fot. Janusz Jurek

W zamku Wartburg i gdzie indziej

W roku 1521 pewien augustianin jechał gościńcem do swojego klasztoru w Wittenberdze. Nie miał powodu do radości – wracał właśnie z Wormacji, gdzie dotarł chroniony cesarskim listem żelaznym, żeby mógł wygłosić swoje tezy. Został tam jednak potępiony jako heretyk, skazany na banicję, wyjęty spod prawa.

Teraz każdy mógł go bezkarnie zabić – i tak się w rzeczywistości stało: zanim dotarł do miejskich murów, napadło na niego kilku zbójów. Taki koniec spotkał młodego Marcina Lutra.

Z historii rezydencji literackich

Czy raczej: taki koniec miał go spotkać oficjalnie. W rzeczywistości był to tylko wybieg Fryderyka, księcia elektora Saksonii, który skłaniał się ku reformacji, upozorował więc śmierć Lutra, porwał go i umieścił jako Rycerza Jörga w zamku Wartburg.

Niespełna czterdziestoletni reformator nie zasypiał gruszek w popiele. Był u szczytu sił życiowych, więc przez dziesięć miesięcy uczył się hebrajskiego i greki, przekładał Psalmy i – w ledwie dwa i pół miesiąca – przetłumaczył Nowy Testament na niemiecki.

Jacek Kaczmarski śpiewał o tym:

 

Jacek Dehnel. fot. Janusz Jurek

Jacek Dehnel. fot. Janusz Jurek

W zamku Wartburg, na stromym urwisku
(Te niemieckie przepaście i szczyty), 
Wbrew mej woli, a gwoli ucisku 
Wyniesiony pod boskie błękity 
Pismo święte z wszechwładnej łaciny 
Na swój własny język przekładam: 
Ożywają po wiekach 
Dawne cuda i czyny, 
Matką Ewa znów,
Ojcem znów – Adam.

 

W rzeczywistości Luter, co było nowością, za podstawę tłumaczenia obrał nie łacińską Wulgatę, tylko grecki tekst, wydany parę lat wcześniej w Bazylei przez Erazma z Rotterdamu. Tak czy owak, dziesięć miesięcy spędzonych na zamku przez zbuntowanego mnicha stanowi jeden z kamieni milowych reformacji – a także kultury europejskiej.

 

Nie była to na pewno pierwsza w historii rezydencja pisarska, a i proces rekrutacji przebiega dziś znacznie mniej dramatycznie – raczej przez wybór jury z nadesłanych zgłoszeń, niż przez rozbój i porwanie.

Jedno od czasów średniowiecza się nie zmieniło: w życiu pisarki, tłumacza (ale również kompozytorki czy artysty wizualnego) taki wyjazd dużo zmienia.

Skupić się na tworzeniu

Nawet ci, którzy nie mają pracy etatowej ani trójki dzieci w wieku przedszkolnym, trafiają w inną rzeczywistość. Wyciągnięci z bieżączki, z życia towarzyskiego, spotkań autorskich, całego młyna codzienności, drobnych obowiązków, oczekiwań, roszczeń, trafiają w osobną, daleką przestrzeń, gdzie mogą skupić się na jednym: tworzeniu.

 

Wielu ludziom, którzy słyszą o rezydencjach pisarskich, wydaje się, że to jakiś naddatkowy luksus, nie wiadomo jakie rozpieszczanie pisarzy – ach, więc dostajesz własną przestrzeń do pracy, wyjazd i jeszcze pieniądze! Niektórym to dobrze!

Oczywiście nie przychodzi im do głowy, że często sami chodzą do biura, w którym mają przestrzeń przeznaczoną wyłącznie do skupienia się na sprawach zawodowych (może dopiero pandemia wyjaśniła im, że siedzenie w domu niekoniecznie wspaniale wpływa na robotę i trzeba mieć do tego cholernie dużo dyscypliny); że jeżdżą w delegacje i są przenoszeni na projekty do innych biur. I, wreszcie, za siedzenie przed komputerem również dostają pieniądze w comiesięcznych przelewach. Nikt jakoś nie uważa tego za szczególne zrządzenie losu, wspaniały dar od opatrzności.

Uczestnicy programu pt. Goście Radziwiłłów na dachu antonińskiego pałacu, fot. Janusz Jurek

Uczestnicy programu pt. Goście Radziwiłłów na dachu antonińskiego pałacu, fot. Janusz Jurek

Pustelnie i placówki

Rezydencje, czy to krótkie, dwutygodniowe lub miesięczne, czy długie, dajmy na to roczne, mają dwa zasadnicze rodzaje: są to albo pustelnie, albo placówki.

 

Pierwsze są dalekie od większych siedzib ludzkich: chatki w lesie, przebudowane farmy, wiejskie pałace czy – jak w czasach Lutra – najprawdziwsze zamki.

Jedzie się tam, żeby korzystać z samotności, nie zaprzątać sobie głowy niczym innym, niż książka.

Co innego placówki to miejsca specjalnie stworzone w miastach o bogatym życiu kulturalnym z myślą o tym, żeby rezydenci korzystali z ich oferty: muzeów, bibliotek, kolekcji, teatrów, opery.

 

Miesiąc, dwa, dziewięć czy rok spędzone w Wiedniu, Berlinie czy Nowym Jorku ma nie tylko ułatwić pracę, ale i stać się źródłem inspiracji.

Metropolie, owszem, rozpraszają, ale takie twórcze rozproszenie stanowi również zaczyn pod przyszłą pracę.

Nie sposób powiedzieć, które z tych rozwiązań jest lepsze. Zależy od osobistych predyspozycji rezydentów a także od tego, czym akurat się zajmują.

Z doświadczenia mogę powiedzieć, że pustelnie to najlepsze rozwiązanie dla autorów pracujących nad dużą strukturą (na przykład powieścią), która wymaga głębokiego zatopienia się w bohaterach, ich emocjach, wzajemnych stosunkach, sekwencjach zdarzeń, a często i szczególnym języku.

Placówki z kolei są wymarzone dla tych, którzy chcą przewietrzyć głowę między projektami albo pisać bardziej rozproszone formy – tomy wierszy, zbiory esejów, i tak dalej.

Rezydencje łączą ludzi

Nie chodzi jednak wyłącznie o samotność. Wiele z tych miejsc to również miejsca spotkań: owszem, pisarki czy tłumacze zostają odcięci od swojego życia towarzyskiego, ale trafiają w inne.

 

Wydzielona przestrzeń rezydencji – jeśli nie jest to faktycznie jednoosobowa samotnia – stanowi miejsce, w którym zawiązywane są znajomości, zawodowe kontakty, a nawet miłości.

W XXI wieku bardziej niż kiedykolwiek widzimy, że dystanse się skróciły: za czasów Monteskiusza Persowie byli niemalże stworzeniami z obcej planety.

Kiedy Chateaubriand proponował „dylemat mandaryna” - Czy gdybyś mógł siłą woli zabić jakiegoś Chińczyka i odziedziczyć jego fortunę w Europie, wiedząc, że nigdy za to nie zostaniesz skazany, zdecydowałbyś się to zrobić? - był to dla niego człowiek tak daleki, że nierealny.

Dziś chińska pisarka czy irański poeta bardzo często czytali te same książki, oglądali te same filmy, a nawet może publikują w tym samym holenderskim czy włoskim wydawnictwie – a równocześnie możemy ich nigdy nie spotkać, mijać się tylko na kolejnych edycjach targów czy festiwali literackich.

 

Rezydencje łączą więc w szczególny sposób ludzi książki. Ale budują też inne pomosty: między kulturami.

 

Przez to, że centrum literackie w Visby ma specjalny program dla pisarzy białoruskich, białoruska poezja przez lata zaroiła się od wierszy i opowiadań o Gotlandii.

Spotkanie z Jackiem Dehnelem w pałacu w Antoninie, fot. Janusz Jurek

Spotkanie z Jackiem Dehnelem w pałacu w Antoninie, fot. Janusz Jurek

Jedno z „Opowiadań bizarnych” Olgi Tokarczuk powstało dzięki rezydencji w szwajcarskim klasztorze, a bodaj każde z miast, które prowadzą podobne instytucje, nie robi tego ot tak, po prostu z dobroci serca: to inwestycja, która ostatecznie zwraca się w budowaniu marki miejsca, umacnianiu jego pozycji na światowym rynku pamięci i wyobraźni.

Gdyby nie pomoc udzielona Lutrowi, zamek Wartburg byłby jedną z niezliczonych średniowiecznych twierdz, jakie ozdabiają niemiecki pejzaż, a książę elektor Fryderyk nie przeszedłby pewnie do historii z przydomkiem Mądry.

 

Ostatecznie w tej zabawie wygrywają wszyscy: i pisarze, i fundatorzy, i – co może najważniejsze – czytelnicy.

 

11 września br. skończy się sześciotygodniowa rezydencja literacka, odbywająca się w ramach programu pt. "Goście Radziwiłłów", zainicjowanego przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego. W jej trakcie pięć osób związanych z Wielkopolską i aktywnych w dziedzinie literatury, pracowało nad swoimi autorskimi utworami. Rezydentów gościł Pałac Myśliwski Książąt Radziwiłłów w Antoninie – Dom Pracy Twórczej. W ostatni weekend do Antonina przyjechał pisarz Jacek Dehnel, aby spotkać się z radziwiłłowskimi rezydentami i opowiedzieć im o swoich doświadczeniach związanych z rezydencjami pisarskimi. Przy okazji tego spotkania powstał powyższy artykuł oraz materiały wizualne.