fot. Antoni Hoffmann

Wagner pełen Kaspszyka

Tak dobrze wykonanej muzyki Ryszarda Wagnera nieczęsto można posłuchać w polskich salach koncertowych. Jacek Kaspszyk, prowadząc orkiestrę Filharmonii Poznańskiej podczas koncertowego wykonania „Walkirii”, potwierdził, że jest pierwszym dyrygentem operowym w Polsce i trudno byłoby znaleźć dla niego godnego konkurenta.

Wagner to rzadki gość w polskim życiu koncertowym. Nad spuścizną autora „Parsifala” ciąży fatalne odium, które powoduje, że wagnerowskie wykonania są raczej pojedynczymi historiami, niż stałymi cyklami. O muzyce Wagnera mówi się, że jest trudna i niezrozumiała, a jej odbiór wymaga solidnego obycia z muzyką. Zbiorowi popularnych stereotypów skutecznie przeciwstawiają się fakty. Gdyby rzeczywistość była taka, jak wspomniałem, trzeba by zadać pytanie, dlaczego aula UAM wypełniła się po brzegi w czasie piątkowego koncertu filharmonii?  Odpowiedź jest prosta. Publiczność jest spragniona Wagnera i w ogóle nie przejmuje się opiniami o nieprzystępności jego muzyki.

Głównymi bohaterami koncertowego wykonania I aktu „Walkirii” byli dyrygent Jacek Kaspszyk i sopranistka Christiane Libor. Tym wykonaniem Jacek Kaspszyk potwierdził, że jest pierwszym dyrygentem operowym w Polsce i trudno byłoby znaleźć dla niego godnego konkurenta. Dyrygent nadał wagnerowskiej partyturze bardzo osobisty kształt, z jednej strony wyrazisty i czytelny, z drugiej zaś – niezwykle zmysłowy.

 

Siła dyrygenckiej perswazji przemawiała do mojej wyobraźni muzycznej na tyle silnie, że chwilami wprost nie mogłem uwierzyć, że romantyczne uczucie łączące bohaterów jest ich przekleństwem, a nie szczęściem.

Orkiestra pod batutą maestro Kaspszyka brzmiała niezwykle świeżo. Spójna koncepcja, polegająca na adekwatnie dobranych tempach i dynamicznych kontrastach, powodowała jak najlepsze wrażenie. Wreszcie, budowanie długooddechowych fraz, zawsze dostosowanych do możliwości solistów – wszystko to złożyło się na wykonanie, które zostanie na długo w pamięci poznańskiej publiczności.

Jak wspomniałem wcześniej, drugą bohaterką wieczoru była sopranistka Christiane Libor, kreująca postać Zyglindy. Artystka obdarzona jest głosem wyjątkowej urody, o ciepłej i jasnej barwie. Jej Zyglinda była przepełniona liryzmem i szczerością uczuć. Nienaganne legato, połączone z bardzo długim oddechem i mocnym wolumenem, po prostu wbijało w fotel.

Wyrazy uznania należą się także basowi Wojciechowi Śmiłkowi, wcielającemu się w postać Hundinga. To śpiewak o bardzo dużej kulturze wokalnej, dbający o artykulacyjną precyzję.

Trochę mniej szczęścia tego wieczoru miał tenor, Endrik Wottrich. Śpiewak posiada duże doświadczenie w wagnerowskim repertuarze, jednakże jego głosowi brakowało nośności i blasku. Mimo ciekawego początku, wraz z rozwojem akcji, tracił intonacyjną pewność siebie, a barwa jego głosu stawała się coraz bardziej chrypliwa. Rola Zygmunta wymaga mocno postawionego głosu, który bez problemu przebije się przez gigantyczną orkiestrę. Tego, niestety, zabrakło.

Publiczność przyjęła koncert z wielkim entuzjazmem, nie szczędząc artystom braw na stojąco. I słusznie! Ja natomiast czekam na kolejne wagnerowskie wieczory w Filharmonii Poznańskiej, mój apetyt został rozbudzony i trudno będzie go zaspokoić. Może warto pomyśleć na przyszłość o koncertowym wykonaniu – w całości – któregoś z dramatów muzycznych Wagnera?

 

CZYTAJ TAKŻE: AKTOR, AKTOR! Debiuty, transfery i występy gościnne

CZYTAJ TAKŻE: Taniec, który łączy i daje siłę

CZYTAJ TAKŻE: Razem dla folkloru: Wojewódzki Przegląd Folklorystyczny w Szreniawie