fot. Olga Urban

Winna Góra – rozdział 29

W którym coś odpada i Marianka się martwi.

Halszka Nowicka patrzyła na obraz przedstawiający ślub Barbary Chłapowskiej i generała Jana Henryka Dąbrowskiego. Wyglądał tak jak przedtem oprócz małej rozmazanej plamki tam, gdzie była namalowana agrafa z diamentami, przypięta do sukni ślubnej panny młodej.

– Tylko dotknęłaś? – zapytała stojącą obok siostrzenicę.

– Już ci mówiłam – jęknęła Marianka. – Wstałam i śniły mi się te diamenty, co oni ich szukają. Zobaczyłam, że ciebie nie ma, to tu przyszłam.

– Akurat tu?

– Jakbyś była w łóżku, to bym cię tu nie szukała.

– I tu mnie szukałaś? – Halszka traciła cierpliwość.

– Stąd zaczęłam – westchnęła Marianka, rozkładając ręce.

– I paluchem drapałaś po płótnie, żeby mnie znaleźć?! – dopytywała się coraz bardziej zdenerwowana. Patrzyła i widziała przetarty fragment, dokładnie w miejscu, gdzie był największy brylant.

– Tak tu grubiej było i zahaczyłam paznokciem, i odpadł kawałeczek… – tłumaczyła się małolata, skubiąc kolczyk w nosie.

– Jak odpadł? – syknęła Halszka.

– Taki mały ten kawałeczek był… nie dał się przylepić z powrotem… próbowałam i starłam chyba jeszcze bardziej. Im bardziej próbowałam…

– Wystarczy – powstrzymała ją i rozglądając się dookoła, zdjęła obraz ze ściany. – Do pokoju. Natychmiast! – pogoniła Mariankę, która bez protestów ruszyła na górę. Wzięła płótno pod pachę i poszła za nią, modląc się, żeby nikt za nimi nie szedł.

 

Udało się. W pokoju ustawiła obraz na podłodze i zaczęła się w niego wpatrywać. Zapewniono ją, że w pałacu nie ma cennych eksponatów, ale nawet jeśli obraz nie był cenny, to i tak nie wolno go było niszczyć.

– To nie powinno tak odleźć samo – stwierdziła Marianka, stając za jej plecami.

– Nie powinno się dłubać w obrazie – warknęła. – Do łazienki! Zdaje się, że wczoraj się nie myłaś! – wygoniła nastolatkę, która poszła bez zbytniego szemrania.

Przez moment chciała pobyć sama. Przemknęło jej przez myśl, że może nikt nie zauważy tego przetarcia. Ale po chwili sama stuknęła się w głowę. Jak mieliby tego nie zauważyć, skoro wszystko wskazuje na to, że wszyscy interesują się tym obrazem i akurat tą biżuterią. Dumając nad tym dłużej, musiała zgodzić się z siostrzenicą, że to nie powinno tak się zetrzeć. Delikatnie przejechała palcami po płótnie. Reszta obrazu była gładka, trzeba by było bardzo mocno skrobać, żeby odkleić farbę. Tylko w miejscu agrafy faktura była grubsza. Nierówna i chropowata. Na pierwszy rzut oka nie do odróżnienia, ale im dłużej patrzyła, tym bardziej jej się wydawało, że zapinka jest domalowana. Znacznie później, a akurat pod zgrubieniem wyobrażającym największy brylant farba była jeszcze mokra.

 

Joanna Jodełka, for. P. Kosicki

Joanna Jodełka, for. P. Kosicki

Włączyła komputer. Zasięg był słaby, ale wystarczył, by wyskoczyła mała ikonka z obrazem. Powiększyła ją na tyle, na ile się dało, ale i tak nie była w stanie dojrzeć tej agrafy. Nie wiedziała jednak, czy ogląda oryginał, czy jakąś kolejną kopię. Informacje nie były dokładne.

Marianka przeciągała mycie się i ten czas wystarczył, by odszukać adres mailowy Muzeum Wojska Polskiego, znaleźć adres kuratora i wysłać pytanie.

 

Czy na oryginalnym obrazie widać brylantową agrafę, którą w prezencie ślubnym dostał generał Dąbrowski i która była ofiarowana jego świeżo poślubionej małżonce?

 

 

Wyjaśniła, że potrzebuje tej informacji do przygotowywanego przez nią opracowania dla Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego. Jest to ważne i prosi o pilną odpowiedź. Postanowiła, że jak nikt się nie odezwie, to po południu sama przedzwoni. Do tego czasu musi dowiedzieć się jak najwięcej o tym, co tutaj się dzieje. Bo że coś się dzieje – nie miała już żadnych wątpliwości. Elżbieta Dębuś-Bajsert miała śmiertelny wypadek, a dziadek Michalski sam się w tył głowy nie uderzył. Ona sama też skręciła nogę, wpadając do świeżo wykopanego dołka.

Musi wypytać komisarza Bobko. Porozmawia z nim o tym jadzie i nie da się zbyć jakimś tam RODO. Innych też wypyta. A zacznie od malarza. I to już.

Wyszła i nie zastanawiając się zbytnio, zapukała do jego pokoju. Gdy ten uchylił drzwi, bez zbędnych ceregieli pchnęła je i nie czekając na zaproszenie, wparowała do środka.

– Nie przeszkadzam, prawda? – stwierdziła. Malarz kiwnął głową z lekka zdziwiony, ale pokazał jej krzesło. Nie usiadła, zaczęła już od progu. – Jestem opiekunem tego obiektu i nawet jeśli nie wiedziałam nic o projekcie i konkursie na zagospodarowanie go, to teraz jestem za niego odpowiedzialna – oświadczyła poważnym tonem. – Ani mnie, ani Departamentu Kultury, jak się domyślam, nie interesują romanse … – przez chwilę się zacięła, nie wiedząc, jakich słów użyć –…znaczy relacje między dorosłymi ludźmi… i wolałabym o nich nie wiedzieć, ale to inna sprawa, właściwie nie moja. Natomiast nie mogę pozwolić na szpiegowanie, robienie zdjęć i cokolwiek, co pan tam zamierza jeszcze zmalować – powiedziało się jej już bezwiednie, gdy spojrzała na rzuconą w kąt sztalugę.

Mariusz Wejman chwilę na nią patrzył, po czym uśmiechnął się i rozłożył ręce na boki.

– Nakryła mnie pani. Nie potrafię malować – stwierdził. – Choć bardzo bym chciał. Nie znam się też na architekturze. Nauczyłem się na pamięć z Wikipedii paru cytatów i opisów. Chciałem zrobić na pani wrażenie – uśmiechnął się.

– Zrobił pan wrażenie – odpowiedziała poważnym tonem. – Ale nie malowaniem, na tym się nie znam, ale tym strzelaniem fotek z ukrycia. To mi się nie podoba, i to bardzo.

– Co zrobić, taka praca. – Ponownie rozłożył ręce.

– Jaka praca? – zapytała, a Mariusz Wejman pokazał jej krzesło.

– Jestem prywatnym detektywem, mam licencję – oświadczył, a Halszka przez chwilę patrzyła na niego z otwartymi ustami i już nie oponując, usiadła.

– Detektywem?

– Tak.

– A co niby robi tu detektyw?

– Wynajęła mnie Izabella Kowal. Postanowiła nakryć męża na zdradzie i się udało – stwierdził z zadowoleniem.

– To on miał wcześniej romans?

– Zdaje się, że tak. Intuicja nie zmyliła pani Izabelli. To jej czwarty mąż. Zna się na mężczyznach. Wiedziała, że coś knuje.

– I pan cały czas ich szpiegował?

– Nie cały czas. Czekałem na dobre ujęcie. I się doczekałem.

– Ona o tym wiedziała?

– Tak, nawet wiedziała, że jej dosypuje do wina jakiś środek nasenny, ale nie oponowała. Mówiła, że lubi się dobrze wyspać. A jej mąż będzie miał większą swobodę działania.

– Była z nim, wiedząc, że ją zdradza – zdziwiła się.

– Tak, już od jakiegoś czasu, ale czekała, aż botoks przestanie działać i małżonek wstrzyknie jej kolejną dawkę. Stwierdziła, że ma niezwykły talent do modelowania twarzy. Nie miała nigdy nikogo z tak dobrym wyczuciem. A ona dba o przemijającą urodę.

– Tylko dlatego? – zapytała, a malarz przytaknął.

– Bardzo chciał tu przyjechać. Zgodziła się, skoro nalegał. Domyślała się, że przyjedzie też kochanka. Wynajęła mnie i użyła swoich kontaktów, bym mógł tu się znaleźć, nie wzbudzając podejrzeń, i na miejscu znaleźć dowody jego zdrady. Pożyczyłem więc sztalugę, ubranie i wykonałem zlecenie.

– Ach tak – westchnęła Halszka, patrząc na jego poplamione farbami spodnie. – Ale on mówił, że chce hodować winogrona.

– Właśnie – zaśmiał się Mariusz Wejman. – Myślałem, że to jakiś pretekst, żeby się spotkać z kochanką. Dosyć perfidnie, pod bokiem żony…

– Czyli wykonał pan zadanie? – zapytała i wstała. Nie była pewna, czy chce słuchać dalej.

– Niby tak… – zawahał się Mariusz Wejman. – Ale tu dzieje się coś jeszcze i to jest dziwne.

– Co?

– Ktoś tu też przyjechał jeszcze w innym celu… – Znowu usiadała. – I nie tylko Roman Kowal ma łopatę.

– Tak – zgodziła się Halszka. – Widzieliśmy historyka z Kolumbijczykiem, jak chodzili o świcie po parku.

– Właśnie. I to jest dowód, że nie tylko niewierny małżonek coś ukrywa.

– Ale co?

– Mam wrażenie, że to się szybko wyjaśni. Moim zdaniem dziś w nocy.

– Dlaczego dziś w nocy?

– Takie mam przeczucie. Zdradzone żony mają swoją intuicję, detektywi swoją.

– A ta Dębuś-Bajsert, czy to był nieszczęśliwy wypadek?

– Tego nie wiem, wiem, jak brzmiał raport policyjny, ale nie wszystko jest takie jasne, jak to z niego wynika – powiedział i kątem oka spojrzał na biurko. Halszka też podążyła za nim wzrokiem i pod stertą szkiców dojrzała znajomy żółty róg. Zerwała się z krzesła. Odrzuciła papiery.

– Ukradł to pan! – krzyknęła, wyciągając żółtą teczkę.

– Nie. Pożyczyłem – odpowiedział jej, wzruszając ramionami. – Oddałbym rodzinie, ale chciałem poczytać.

– I co pan wyczytał?

– Że jej też coś nie pasowało, albo raczej ktoś. Ktoś, kto był na aukcji w Paryżu.

– Tam, gdzie licytowano buty Napoleona?

– A pani skąd wie? – Halszka speszyła się, też przecież przeglądała notatki Elżbiety Dębuś-Bajsert i widziała zapiski podpisane „Sprawdzić!”.

– Wiem – odpowiedziała, czerwieniąc się.

– Czy ktoś pani ostatnio mówił o tej aukcji?

 

Halszce od razu stanął przed oczami ułan. Ale nie odezwała się. Zastanawiała się, czy powiedzieć o tym Mariuszowi Wejmanowi. Niby mówił składnie, niby mu wierzyła, ale do końca też nie była pewna… Chciała to przemyśleć.

– Ciociu! Ciociu!!! – dobiegły ją krzyki z korytarza.

– Porozmawiamy później – ucieszyła się z ratunku. Pierwszy raz Marianka wołała ją w samą porę.

– Byłbym wdzięczny, gdyby pani nie mówiła jeszcze o moim zadaniu… osobom zainteresowanym. Zamieszanie, jakie powstanie, może spłoszyć innych, a mam przeczucie, że mamy tu do czynienia z czymś większym niż zwykła zdrada. Już dawno nie miałem takiej ciekawej sprawy.

Halszka niepewnie kiwnęła głową i wyszła.

Na korytarzu od razu dopadła ją Marianka.

– Ciociu! Ciociu! Dzięglowa wróciła. Będzie śniadanie! Masakra, ale się cieszę. Chodźmy do kuchni.

Halszka nic nie powiedziała, ale bez protestów dała się siostrzenicy ciągnąć za rękę schodami na dół.

Miała rację. Krysia Dzięglowa stała przy lodówce, trzymając się pod boki. Na stole były porozkładane siatki z warzywami.

– Ja nic z orzechami tu nie podałam – oświadczyła podniosłym tonem. – Ja już w życiu zniosłam dość upokorzeń, ja się teraz nie dam – dodała, trzęsąc się cała. – Ja powiem, co zrobiłam, ale nie przy dziecku.

 

Halszka przypomniała sobie, jak Dzięglowa mówiła coś o seksie. Machnęła ręką na Mariankę.

– Sprawdź, co u wiernej klaczy – poprosiła stanowczo.

– Ale ja nie jestem dzieckiem – żachnęła się nastolatka, jednak zrezygnowanym krokiem ruszyła w kierunku drzwi.

Gdy były same, Dzięglowa zaczęła szeptać.

– Bo ja byłam z jednym takim… co z mojego telefonu wydzwaniał na te… długie numery – szepnęła jej prawie do ucha – i z tego zrobił się duży rachunek, a ja pracowałam w kasie jako kasjerka w banku tu spółdzielczym i pożyczyłam na chwilę… ale kłamać to ja nie potrafię i się wydało, nim wszystko oddałam. Ale oddałam już i nikt mi nie będzie teraz mówił, że ja kogoś ukatrupić chciałam orzechami… – wyjaśniała z przejęciem. – Jak miałabym ukatrupić, to tego, co już go przegnałam i nawet nie zdzieliłam porządnie… łajdusa jednego… A muszę powiedzieć, że mnie świerzbiła ręka… Bo ja bardzo kochliwa jestem – westchnęła – ale… – Nie dokończyła, bo w korytarzu przed kuchnią niespodziewanie stanął Napoleon Ochocki z walizką.

– Ja bym chciał tylko powiedzieć, że wyjeżdżam na chwilę, ale wrócę jeszcze dziś wieczorem. Muszę do Poznania, pilnie… bardzo pilnie – powtórzył.

– Wyjeżdża pan. – Załamała pulchne ręce kucharka. – A ja dla pana ciasto z truskawkami upiekłam.

– Pani Krysiu… – westchnął historyk, a za jego plecami pojawił się Mariusz Wejman.

– To musi pan spróbować przed drogą – minął go pseudomalarz i podszedł prosto do Halszki.

– Takie dobre… – zachwalała kucharka, pokazując blachę z ciastem.

– Niech go pani zatrzyma na chwilę. Proszę, to ważne –szepnął detektyw do ucha Halszki.

– Jak? – Popatrzyła na historyka, który zostawił bagaż w korytarzu i podszedł do kucharki, a ta pokazywała mu ciasto.

– Proszę – powtórzył Mariusz Wejman błagalnie. – Potrafi pani.

– Ale po co?

– Muszę sprawdzić, czy coś stąd nie wywozi – dodał, rzucając okiem na stojącą w korytarzu małą walizkę.

 

Halszka nie bardzo wiedziała, co ma zrobić. Ale przestraszyła ją myśl, że Napoleon rzeczywiście coś wykopał i teraz ucieka. Spojrzała na historyka. Nie wyglądał groźnie, ale chodził przecież z łopatą po parku.

– Panie Napoleonie, niech pan spróbuje tego ciasta, pani Krystyna tak się napracowała, a ja w tym czasie przyniosę książkę.

– Nie potrzebuję jej, wieczorem odbiorę – bronił się zakłopotany Napoleon.

– Ale przyniosę. Siostrzenica już przeczytała. Niech pan czeka. Usiądzie, spróbuje – powiedziała zdecydowanym tonem.

– Przed drogą koniecznie, koniecznie, na chwilę – przekonywała również kucharka, ciągnąc go w głąb kuchni. – Może kawałeczek… Już kroję.

Halszka szybko wyszła, zamykając za sobą drzwi. Wyszedł również Mariusz Wejman. Nie patrzyła na niego, nie chciała widzieć, co robi z tą walizką. I nie była pewna, czy słusznie postąpiła. Gdy wróciła z książką, detektyw stał oparty o drzwi z założonymi rękami.

– Może jechać – stwierdził.

– Jeszcze kawałeczek – usłyszała Halszka, wchodząc do kuchni. Dzięglowa kroiła placek z kruszonką.

– Muszą już jechać, ale pani Krysiu, myślę, że znalazłem skarb – powiedział historyk, zajadając ciasto, a kucharka zatrzepotała rzęsami.

 

Wszystkie rozdziały książki Joanny Jodełki pt. "Winna Góra" znajdziecie: tutaj