fot. Mariusz Forecki

Winna Góra – rozdział 22

W którym nie pierwszy raz się okazuje, że podsłuchując, można się czegoś dowiedzieć.

 

Komisarz odjechał, a Halszka Nowicka nie za bardzo wiedziała, jak wytłumaczyć to wszystkim zebranym w sali balowej. Nie zamierzała mówić o jadzie, bo sama nic o nim nie wiedziała. Zresztą im dłużej o tym myślała, tym nabierała większego przekonania, że musiała, coś opacznie zrozumieć. Zastanawiała się również, czy to nie rodzaj jakiegoś dowcipu, którego nie była w stanie poprawnie odczytać. Powtórzyła więc to, o czym już wszyscy wiedzieli. Zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, tak stwierdziła policja, a komisarz zamierza zamknąć sprawę.

 

– To po co nas tu ściągał? – Izabella Kowal wydęła usta z niesmakiem. – Czy my tu nie mamy ciekawszych zajęć? – dodała, patrząc wyraźnie w kierunku malarza.

– Zdaje się, że otrzymał jakąś ekspertyzę, która wyjaśniła wszystkie niejasności… – plątała się Halszka.

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

Joanna Jodełka, fot. Paweł Kosicki

– Tak nie powinno być – wyrwała się Koralia Brączkowska, wyjątkowo nerwowo wymachując rękami. – To mocno dezorganizuje nasz czas. Bo muszą państwo wiedzieć, że ja mam wszystko zaplanowane. Niech każdy to wie. Dosłownie wszystko, w szczegółach. – Animatorka potrząsała rudymi lokami wyjątkowo energicznie. – Niech nikt nie myśli, że zaistnieją takie okoliczności, nawet tragiczne, które mogą to odmienić. W moim życiu, w mojej pracy, często tak jest, show must go on…  – dodała już mocno roztrzęsiona.

– Ale o co on chciał nas pytać? Przecież nikt z nas nie był świadkiem tego wypadku – zagaił Mariusz Wejman. – Chyba że ktoś był? – zapytał, patrząc po wszystkich.

– Zdaje się, że chciał wyjaśnić coś… a to się samo wyjaśniło… – próbowała wytłumaczyć Halszka.

– Może nie ma co deliberować na temat tego nieszczęścia – oświadczył Napoleon Ochocki, wstając z krzesła. – Już Bonaparte w tysiąc osiemset trzynastym pisał do swego ministra policji, generała Savary’ego, że „dobry policjant nie dostrzega tego, czego nie musi dostrzegać i powinien się skoncentrować tylko na sednie sprawy” – oświadczył niezwykle podniosłym tonem.

– Tak… pewnie mu o to chodziło – nieśmiało przytaknęła Halszka.

– Cóż… – westchnął siedzący obok historyka Marco de Brigard, który od dłuższego czasu zajmował się czyszczeniem swoich okularów słonecznych. – Teatro de la vida. Teatr życia – dodał, przeglądając się w nich. 

 

– Chyba śmierci – prychnęła Marianka.

– Może po prostu zakończmy to spotkanie, uczciwszy tę Dębusiową minutą ciszy – zaproponowała Izabella Kowal. Wszyscy spojrzeli w jej kierunku z lekkim zdziwieniem i zażenowaniem. – A jeszcze lepiej kieliszkiem wina – niezrażona rzuciła w kierunku męża. Ten odwrócił głowę, udając, że patrzy w okno. Zapanowała niezręczna cisza.

– A ja proponowałabym ustalić, co będzie na kolację. – Zmieniła temat Koralia Brączkowska, wstając od stołu. – Zamierzam dziś w bardzo aktywny sposób zbadać okolicę. I muszę dokładnie zaplanować moje posiłki. Bilans energetyczny powinien się zgadzać. W moim przypadku to bardzo ważne – dodała, kładąc obie dłonie na własnej talii. – To sztuka utrzymać ciało w dobrej kondycji.

– Dla kogo sztuka, dla tego sztuka – odparowała jej Izabella. – Będę zajęta aktywnym pozowaniem naszemu artyście. – Wygięła się na krześle. – Dowiem się, co dla mnie jest dobre albo najlepsze – zakończyła z uśmiechem.

 

– A więc co mamy do jedzenia?  – zapytała animatorka, ze zniesmaczoną miną idąc w kierunku wyjścia.

– Zajmę się tym – westchnęła głośno i przesadnie Marianka. – Też jestem głodna.   

Halszka opuściła salę balową najszybciej jak się dało. Zostawiła wolną rękę Mariance. Jak uda jej się zorganizować kolację, to dobrze, jak nie, to goście będą musieli poradzić sobie sami. Tak postanowiła, obwieściła to siostrzenicy, a ta zajęła się tym nad wyraz sprawnie. Prawdopodobnie we własnym interesie. Lub Dzięglowej, tego do końca Halszka nie wiedziała. Grunt, że pojechała do niej rowerem i przekonała ją do przygotowania posiłków.

Być może wystarczyło oświadczyć jej, że policja już sobie poszła i nie zamierza wrócić. I zadziałało. Marianka wpadła tryumfalnie do jej pokoju, machając kartką z menu. Już prawie zasypiając, wybrała leniwe i poprosiła, by siostrzenica do wieczora jej nie przeszkadzała. Bo do kolacji albo dłużej planowała spać. Czuła się wyczerpana. Wstała przecież o świcie, a potem jeszcze tyle się działo. Chciała też dać odpocząć nodze, która choć nie była już opuchnięta, pobolewała trochę. Marianka chwilę pojęczała, a potem pobiegła zbierać zamówienia. Jeszcze przez okno widziała, jak zbliża się do malarza rozstawiającego sztalugę gdzieś przy alei grabowej. Potem położyła się i odpłynęła na kilka godzin. Spałaby dalej, gdyby siostrzenica nie obudziła jej, wpadając do pokoju. To nie było dziwne, że weszła bez pukania, zaskakujące było to, że zamyka drzwi od środka i przystawia ucho do drzwi, jednocześnie drapiąc się po nogach.

 

– Co robisz? – zapytała Halszka, przyglądając się jej zaspanym wzrokiem.

– Sprawdzam, czy ktoś nie podsłuchuje – oświadczyła dziewczyna szeptem.

Halszka podniosła się na łóżku.

– Co ci się stało? – zapytała, widząc bąble gołych na nogach nastolatki i dwa suche liście sterczące w jej włosach. Do koka na czubku głowy wpiął się nawet mały patyk. – Coś ty robiła?

– Czołgałam się – poinformowała ją prawie bezgłośnie, przysiadając na łóżku.

– W pokrzywach?

– No, była taka kępa. Musiałam w nią wleźć, bo prawie wcale nie słyszałam.

– Kogo ty podsłuchiwałaś? – Halszka prawie krzyknęła, ale niezbyt głośno, bo Marianka przystawiła jej rękę do ust.

– Ciszej! – wysyczała. – Nie po to podsłuchuję, żebyś teraz wygadała.

– Mów.

– Miałam w planie zapytać, czy leniwe, czy potrawka, ale oni tak się czaili, tak szeptali, tak się namawiali, że nie wytrzymałam. Zapytałam, co chcą, żeby nie nabrali podejrzeń, a potem pobiegłam niby z powrotem.

– Kto? Co?

– Napoleon leniwe, a ten Marco potrawkę.

– Aha – westchnęła Halszka.

 

– Słuchaj! Odbiegłam kawałek za drzewa, potem wróciłam i wczołgałam się w krzaki przy stawie, zaraz obok tego kamienia, co wdepnęłaś w dziurę. Pamiętasz? Tam się schowałam.

– Ale po co? Nie rób takich rzeczy! – zbulwersowała się Halszka.

– Ciszej – przystawiła palec do ust. – Bo oni mówili, że mają ten list.

– Jaki list?

– Skąd ja wiem, jaki! – oburzyła się Marianka. – Jakiejś prababki czy coś? I według tego mają szukać.

– Czego szukać?

– Nie wiem! Próbowałam podpełznąć bliżej. A tam te pokrzywy i nie wytrzymałam. Musiałam się wycofać do tyłu.

– Nie można się wycofać do tyłu.

– Ja mogłam – prychnęła Marianka z obrażoną miną. – Chodź na kolację. Wszyscy już chyba są. Widziałam przez okno, jak się wycofywałam do przodu. Idę do łazienki – oświadczyła już podniesionym głosem.

– To umyj ręce i wyjmij te liście z włosów – poinstruowała ją, wstając z łóżka. Sama zaś podeszła do lustra i zaczęła kręcić głową z niedowierzaniem.

Na schodach Marianka oświadczyła, że jeszcze ich wywęszy. Halszka postanowiła porozmawiać z nią po kolacji. W dużej kuchni, przy długiej ławie siedzieli już prawie wszyscy. Jedni kończyli jeść, inni zaczynali. Krysia Dzięglowa w kwiaciastej sukni i z uśmiechem od ucha do ucha nakładała kolejne dania. Marianka podeszła do niej. Dostała podwójną porcję leniwych i nim Halszka zdołała się zorientować, jej siostrzenica usadowiła się dokładnie obok Napoleona Ochockiego, spychając na bok de Brigarda, który niemrawo dłubał widelcem w talerzu. Zupełnie inaczej niż ułan, który pochłaniał kluski w niesamowitym tempie. Malarz siedział blisko Izabelli, popijającej wino z pełnego jeszcze kieliszka. Jej mąż siedział zasępiony po drugiej stronie stołu, ze wzrokiem wbitym w obrus, a obok niego ćwierkała wyraźnie zadowolona animatorka.

– To wszystko jest przepyszne – zachwycała się Koralia Brączkowska. – Wyjątkowo. Wiem, co mówię, organizowałam niejedne warsztaty kulinarne. Pani Krystyno, mogłaby pani stawać w szranki z najlepszymi. Oczywiście w kategorii kuchnia polska, to zawęża krąg odbiorców, ale…

– Ale dla pana, panie Napoleonie – Dzięglowa uśmiechnęła się zalotnie do historyka – to mam napoleonkę, na francuskim cieście. – Tryumfalnie ściągnęła płócienną ściereczkę z stojącej na środku stołu blachy i zamachała nią jak flagą.

Rozległy się cichsze i głośniejsze ochy i achy. Napoleon Ochocki ze wzruszenia zakrył usta rękami.

– Może ja też się skuszę? Na prawdziwym francuskim? – zapytała z przejęciem animatorka Koralia Brączkowska, a Dzięglowa przytaknęła tak ochoczo, że aż za trzęsły się jej policzki. – To ja skosztuję, tak od święta – stwierdziła.

– I ja. I ja. I ja – rozległo się z kilku stron naraz. Lekki rozgardiasz połączonych głosów i stukających sztućców przerwał dosyć poważny ton Marianki.

 

– A tak à propos napoleonki, to na przykład taki Napoleon mógł tu coś wartościowego zostawić?  – zapytała niby od niechcenia. Halszka zastygła z podanym jej przez kucharkę talerzem. – Coś, co jest dużo warte? – dodała, patrząc w sufit.

– Nie – zaśmiał się Napoleon Ochocki. – Nic tu nie mógł zostawić, bo go tu nigdy nie było. Co innego w Poznaniu, tam był, i to trzy razy. Nocował w do dziś istniejącym budynku, przy kolegium jezuickim, teraz jest tam urząd miasta – opowiadał z przejęciem. – Francuzi nawet nazwali go Chateau du Posen. To był wtedy najbardziej reprezentacyjny obiekt w mieście. Było to w tysiąc osiemset szóstym. Cesarz przebywał wtedy w Poznaniu ponad trzy tygodnie Poznań stał się na ten czas ówczesną stolicą Europy, tak opisują to niemieccy historycy – kontynuował, widząc, że przyciągnął uwagę. – Nic dziwnego, w Hotelu Saskim na Wrocławskiej, też stoi w tym samym miejscu do dziś, Napoleon podpisał wielce znaczący pokój z Fryderykiem I…

– A tu? – przerwała mu Marianka.

– Tu nie – odparł niepocieszony Napoleon. – Jan Henryk Dąbrowski tylko dostał ten majątek ziemski od Napoleona. Już mówiłem…

– No, tak – westchnęła Marianka przesadnie głośno, a Halszka próbowała szturchnąć ją nogą pod stołem. Nie mogła jednak dosięgnąć. Zgromić wzrokiem też nie mogła, bo nastolatka wywijała oczami na prawo i lewo, patrząc wszędzie, tylko nie na nią. 

– A inne jakieś wartościowe rzeczy mogły tu zostać? – zastanawiała się dalej. Historyk głośno chrząknął.

– To ja tego ciastka poproszę kawałek – zwrócił się do Krysi Dzięglowej, która szybko podała mu jego porcję.

 

– Mi również proszę ukroić – podłączyła się animatorka, od razu wyciągając rękę. – Będę chyba musiała pobiec do Poznania i z powrotem, ale co tam, raz się żyje. – Zamachała dłonią przed twarzą. Kucharka kroiła dalej.

– Ale taka ciekawostka mi się przypomniała – odezwał się Napoleon, przełykając kawałek ciasta. – Wyborne, godne królewskiego stołu, co ja mówię, cesarskiego – poprawił się, strząsając cukier puder, którym ubrudził sobie nos. Krysia Dzięglowa prawie podskoczyła z radości. – Co ja to mówiłem, aha, że generał Dąbrowski, twój pradziad – oświadczył, patrząc tym razem w kierunku de Brigarda – posiadał zegarek darowany mu przez samego cesarza. Piękny gest – westchnął. – Czyli dostał go od samego Napoleona i zapewne miał w swoim czasie.

– Zegarek? – zaciekawiła się Marianka.

 – Tak, zegarek, w podzięce za zasługi wojenne.

– A ile takie coś… – zapytała, kręcąc kolczykiem w brwi. – Taki zegarek na przykład byłby wart…

– Nie wiadomo, ale skoro buty Napoleona kosztowały… – wtrącił się do rozmowy malarz, a Halszka zdębiała. Zapomniała już o butach, a te pojawiły się ni z tego, ni z owego. Raptownie zamilkł również historyk. Izabella się zainteresowała, odwracając się w ich kierunku i zerkając z ciekawością. Nagle oczy wszystkich zwróciły się na animatorkę. Koralia Brączkowska zaczęła się nerwowo drapać po szyi i dekolcie. Gołym okiem było widać, jak dostaje coraz większych i coraz bardziej czerwonych plam. Po chwili zaczęła chwytać powietrze ustami jak ryba. I zaczęła się dusić. 

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj