fot. Marek Nowak

Warszawianka w Pyrlandii

W Śremie zamieszkałam 36 lat temu i moja zażyłość z tym miastem jest już naprawdę spora. Tu mam rodzinę i przyjaciół, tu czuję się u siebie. A jako przybysz z zewnątrz dostrzegam wiele rzeczy , które śremianom uchodzą uwadze jako oczywiste.

A spojrzenie „obcego” jest bezcenne. I właśnie to moje „warszawskie spojrzenie na śremskie mówienie” stało się początkiem zainteresowania lokalnym językiem.

 

Bo zafascynowała mnie ta językowa specyfika Śremu tak oczywista dla jego mieszkańców.

Mówią oni: ”zrób łóżko” (pościel łóżko), ”czekam za tobą” (czekam na ciebie), "kupiłam to do ciebie” (kupiłam tobie). W sklepie kupują kawiorki (długie pszenne bułki, gdzie indziej nazywane delikatesowymi lub paryskimi), obkład (wędlinę lub ser na kanapki), selerę (seler), porę (pora) i modrą kapustę (czerwoną kapustę).

W ogródkach sadzą macoszki (bratki), turki (aksamitki), świętojanki (czarną porzeczkę), korbole (dynie) i redyski (rzodkiewki). Gotują polewkę (zupę na maślance), jedzą szare kluski (kluski z tartych surowych ziemniaków), lubią leberkę (wątrobiankę) i galacik (galaretę mięsną).

 

Omijają glajdę (błoto), chodzą na szagę (na skróty), mają swoje fyrtle (najbliższe okolice). W mieszkaniu chodzą w laczkach (kapciach), które przed wyjściem zmieniają na papcie (buty).

 

Marcin Łowicki - grafika, fot. Marek Nowak

Marcin Łowicki - grafika, fot. Marek Nowak

Używają golitek (maszynek do golenia), ostrzytek (temperówek) i kwirlejek (którymi mieszają sos). Noszą bryle (okulary). Palą ćmiki (papierosy). Oszczędzają bejmy (pieniądze).

Po tych ponad trzydziestu latach wiem, że piwnica to sklep, sklep to skład, a strych to góra. Już to wszystko wiem i wiem też, że jak ktoś mówi żebym się namknęła, to mnie nie obraża, chce tylko, żebym się przesunęła.

Język śremski

Język, którym posługują się mieszkańcy regionu śremskiego to mieszanka  języka polskiego, dialektu wielkopolskiego, gwary poznańskiej, elementów słownictwa niemieckiego i słownictwa miejscowego…

 

Czy jest to gwara śremska?

Wymagałoby to specjalnych badań, ale nie o to przecież chodzi. Nie chodzi o nazwę, chociaż z naukowego punktu widzenia byłoby to istotne.

fot. Marek Nowak

fot. Marek Nowak

Ten szczególny język, istnieje i ma się dobrze, mimo że dotąd niezbadany, niespisany i nienazwany. Istnieje, bo używają go ludzie którzy tu mieszkają, wspominają i dużo pamiętają. I bardzo chętnie się nim dzielą. Trzeba tylko z nimi rozmawiać. Po to, żeby ocalić od zapomnienia. Przypomnieć tym, którzy nie pamiętają. Pokazać tym, którzy nie znają. Po to, żeby połączyć przeszłość z teraźniejszością dla naszej wspólnej, lokalnej przyszłości.

 

Być może kiedyś to „śremskie mówienie” doczeka się prawdziwego, naukowego opracowania. Być może kiedyś. A na razie trzeba działać.

Dbanie o lokalny język

Działania dotyczące lokalnego języka cieszą się nieustającym zainteresowaniem mieszkańców, dlatego też od paru lat prowadzone są w Śremie różne akcje propagujące lokalny język, przypominające o jego istnieniu. Organizowane są quizy, konkursy, spotkania dla seniorów, warsztaty dla młodzieży, konkursy na ulubione słowo.

 

Ulubionym słówkiem w Śremie okazała się PYRA (ziemniak), która nieznacznie wyprzedziła korbola (dynię).

Marcin Łowicki - grafika, fot. Marek Nowak

Marcin Łowicki - grafika, fot. Marek Nowak

Dalej, kolejno znalazły się tej, kejter (pies), laczki (kapcie), klunkry (stare graty), gelejza (niechlujna kobieta), sznupa (gęba), ogiglok ( zwiędnięty kwiat), ostrzytko (temperówka) i wuja (wujek). Wybrane słówka zostały zilustrowane (przez Michał Bukowego), sfotografowane (przez Marka Nowaka) i pokazane na wystawie.

Zabawa pokazała nie tylko jak wiele pamiętamy ale dostarczyła też uczestnikom wiele radości. Radości związanej z odkurzaniem wspomnień i odkrywaniem nieznanych lub zupełnie zapomnianych słówek i znaczeń. Pretekstem do rozmów o kulturze regionu, jego tradycjach i odrębnościach stały się też nazwy potraw tradycyjnej śremskiej kuchni, która jest „kopalnią” lokalnego słownictwa.

Szare kluchy (kluski z tartych surowych ziemniaków), szagole (kopytka), pyry z gzikiem, polewka (zupa z maślanki), kluchy na łachu (pyzy drożdżowe), modra kapusta (czerwona kapusta), plyndze (placki ziemniaczane), placek z kruszanką (placek drożdżowy z kruszonką), szneka z glancem (drożdżówka z lukrem), snelka (zupa mleczna z pokruszoną bułką), prućka (jajecznica z mąką), nawarka (zupa mleczna zagęszczona mąką), białe-kwaśne (zupa z podrobów zaprawiona octem i śmietaną), golonko (golonka), wietrzniki (ptysie), amerykany (biszkoptowe ciastka lukrowane z jednej strony), rumpuć (gęsta zupa jarzynowa), galat (galareta z mięsa), zupa z korbola (słodka zupa z dyni), ślepe ryby z myrdyrdą ( zupa ziemniaczana z zasmażką) - to tylko niektóre z nich.

 

Część z nich „żyje nadal”- znajdują się w codziennych jadłospisach.

Inne nie miały tyle szczęścia. Zniknęły. Ale przypomniane odżyły, przywołały wspomnienia osób, miejsc, sytuacji. I o to właśnie chodziło - o przywrócenie pamięci. Bo pamięć dla przetrwania lokalnej kultury jest najważniejsza. Dlatego trzeba dołożyć wielu starań, trzeba promować, uczyć i przypominać…