „FLESH+PROSTHESIS (#0-2)” również obracały się wokół tych wątków, łącząc wcześniej przygotowaną warstwę elektroniczną z żywymi instrumentami, pośród których w obu obecny był fortepian. Trudno tu wyróżnić któryś z utworów, bo oba obfitowały we frapujące połączenia barwowe i kontrasty dynamiczne.

Zamek

Kilka dni później studentki i studenci kompozycji zaprezentowali się w żywiole improwizatorskim podczas ElektroMostów w CK Zamek. Muszę przyznać, że w kategoriach ilościowych wydarzenie mnie przytłoczyło, natomiast biorąc pod uwagę kryteria jakościowe – pozostawiło niedosyt.

 

Oprócz jedenastu osób grających mieliśmy też Studio Teatralne Anikame, które ilustrowało muzykę ruchowo, oraz całkiem aktywne światła. Z uwagi na to wszystko, próbując skupić się na materii dźwiękowej, przeważnie miałem zamknięte oczy.

O ile się zorientowałem, to całość była subtelnie podzielona na części, w każdej z nich jedna osoba wysuwała się na pierwszy plan. Mi jednak zabrakło wyrazistości, odważnych gestów, zapadających w pamięć wymian. Przez większość czasu miałem wrażenie obcowania z niezbyt zróżnicowaną masą, z której mało co się wyróżniało (na takim tle zyskiwały mniej typowe instrumenty, jak akordeon Miłosza Kędry). Improwizacja, zwłaszcza w tak dużym składzie, nie jest łatwa, warto więc docenić, że osoby na co dzień zajmujące się kompozycją próbują w niej swoich sił.

Teatr Wielki

W marcu udało mi się w końcu zobaczyć spektakl na wyremontowanej scenie Teatru Wielkiego. Była to polska premiera mniej znanego dzieła Leoša Janáčka „Wyprawy Pana Broučka” w reżyserii Davida Pountneya, pod kierownictwem muzycznym Katarzyny Tomali-Jedynak. Jako fana czeskiego kompozytora cieszy mnie każda obecność jego muzyki w Polsce, co nadal nie jest takie częste. Mam jeszcze w pamięci poznańskie wystawienie „Jenufy” w inscenizacji Alvisa Hermanisa, ale „Wyprawy” to zupełnie inne dzieło i odmienny spektakl.

 

To utwór zasadniczo komediowy i Pountney w pełni to wykorzystał, do tego stopnia, że niektóre żarty w jego ujęciu wydawały mi się zbyt proste. Skupiałem się jednak na muzyce, która, choć wcale tak nie brzmi, bo pełno w niej wpadających w ucho motywów, to jest trudna do wykonania.

Jednak orkiestra pod batutą Tomali-Jedynak poradziła sobie z tym bardzo dobrze. Również do śpiewaków trudno mieć zastrzeżenia, błyszczał zwłaszcza prawie cały czas obecny na scenie Karol Kozłowski w roli tytułowej. Na przedpremierowej konferencji prasowej mówiono o tym, że poznańska opera ma dalsze plany związane z czeskim kompozytorem – mam nadzieję, że po dwóch spektaklach z importu doczekamy się wreszcie oryginalnej tutejszej inscenizacji.

Wacław z Szamotuł i Pergolesi

Okres Wielkiego Postu tradycyjnie niesie ze sobą sporo koncertów z muzyką związaną z tym czasem. Dla mnie pierwszym takim wydarzeniem był koncert „Imaginatio Crucis” Zespołu Wokalnego Minimus w kościele pw. św. Jana Vianneya. W pomysłowo ułożonym programie znalazła się zarówno muzyka dawna, m.in. Tomása Luisa de Victorii czy Williama Byrda, jak i współczesna, z której szczególnie spodobało mi się „Christe, qui lux es et dies” Marka Raczyńskiego. Wspaniale zadziałało też umieszczenie na końcu „Kryste, dniu naszej światłości” Wacława z Szamotuł.

W kościele Najświętszej Marii Panny in summo wykonano „Stabat Mater” Giovanniego Battisty Pergolesiego. To swoisty hit tego kompozytora, jak i muzyki dawnej w ogóle, nie dziwiła więc spora frekwencja. Kompozycja pięknie zabrzmiała w tym surowym wnętrzu, wrażenie robiły zwłaszcza współbrzmienia obu głosów (Marta Mazanek-Matuszewska i Ewa Menaszek), jak i rozchodzenie się niskich dźwięków wiolonczeli (Stanisław Stanicki) i organów (Kamil Lis), a całość spajały skrzypce (Katarzyna Cendlak i Karolina Sydorowicz). Będąc na tym koncercie, nie wiedziałem jeszcze, że za kilka dni znów będę miał możliwość wysłuchania tego dzieła, tyle że w innej aranżacji. W Starej Kaplicy w parku Manitiusa wystąpili Zespół Wokalny Inspiro Ensemble i grający na pozytywie Jakub Pupka.

 

fot. materiały organizatora

fot. materiały organizatora

Jako miłośnik różnych wersji i transkrypcji cieszyłem się na to wydarzenie i jakkolwiek do warstwy wokalnej nie mam zastrzeżeń, to chwilami przeszkadzało mi brzmienie pozytywu. Jego charakterystyczny lekki, nieco słodki dźwięk, kojarzący się nawet z katarynką, w kilku miejscach nie przystawał do atmosfery utworu. Ten koncert był drugim ogniwem XXIV Festiwalu Muzyki Pasyjnej i Paschalnej, o którym o mały włos bym się nie dowiedział – szkoda, że inicjatywa jest tak słabo rozpromowana, bo dzieją się tam rzeczy ciekawe.

Na inauguracji w kościele ewangelicko-augsburskim wystąpili wokalistka Blanka Dembosz-Tondera i Szymon Wojnarowicz Trio. Intrygujący był tu punkt wyjścia, czyli ewangelickie pieśni pasyjne, głównie XVI-wieczne. Trochę się obawiałem procederu ich ujazzowienia, ale został on przeprowadzony z wyczuciem, pieśni zachowały swoją surową szlachetność. Szkoda tylko, że nie wyświetlano tekstów ani nie zapewniono śpiewników, bo słowa trudno było wychwycić, a ich zrozumienie na pewno pomogłoby w pełniejszym przeżywaniu kompozycji.

Ze względu na czas, ale też zaplecze koncepcyjne, do tego zbioru koncertowego zaliczę występ Chóru Pogłosy i kakofoNIKT z programem „Lamentacje”, co prawda nie w kościele, ale w Teatrze Polskim. Twórczość wspominanego już Wacława z Szamotuł stała się tutaj zaczynem dla zupełnie nowych utworów, w których masa wokalna zderza się z elektroniką, metalicznymi odgłosami złomu, cytrą i ludowym triem. Z opisu można wnioskować, że trochę tego za dużo, ale całość nie przytłacza, bo utwory roztaczają szerokie perspektywy i dla wszystkich elementów znajdują miejsce. Może jedynie powtórzyłbym uwagę o zapewnieniu wglądu w teksty, bo ze słuchu nie wszystko dało się wychwycić.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0