fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – epilog

– Do pałacu! – zarządził komisarz Bobko. Nie krył irytacji i zdenerwowania, najprawdopodobniej dlatego, że do końca nie wiedział, co właściwie się dzieje. Miał podbite oko.

Oprócz tego nie zdążył odjechać z Marco de Brigardem i Zbyszkiem Wieczorkiem, gdy zażądano od niego, żeby aresztował jeszcze dwie osoby. Nawet do samochodu by mu się wszyscy nie zmieścili. Ledwo kajdanek wystarczyło – jedne na parę. A trzeba było Romana Kowala skuć, bo winiarz próbował uciekać. Wskoczył do kabrioletu i odpalił silnik. Ujechał kilkanaście metrów, gdy Izabella wyciągnęła pilota i kręcąc głową z pobłażaniem, nacisnęła przycisk. Samochód stanął w miejscu, na podjeździe. Roman Kowal chciał zbiec, ale dopadli go Mariusz Wejman wraz z aspirantem Śmierzchalskim. Ta samotna próba ucieczki rozwścieczyła Koralię Brączkowską. Nawet przez małą sekundę nie spojrzał w jej stronę. A ona patrzyła i miała w oczach chęć mordu.

– Zadzwonię po drugi samochód – zadecydował komisarz, przecierając spocone czoło. – Tych nie można ich zabrać razem. – Pokazał na winiarza i animatorkę.

 

Po chwili wszyscy dotarli do sali balowej. Przyszedł również Michalski, który widział całe zdarzenie z okna nad stajnią i nie omieszkał od razu poinformować o tym Dzięglowej. Ta ściągnęła Mariankę z łóżka i półprzytomną wsadziła na rower. Weszły ostatnie, zdyszane, ale niewiele później od wszystkich. Wkrótce wszyscy zasiedli za stołem. Trochę jak na przyjęciu, gdyby nie to, że de Brigarda łączyły jedne kajdanki z Romanem Kowalem. A animatorkę z ułanem.

Joanna Jodełka - fot. P. Kosicki

Joanna Jodełka - fot. Paweł Kosicki

Pierwsza głośno westchnęła Izabella.

– To, że próbował mnie oszukać, to drobnostka. Nie on jeden. Ale że pana? – Izabella Kowal spojrzała na Napoleona Ochockiego, który ciągle oszołomiony siedział na krześle z małą skrzyneczką na kolanach.

– Może od początku! – zarządził komisarz. – Ja nic z tego teraz nie rozumiem.

– Na początku była zdrada – westchnęła po raz kolejny Izabella, rozkładając ręce. – Postanowiłam więc zareagować odpowiednio, czyli zebrać wystarczającą ilość dowodów. I mieć oczywiście czas na poszukanie innego specjalisty… – oświadczyła Izabella Kowal, palcem pocierając kąciki oczu. – Wynajęłam detektywa – oświadczyła, a Mariusz Wejman ukłonił się wszem i wobec. Krysia Dzięglowa aż pisnęła z wrażenia.

– Prawdziwy?! – zapytała ze strachem, zatykając usta. Przytaknął.

– Wiedziałem – prychnął dziadek Michalski.

– To on skłonił mnie do przyjazdu tutaj – kontynuowała żona Kowala. – Doradził mi, żebym się zgodziła… a skoro tak nalegałeś… – Machnęła ręką w kierunku męża. – Też miałam przeczucie, że coś za bardzo ci zależy. Ale nie powiem, zdziwiłam się. Ona? – prychnęła, celując palcem w rzucającą wściekłe spojrzenia Koralię Brączkowską. – Na szczęście okazało się, że chodzi o coś więcej… Inaczej straciłabym do niego resztki szacunku… znacznie szybciej.

– Ale co więcej? – wybałuszyła oczy Marianka.

– Spytaj swego ułana, po co on tu przyjechał – zaproponował detektyw.

Zbyszko Wieczorek podniósł wzrok i spojrzał na historyka.

– Chciałem lepiej się z panem poznać. W końcu jesteśmy rodziną.

– Rodziną? – zdziwiła się Dzięglowa. – Niepodobni jacyś.

Joanna Jodełka, fot. P. Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

– Daleką – sprostował historyk, gładząc skrzynkę. – Jego dziadek był nim rozczarowany – zaczął tłumaczyć – i nie wiedzieć czemu wszystko przepisał mnie. Chociaż nie widzieliśmy się latami. Dostała mi się niezła fortunka, ale zamierzałem dobrze gospodarować tymi pieniędzmi. I w przyszłości oddać mu wszystko z nawiązką… Wielką, historyczną nawiązką – dodał.

– To dla niego zostałeś ułanem – pokiwała głową Marianka.

– Trochę tak. Choć to wciągające – powiedział, a Halszka zobaczyła lekki uśmiech na twarzy aspiranta bombardiera Śmierzchalskiego.

– Nie wiem tylko, dlaczego chciałeś mnie okraść – wtrącił Napoleon z rozżaleniem. – Przecież ja bym ci wszystko zostawił.

– Nie chciałem okraść! Chciałem przechować. Tych dwóch coś knuło! – krzyknął, pokazując ręką na de Brigarda i Kowala. – Nie wiedziałem tylko co.

– No właśnie. – Komisarz Bobko zaplótł ręce, opierając je na wystającym brzuchu. – Może mi to ktoś wyjaśni? Co knuło?

– Po kolei. Mnie zajęło trochę czasu. Niech pan, panie Napoleonie, nam wyjaśni, gdzie spotkał się pan z de Brigardem. I co to była za aukcja? – zapytał Mariusz Wejman.

– Buty Bonapartego! –wykrzyknęła Halszka bezwiednie. – Te za sto tysięcy?

– Skąd pani wie? – Napoleon skulił się jak dziecko.

– Sto tysięcy złotych? – Dzięglowa złapała się za głowę.

– Jak znam mojego męża, to raczej euro – wzruszyła ramionami Izabella Kowal. – Inaczej by się panem nie zainteresował.

– Ale ja poznałem pana Marco… zaraz na drugi dzień.

– Ale mój mąż, zdaje się, poznał pana wcześniej. I przyuważył… Sam nie licytuje, ale dobrze widzi tych, co mają środki i… klapki na oczach.

– Ale ja… – próbował bronić się historyk

– Niech się pan nie obraża. Cóż, mnie też poznał na aukcji, oczywiście… wina.

– Kupił pan te buty? – zapytała zniecierpliwiona Marianka.

– Nie, nie udało się, ale chciałem – przytaknął energicznie historyk. – Jak dostałem ten spadek, niespodziewanie, powtarzam, to akurat, ogłoszono, że będą wystawione buty Napoleona. Na aukcji. Naprawdę jego! Czarne, wysokie, takie do polowania… Chciałem je mieć i pomyślałem, że to dobra inwestycja. Ale mnie przelicytowano, o włos – jęknął na koniec.

– Czyli pan Kowal dokładnie wiedział, ile pieniędzy pan ma – wyjaśnił detektyw. – I skroił ofertę na wymiar. Doskonale to obmyślił. Wiedział, że traci pan głowę dla wszystkiego, co związane z Napoleonem i jego Wielką Armią. Musiał wymyślić tylko coś, co pan kupi, wyda dużo, raczej bardzo dużo – pokiwał głową – i nie będzie się tym chwalił. – Uśmiechnął się, patrząc po wpatrzonych w niego twarzach. – I to był bardzo dobry pomysł, naprawdę majstersztyk oszustwa.

– Kto się dał oszukać, to się dał – prychnął Michalski.

– Prawie doskonałego – potwierdził detektyw.

– A jak tu się nie pochwalić, jak coś fortunę kosztowało?! – zapytała Dzięglowa.

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

– W Polsce nie wolno bez pozwolenia szukać skarbów. To nielegalne – wyjaśnił Mariusz Wejman. – Wszystkie znalezione rzeczy, które przedstawiają jakąś wartość historyczną trzeba oddać do muzeum. A jak się nie chce oddać, to nie wolno rozpowiadać – wyjaśnił, a Napoleon Ochocki momentalnie opuścił głowę, patrząc tylko z ukosa jak skarcone dziecko. – Wystarczyło więc wymyślić jakiś skarb, sprawić, by pan go znalazł, zapłacił za informację i cieszył się nim w domu. Nie wystawiając fałszywki na widok publiczny. To zapewniało bezkarność i pieniądze od naiwnego staruszka.

– Nie jestem naiwny, sam potomek Dąbrowskiego… miał listy, które świadczyły niezbicie, że brylantowa agrafa została ukryta! – wykrzyczał historyk, trzęsąc się. – Zakopana w parku, było to też opisane w literaturze. Czytałem o tym setki razy w ostatnim czasie…

– Wiem – westchnęła cicho Marianka, znacząco patrząc na Halszkę.

–Osobiście Jan Henryk Dąbrowski wraz z Barbarą Chłapowską ukryli kosztowności w lutym tysiąc osiemset… – bulwersował się historyk, łapiąc się za głowę. – To wszystko prawda! Źródła historyczne… Listy… – Wstał z krzesła, zapominając, że ma na kolanach małą skrzyneczkę. Ta upadła na podłogę.

– Panie Napoleonie, niech się pan uspokoi. – Halszka podeszła do staruszka, bojąc się, że ze wzburzenia dostanie zawału. Podniosła drewnianą szkatułkę z postarzałego drewna z zardzewiałymi zawiasami. Zmusiła go, żeby usiadł, i położyła mu skrzynkę na kolanach. – Zaraz się wszystkiego dowiemy.

– Na pewno zakopali, ale po powrocie do Winnej Góry, bo przecież wrócili…

– Tak. Tak, wrócili – potwierdził Napoleon, nerwowo przytakując. – Generał żył w Winnej Górze do śmierci. Ponad dziesięć lat jeszcze. Zmarł nie podczas bitwy, ale odezwały się rany wojenne – ożywił się historyk – postrzał w nogę – wyjaśnił. – Dwukrotny w tą samą nogę, chociaż w różnych bitwach…

– Czyli po przegranej Napoleona wrócili – przerwał detektyw. – Odkopali więc raczej to, co ukryli, ewakuując się…

– Tak myślałem, że ta agrafa stracona… Zaginęła podczas zawieruch wojennych. Ale listy… – powiedział, wskazując na de Brigada.

– Panu Marco wręczył te listy wcześniej Roman Kowal.

– Zgadza się? – zwrócił się Wejman do de Brigarda, a ten przyznał mu rację, kręcąc z niedowierzaniem głową. – No właśnie, to była dosyć sprytna część planu. Kto mógł przekonać starego historyka do biegania po parku i szukania ukrytych pamiątek? Czystej krwi potomek generała! – wykrzyknął fałszywy malarz. – Dowiedział się pan z prasy o potomkach Dąbrowskiego w Kolumbii. Było to kiedyś szeroko opisywane. Wystarczyło więc znaleźć kogoś, kto odegra tę rolę. Znalazł pan – zwrócił się do Kowala, pokazując ręką na de Brigarda – hiszpańskiego aktora z polskim pochodzeniem.

– Jezusie, wiedziałam, że aktor! – Tym razem poderwała się z krzesła Krysia Dzięglowa, z wrażenia klaszcząc w ręce. Po czym opadła na krzesło, chwytając się za serce i głęboko wzdychając.

– Z Barcelony zapewne – stwierdziła Izabella Kowal. – Miałam prawie pewność, że słyszę kataloński akcent. – Czyli jak pan się właściwie nazywa?

– Rafael Angelo Martinez.

– Jak pięknie – westchnęła głośno Dzięglowa, mrugając rzęsami.

– Po matce Bondarowski…

– Prawie Dąbrowski – wtrącił się komisarz Bobko, przysłuchując się wszystkiemu z mocno zmarszczonym czołem. – Czyli to wspólnik? – zapytał Mariusza Wejmana.

– Ale ja właściwie niewiele wiedziałem. Miałem przyjechać. Odegrać scenkę… – Zaczął się bezradnie szarpać w kajdankach, jakby chciał się odłączyć od Romana Kowala, który patrzył na niego z kamienną twarzą.

– To wyjaśni śledztwo! – krzyknął komisarz w stronę Marco, przywołując go do porządku.

– To nie jest potomek generała – jęknął Napoleon Ochocki, łapiąc się za głowę. Skrzyneczka, którą trzymał w rękach, znów sturlała się na podłogę. Tym razem zawiasy nie wytrzymały i wieko odpadło. Ze środka coś wyleciało.

Pierwsza podbiegła Marianka. Podniosła przedmiot z ziemi. Pokazała wszystkim na otwartej dłoni.

– To są te diamenty. – Wpatrzyła się w zszarzałe kamienie w oprawie ze sczerniałego srebra. Izabela wyjęła jej broszę z ręki i zaczęła obracać ją w palcach.

– Doskonale podrobione – stwierdziła, kiwając głową z uznaniem.

– Jak podrobione? – jęknął historyk, opadając na krzesło.

– Marianka, skocz do waszego pokoju i przynieś obraz – zarządził Mariusz Wejman w czasie, gdy agrafa przechodziła z rąk do rak.

 

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Po krótkiej chwili obraz leżał na stole przyniesiony przez zadyszaną od biegania po schodach Mariankę. Wszyscy zaczęli patrzeć na startą plamę, w miejscu której wcześniej był wymalowany kamień. Wszyscy oprócz Romana Kowala, który odwracał głowę i nie był zainteresowany.

– Świetnie pan to domalował. – Mariusz Wejman spojrzał na niego uważnie.

– A to też nieprawda? Ona nie była tu namalowana?! – Napoleon Ochocki opadł głową na stół, przylepiając czoło do blatu.

– Dokładnie była tu domalowana – wyjaśnił detektyw. – Przez Romana Kowala. Wszyscy prawie wiedzą, że potrafi on doskonale malować. To kopia stąd. Na oryginale Barbara nie ma tej agrafy, prawda, pani Halszko?

Halszka przytaknęła.

– Taką dostałam odpowiedź z Muzeum Wojska Polskiego.

– Ale po co? – jęknął historyk, nie podnosząc głowy.

– Żeby był pan pewny. Tego, że to co pan odnalazł, to właśnie dokładnie ta historyczna agrafa. Biżuteria na obrazie miała wyglądać identycznie, żeby nie było potrzeby sprawdzać autentyczności ozdoby.

– Kochanie, kochanie, doskonale wymyślone. Wiedziałam, że jesteś wszechstronnie uzdolniony – westchnęła Izabella. – Sam to wszystko wymyśliłeś? – zapytała męża, ale zdecydowanie patrzyła w kierunku animatorki.

– Sam! Sam. Ja nie mam z tym nic wspólnego – zadeklarowała Koralia Brączkowska.

– Ale pani doskonale o wszystkim wiedziała. – Detektyw wzruszył ramionami.– Specjalnie zarezerwowała pani pokój, na ścianie którego wisiał ten obraz. I wpuściła go w nocy, żeby domalował agrafę…

– Żeby tylko po to – zaśmiała się Izabella.

– Wypraszam sobie… – Koralia Brączkowska zaczęła się szamotać.

– Za późno – powstrzymał ją komisarz Bobko, zdobywając wdzięczny uśmiech Izabelli Kowal. – Śledztwo to wyjaśni… – Chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył.

– A jak pan na to wpadł!? – nie wytrzymała Marianka.

– Śledziłem zdradzającego małżonka, a przy okazji zobaczyłem, że kopie on w ogrodzie. I nie zbiera próbek gleby, tylko próbuje coś zakopać i oznaczyć. Coś, czego wyraźnie de Brigard z Napoleonem szukali. Ciągle coś jednak, jak nie Kowala, to pseudopotomka płoszyło. Jak nie Michalski – powiedział, patrząc w stronę dziadka, który wyprężył pierś – to ja. Albo Elżbieta Dębuś-Bajsert.

– Miała coś z tym wspólnego? – zapytał komisarz Bobko, nadymając się cały.

– Oj, chyba najwięcej – potwierdził detektyw – i chyba przypłaciła to życiem – dodał, a wszyscy zastygli. Poderwał się tylko komisarz. – Tak. Ona pierwsza rozpoznała Romana Kowala Chyba kojarzyła któryś z jego szemranych interesów, polegający na wyłudzaniu pieniędzy. Była też na tej słynnej już aukcji w Paryżu, sprawdziłem to na stronie fundacji; musiała też zapamiętać Napoleona. Nie wiem, na ile powiązała fakty, ale na pewno zamierzała wszystko dokładnie sprawdzić. Z obrazem włącznie. Roman Kowal postanowił się jej pozbyć. Roman Kowal był również dentystą, jak to już wcześniej padło. Potrafił bardzo precyzyjnie zaaplikować botoks, by zlikwidować zmarszczki.

– Zabił ją! – wykrzyknęła Marianka.

– Nie. Skorzystał z okazji, że Elżbieta Dębuś-Bajsert wypiła wino przeznaczone dla Izabelli i zapadła szybko głęboki sen. Wszedł do niej i zrobił jej dwa zastrzyki w okolicach oczu. Wiedział doskonale, gdzie przebiegają nerwy. Normalnie je omija, a teraz wbił igły tak, by je sparaliżować. Elżbieta Dębuś-Bajsert obudziła się. Najprawdopodobniej, kiedy o świcie zbierała się do wyjazdu, zorientowała się, że ktoś chodzi po parku. Zdenerwowała się jednak kłopotami z mruganiem powiekami i postanowiła jak najszybciej znaleźć w Poznaniu lekarza. Właśnie to było zamiarem Romana Kowala – chciał, by wyjechała i przez pół roku szukała przyczyny dziwnego paraliżu. Niestety zdarzył się wypadek.

– Czyli mamy nieumyślne spowodowanie śmierci! Nie podobało mi się to od początku – podskakiwał komisarz, wygrażając nie wiadomo komu. – Mówiłem, że wykryto botoks, ale ktoś zasugerował, że to po nieudanej wizycie u chirurga plastycznego. Próbowali mnie omamić… Do aresztu z nimi wszystkimi.

– Myślę, że Zbyszko Wieczorek nie chciał okraść pana Napoleona, raczej się przypodobać…

– Naprawdę? – westchnął Napoleon Ochocki, podnosząc głowę.

– Śledztwo to wykaże – powtórzył komisarz. – Zabieram wszystkich podejrzanych. Wstawać – zarządził, gdy pod oknami rozległ się dźwięk podjeżdżającego samochodu.

 

Pierwszy podniósł się ułan Zbyszko Wieczorek.

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

– Jeszcze porozmawiamy – rzucił w kierunku historyka z przepraszająca miną. – Ja to wszystko wyjaśnię. Nie mam z nimi nic wspólnego.

– Tak, wierzę. Spotkamy się – ucieszył się historyk. – Przecież mamy dużo wspólnego.

– Koniecznie – westchnęła Izabella z uśmiechem. – Jeśli ten młodziak miał niefrasobliwy stosunek do wydawania pieniędzy, to będzie z was razem doskonały tandem.

– Wychodzić! Jesteście oskarżeni fałszerstwo, próbę wyłudzenia, próbę kradzieży i co tam jeszcze … – Komisarz podrapał się po głowie. – O spowodowanie śmierci. Sąd oceni, jak bardzo nieumyślnej. Wychodzić! – powtórzył komisarz.

 

Ociągając się, skuci kajdankami ruszyli w kierunku drzwi.

Adios, pani Halszko. – Były potomek generała machnął ręką na pożegnanie. Halszka kiwnęła głową. Obejrzał się również Roman Kowal.

– Nie martw się. – Izabella Kowal machnęła ręką na pożegnanie. – Podeślę ci butelkę dobrego szampana do więzienia. Szkoda, że nie będziecie mogli go razem wypić. Zresztą pewnie pani coś wymyśli – zwróciła się do animatorki, która ostentacyjnie odwróciła głowę.

– Jemu podeśle pani wino?! – oburzyła się Dzięglowa, która właśnie zaczęła przypinać sobie agrafę do sukienki.

– W końcu mogłam znacznie więcej stracić – stwierdziła Kowalowa ze śmiechem. – Poza tym nie biorę życia zbyt serio.

– Ma pani rację, Napoleon zwykł mawiać, że szampan dla zwycięzców jest zasłużony, dla pokonanych – niezbędny.

– Ja zasłużyłem – stwierdził Michalski, wyciągając z kieszeni małą buteleczkę. – Chce ktoś? – zapytał. Marianka podniosła rękę, w którą Halszka strzeliła najmocniej jak się da.

– Żartowałam – jęknęła siostrzenica.

– Obiecałem, że wszystko się bardzo szybko wyjaśni – zwrócił się Mariusz Wejman do Halszki, gdy tylko zamknęły się drzwi za wyprowadzonymi z pałacu.

– Trzeba to uczcić – stwierdziła Izabella. – Ciekawe, czy mam jeszcze jakieś wino.

– Ja mam w domu napoleonkę, przywiozę…

– Pani jest wspaniała – pokręcił głową Napoleon. – I jak ładnie pani z tą broszką. Proszę ją wziąć.

– Mogę?

– Chyba nikt już nie będzie jej szukał – westchnęła głośno Halszka.

 

 

Koniec

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj