fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 18

W którym ktoś dodaje jeden do dziesięciu.

Halszka Nowicka została sama w pokoju Elżbiety Dębuś-Bajsert. Komisarz Bobko odebrał telefon z komisariatu w Środzie i musiał natychmiast pojechać. Oczywiście zapowiedział, że wróci, i rozkazał, by dostarczyć mu listę osób przebywających w pałacu, z dokładnymi danymi. Aspirant Śmierzchalski jedynie kiwnął głową i niczym ochroniarz za prezydentem szedł dwa kroki za swoim zwierzchnikiem, i to wystarczyło, żeby zza jego pleców nie widać już było komisarza.

 

Jak tylko znikł jej z oczu, Halszka zamknęła drzwi od wewnątrz, zostawiając na korytarzu resztę mieszkańców pałacu, chętnych do zajrzenia w głąb pokoju . Ledwo udało się jej wypchnąć animatorkę, która potrząsając lokami, próbowała wcisnąć głowę między drzwi a futrynę. Oraz Mariankę, która usiłowała przedrzeć się pomiędzy jej nogami. Halszka bezceremonialnie zatrzasnęła im wejście przed nosem i zastanawiała się, co powinna zrobić dalej. Dodzwoniła się do Urzędu Marszałkowskiego. Tam po kilku telefonach ustalono, że policja poinformuje rodzinę o rzeczach pozostawionych przez tragicznie zmarłą przedstawicielkę fundacji, a do tego czasu Halszka ma zamknąć pokój na klucz i nikogo oprócz policjantów tam nie wpuszczać.

Joanna Jodełka - fot. P. Kasicki

Joanna Jodełka - fot. P. Kosicki

Zrobiła kilka zdjęć w środku, zwracając szczególną uwagę na pozostawione rzeczy. Na pierwszy rzut oka nie przedstawiały większej wartości, choć ubrania musiały być drogie, ale przecież raczej wtedy, gdy wisiały na wieszaku w eleganckim sklepie, nie teraz. Tak samo z kosmetykami. Oprócz różnych drobnych bibelotów nic ciekawego tam nie było.

Elżbieta Dębuś-Bajsert nie dała się specjalnie lubić, i na dodatek co chwilę się odgrażała, ale to nie znaczyło, że Halszce nie zrobiło się smutno. Tak źle jej nie życzyła. Wszystko wskazywało, że kobieta miała zamiar pojechać tylko do Poznania i pewnie jeszcze tego wieczora wrócić. Zostawiła nie tylko drobiazgi, ale także rozliczenia z fundacji rozpisane w wąskich tabelkach i gotowe do pisania pióro. To właśnie było przytłaczające i przykre. Zmęczona od nerwów i stania Halszka bezwiednie usiadła na idealnie zasłanym łóżku, dokładnie przykrytym wzorzystą kapą. Oparła się dłońmi o materac i nawet zatliło się jej w głowie, by położyć się na chwilę, przytulając głowę do poduszki, ale po sekundzie poderwała się jak wystrzelona z procy. Uzmysłowiła sobie, że przed chwilą na tym łóżku spała kobieta, która teraz jest już nieżywa. Wydało się jej niestosowne, że tu teraz usiadła. Zaczęła nerwowo poprawiać narzutę tak, by wyglądała na nieruszaną, przynajmniej do czasu, aż ktoś przyjedzie po rzeczy. Wygładzała ją, ale wykonywała mnóstwo niepotrzebnych ruchów. Kiedy naciągnęła materiał z jednej strony, to brakowało go z drugiej. W końcu zaczęła poły kapy wciskać pomiędzy ramę łóżka a materac.

 

W pewnym momencie natknęła się na coś, co nie pozwalało jej przeciągnąć dłoni, coś sztywno wciśniętego. Włożyła głębiej rękę i zaczęła powoli to wyciągać. Po chwili zobaczyła żółty kant teczki. Otworzyła usta z wrażenia. Przez chwilę nie wiedziała, co zrobić, potem pomyślała, że przecież i tak przy dokładniejszym sprzątaniu ta teczka by się znalazła, więc może lepiej, że teraz ją odkryła, dołączy do rzeczy, które odbierze rodzina. Położyła znalezisko na biurku. Usiadała na krześle i zaczęła się mu przyglądać. Im dłużej patrzyła, tym więcej pytań kłębiło się jej w głowie. Dlaczego kobieta z fundacji chowała tę teczkę? Przed kim? I co w niej jest?

Przed oczami stanęła jej Elżbieta Dębuś-Bajsert, jeszcze niedawno ostrzegawczo pukająca w nią palcami. Tak jakby przetrzymywała tam informacje na każdy temat albo co najmniej donosy na tymczasowych mieszkańców pałacu. Może jednak zwyczajne prześwietlała konkurencję, zbierając materiały na temat każdego z osobna. A może jednak na kogoś konkretnego? A jeśli jest tam coś takiego, co każe inaczej myśleć o tym tragicznym wypadku, co nachalnie sugerował komisarz policji…

Najpierw gładziła opuszkiem ząbki czarnego zamka błyskawicznego, który biegł dookoła żółtej teczki. Potem zaczęła bawić się suwakiem, ciągnąc go to w jedną, to w drugą stronę. Nie było to zbyt poważne zabezpieczenie. Mogła teczkę w sekundę otworzyć, jedynym problemem był wewnętrzny opór. Gdyby Elżbieta Dębuś-Bajsert żyła, sprawa byłaby jasna, nie tknęłaby jej, nie rozważałaby tego przez sekundę. Ale ona nie żyła. I może to wcale nie był nieszczęśliwy wypadek? Wydawało się to nieprawdopodobne, ale przecież zmarła sugerowała wcześniej parę razy, że do czegoś śmiertelnego może tu dojść. Halszka próbowała sobie przypomnieć dokładnie, co takiego mówiła. Tak. Powiedziała to przynajmniej dwa razy. Tuż przed wyjazdem, wymachując kulą i zatrzaśniętą na niej łapką… jak to powiedziała… że ma już dość argumentów, żeby przerwać ten grożący śmiercią eksperyment. Mogło chodzić o niebezpieczne dla zdrowia pułapki, ale te argumenty… zastanawiała się, pociągając lekko suwak.

 

Elżbieta mówiła też coś jeszcze wcześniej, na pewno. Halszka zaczęła masować skronie, usiłując sobie przypomnieć… Czasami działało. Tak! Oczywiście, przed zebraniem. Zebraniem, którego sama się domagała. Wtedy nadziała się niefortunnie na talerz ze śniadaniem w rękach Kowala, i jak to ona powiedziała… jesteśmy na siebie skazani, musimy ustalić jakieś zasady współżycia, jeżeli chcemy przetrwać to bez szwanku i nie… Z wrażenia aż otworzyła szeroko oczy i usta… pozabijać się po drodze… Zabrzmiało to teraz jak zła wróżba. A jeśli jeszcze komuś grozi tu niebezpieczeństwo? Jej, Mariance? Nie wahała się już.

Zamaszystym gestem szarpnęła suwak. Przesunął się po wszystkich trzech krawędziach błyskawicznie. Wtedy nagle rozległo się raptowne pukanie do drzwi. Halszka podskoczyła z wrażenia na krześle, poczuła się jak przyłapany na kradzieży złodziej. Usiłowała jeszcze złożyć teczkę, ale wszystkie papiery podrzucone do góry zdążyły się rozsypać się po biurku, a część sfrunęła na podłogę.

– Ciociu! – usłyszała głos znudzonej Marianki. – Otwórz…

– Zaraz – burknęła Halszka, zbierając kartki z podłogi. Żałowała, że to otworzyła. Składała same papiery urzędowe. Jeden rzut oka wystarczył, by zorientować się, że jest to kopia złożonego do urzędu projektu. Kilkadziesiąt stron z tabelkami. Zdjęciami pałacu, z jakimiś wizualizacjami szklanych dobudówek.

– Ciociu! – krzyczała Marianka.

– Co?! – zasyczała Halszka, pośpiesznie składając dokumenty. Nie zdążyła się nawet tym kolorowym wizualizacjom dobrze przyjrzeć.

– Bo ja się nudzę – wykrzyczała przez drzwi, chyba wprost do dziurki od klucza.

– Zajmij się czymś – odparła ,równając kartki zebrane z podłogi.

– Nie ma nikogo fajnego… – jęczała. – Zbyszko gdzieś pojechał, a właściwie nie wrócił… Michalski się schował… Nie wiem, co mam robić… Nudzę się.

– Wymyśl sobie coś… Potrafisz – odpowiedziała jej Halszka, składając teraz kartki rozrzucone na biurku.

– Ale ja jestem głodna… – lamentowała Marianka. Halszka, kręcąc głową, spojrzała na sufit.

– A czy ty masz pięć lat?! Weź sobie sama albo poproś panią Dzięglową, coś ci da… – zaproponowała siostrzenicy, wkładając do teczki ostatnie kartki. Te też próbowała wyrównać, stukając plikiem o biurko, ale jedna była inna od wszystkich, grubsza, złożona na pół, odrobinę większa, jak z notesu o niestandardowych wymiarach.

– Ale ona uciekła.

– Jak to uciekła? – zapytała, wyciągając kartkę ze środka.

– No, wsiadła na rower i uciekła – zdawała relację Marianka, mówiąc jeszcze przez chwilę do dziurki od klucza. – Nie ma jej i tyle, a ja się nudzę – dodała i najwyraźniej osuwając się po drzwiach, usiadła na podłodze. – Zajmij się mną!

– Zaraz! – krzyknęła Halszka i rozłożyła zgiętą wpół kartkę. Chwilę się przyglądała odręcznym zapisom. Niewątpliwie miała przed sobą listę zadań. Dużymi literami napisane było:

 

SPRAWDZIĆ!!!

 

– 10 brylantów + jeden!

– Kto nosi buty Napoleona?

 

– No, otwórz! Sama jak palec tu siedzę – biadoliła nastolatka.

– Zaraz – powtórzyła.

– Nie mogę przecież leżeć w korytarzu na podłodze. Jeszcze się ktoś o mnie potknie.

Halszka prychnęła pod nosem. Znając swoją siostrzenicę, wiedziała, że ta rzeczywiście może położyć się w poprzek korytarza.

– Już idę – powiedziała zasuwając żółtą teczkę. Zauważyła, że jeszcze jedna kartka wystaje z pliku. Jest nierówno złożona albo też większego formatu. Nie miała jednak czasu już sprawdzać. Nie chciała, by ktoś widział Mariankę siedzącą tuż pod drzwiami zmarłej tragicznie Elżbiety Dębuś-Bajsert. Na pewno nie wtedy, gdy ona jest w jej pokoju i go przeszukuje. Kartkę z zapiskiem schowała na samym końcu. Teczkę zostawiła na stercie papierów na biurku. Nie było sensu już jej chować.

– Kto nosi buty Napoleona? – powtarzała, cicho otwierając drzwi. Nie chciała zapomnieć tego, co przeczytała, jakkolwiek bzdurne się jej to wydawało. – Dziesięć brylantów plus jeden. Dziesięć brylantów plus jeden.

– Co tam mówisz?

– Nic – odpowiedziała jej Halszka i przekręcając klucz, powtórzyła raz jeszcze, szepcząc pod nosem: – Dziesięć brylantów plus jeden… O co chodzi? – zapytała sama siebie.

– Ja wiem! – wykrzyknęła Marianka. Dokładnie w momencie, w którym Halszka zobaczyła przypatrującego się im zza rogu malarza. Stał i patrzył bez słowa, jak ona zamyka drzwi od pokoju Elżbiety Dębuś-Bajsert. Schował się gdy spojrzała w jego stronę.

– Nic nie wiesz – ucięła wypowiedź nastolatki. – Co chcesz jeść?

– Przede wszystkim nie to, co ty zamierzasz mi zrobić do jedzenia – jęknęła Marianka.

– Idziemy. – Halszka szarpnęła ją za ramię, kierując w stronę schodów.

– Nie ciągnij mnie tak, przecież idę – zaprotestowała dziewczyna. – Ja wiem, gdzie jest dziesięć brylantów plus jeden. Pokazać ci?

– Pizzę, pizzę chcesz?! – przerwała jej Halszka. Bez względu na to, co wiedziała Marianka, nie chciała, żeby mówiła to na głos.

– Skąd ty tu weźmiesz pizzę? – zapytała nastolatka, podskakując z radości.

– Coś wymyślę – westchnęła zadowolona, że siostrzenica zbiega ze schodów. Malarz został na piętrze.

Gdy były już na dole, zaciągnęła ją do pustego kantorka.

– Co ty wiesz o brylantach? – zapytała, trzymając ją mocno za ramiona. – Widziałaś gdzieś je?

– Tu. Wydaje mi się, że je tu widziałam – stwierdziła Marianka, patrząc się w sufit. – Jak tu?!

– No dziesięć plus jeden.

– Możesz mówić jaśniej? Skąd to wiesz?

– Bo policzyłam. – Halszka z wrażenia wbiła jej palce w skórę. – Auć! Nie ciśnij mnie tak!

– Widziałaś brylanty? Liczyłaś? – Nie mogła pojąć tego, co słyszy.

– Nie wiem w sumie, czy brylanty. Mogą to być kryształy Swarowskiego – stwierdziła Marianka, przewracając oczami. – Nie wiem… Nie znam się. W końcu są namalowane.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj