fot. Dawid Stube

Z Gniezna się wyjedzie, ale ono zawsze w tobie zostanie

Z Anną Lauchsztet, animatorką kultury i przyszłą kuratorką sztuki oraz członkinią gnieźnieńskiego stowarzyszenia Ośla Ławka - o początkach kulturalnej aktywności, pierwszej zorganizowanej wystawie i miłości do Francji, rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak: Jak to się stało, że zamiast jakiegoś bardziej „opłacalnego” kierunku, wybrałaś Wiedzę o teatrze na UAM? W dodatku postawiłaś na specjalizację, która wiąże się z kuratorstwem wystaw, co zdaje się raczej niszową i ryzykowną opcją, jeśli nie ma się gwarancji pracy w jakiejś prestiżowej lub chociaż lokalnej galerii sztuki...

Anna Lauchsztet: Po maturze wybrałam się na bardziej „opłacalny” kierunek, czyli filologię romańską. Nie do końca wiedziałam co chcę studiować, ale stwierdziłam, że znajomość kolejnego języka obcego mi nie zaszkodzi. To był głos rozsądku, ale głos serca wysłał mnie na Wiedzę o teatrze właśnie.

Na studiach mieliśmy dwie specjalizacje do wyboru, w tym Interdyscyplinarne projekty kuratorskie i wtedy sobie uświadomiłam, że to jest właśnie coś, co chciałabym robić. Sama specjalizacja nie zamyka się w obrębie sztuk wizualnych, wybór był dowolny, po prostu mój pierwszy projekt skupiał się na fotografii.

 

Anna Lauchsztet, fot. Dawid Stube

Anna Lauchsztet, fot. Dawid Stube

KKB: Pytam, bo z jednej strony nie wątpię w atrakcyjność podjętych studiów, ale z drugiej strony praca w kulturze ciągle jest niedoceniana, jeśli nie jest się gwiazdą, a ukute już kilka lat temu pojęcie „dziadów kultury” tylko to potwierdza…

AL: Zdaję sobie sprawę, jak wygląda sytuacja, ale też jakkolwiek banalnie to nie brzmi - nie wyobrażam sobie bym mogła robić coś innego.

 

Zawsze ciągnęło mnie do „robienia rzeczy”. Wszelkie działania, które podejmowałam czegoś mnie nauczyły albo pozwoliły mi poznać nowych ludzi.

Najbardziej cenię właśnie to „sieciowanie”, czyli nawiązywanie znajomości, ale też zmienność - z jednej strony działam na podobnych schematach, ale z drugiej zawsze pojawia się element zaskoczenia, nic nie jest takie samo. Przede wszystkim zależy mi na robieniu rzeczy z ludźmi i dla ludzi.

 

KKB: W gnieźnieńskim środowisku jesteś aktywna kulturalnie nie od dziś, a w zeszłym roku jesienią zorganizowałaś wystawę fotografii Mateusza Zubla pt. „Pokrewieństwo” w ramach Festiwalu Nowa Siła Kuratorska. Opowiesz więcej o tym przedsięwzięciu?

AL: Nowa Siła Kuratorska to festiwal organizowany w ramach specjalizacji „Interdyscyplinarne projekty kuratorskie” na studiach Wiedza o teatrze na UAMie. W trakcie studiów przyglądamy się, jak wygląda organizacja wydarzeń kulturalnych, a potem na ostatnim roku prezentujemy efekty swojej pracy.

Projekt przygotowywałam sama, zależało mi na tym by zrobić coś prostego, nie chciałam rzucać się na głęboką wodę. Zaprosiłam Mateusza do współpracy, przedstawiłam mu całą koncepcję, skąd się wziął pomysł, wybraliśmy galerię i krótko po tym zaczął już umawiać się na sesje z modelami i modelkami.

 

KKB: Od początku zamierzałaś pokazać prace właśnie Mateusza? Jak ważny jest w tym wszystkim wątek gnieźnieński?

 

AL: Pamiętam, że kiedy zastanawiałam się kogo zaprosić to Mateusz akurat zaczął publikować zdjęcia na swoim koncie na Instagramie. Potem spotkaliśmy się przypadkiem w jakimś barze i zaprosiłam go do projektu.

 

Zależało mi by pracować z kimś kto nadaje na podobnych falach.

Wątek gnieźnieński bardzo silnie towarzyszył całemu procesowi, część modeli i modelek pochodzi właśnie z Gniezna, Mateusz i ja również stamtąd pochodzimy, a i na wernisażu mieliśmy solidną gnieźnieńską reprezentację. Z Gniezna się wyjedzie, ale to Gniezno zawsze w tobie zostanie.

 

KKB: Jego ekspozycja w odważny i ciekawy sposób przedefiniowuje pojęcie tytułowego „Pokrewieństwa”. A czym Ciebie urzekła i czy byłaby możliwa do pokazania także w Gnieźnie?

AL: Wątek pokrewieństwa jest mi szczególnie bliski, początkowo myślałam o motywie rodzeństwa, ale po obejrzeniu genialnego serialu „Pose” zdałam sobie sprawę, że równie istotni są dla mnie ludzie, których sama sobie wybrałam na rodzinę. Podoba mi się interpretacja Mateusza, pandemia pokrzyżowała plany jeśli chodzi o ilość sesji, ale myślę, że każde zdjęcie ma w sobie coś szczególnego. Nie omawialiśmy  pokazania wystawy w Gnieźnie, ale kto wie, może w przyszłości.

 

KKB: Od wielu lat jesteś też członkinią Stowarzyszenia Ośla Ławka. Co daje Tobie bycie częścią tej organizacji?

Anna Lauchsztet, fot. Dawid Stube

Anna Lauchsztet, fot. Dawid Stube

AL: Dzięki Oślej Ławce poznałam wielu wspaniałych ludzi, część z nich stała się moimi bliskimi przyjaciółmi. To z nimi stawiałam pierwsze kroki jeśli chodzi o organizację wydarzeń, uczyłam się odpowiedzialności, ale też miałam dużo frajdy przy tym wszystkim.

 

Zaczynałam od drobnych zadań jak na przykład rozwieszanie plakatów na mieście, a skończyłam współkoordynując działania na Latarni na Wenei w ostatnim sezonie letnim.

Wszystko stało się bardzo przypadkiem. Ówczesnego prezesa Oślej Ławki poznałam na jakimś wydarzeniu w Gnieźnie i tak jakoś od słowa do słowa zaprosił mnie na spotkanie stowarzyszenia. Myślę, że spotkało mnie duże szczęście, nauczyłam się wiele i stałam się pewniejsza siebie.

 

KKB: Natomiast wśród Twoich zainteresowań możemy też wymienić Francję. Dlaczego akurat ten kraj?

AL: Język francuski stał mi się bliski w okresie liceum dzięki mojej nauczycielce. Biła od niej szczególna energia, która udzielała się nam wszystkim. Francuski się kocha albo nienawidzi, różnie nam było z tym językiem, raz lepiej, raz gorzej, ale to dzięki wyborowi studiów mogłam spędzić pół roku w Paryżu. Pobyt tam zainspirował mnie by pójść na Wiedzę o teatrze.

 

KKB: Czego nauczyłaś się będąc w tym kraju, kogo najbardziej cenisz z tamtejszych twórców, które z dzieł?

AL: Francuzi i Francuzki emanują szczególną pewnością siebie, to w jaki sposób się noszą i jak wyglądają jest naprawdę ciekawe. Wydaje mi się, że mniej cię oceniają, albo po prostu nie dają tego po sobie poznać.

 

Przede wszystkim są bardzo towarzyscy i kiedy tylko pojawi się słońce, zajmują każdy możliwy fragment trawnika w parku.

Natomiast w kręgu moich zainteresowań kulturalnych znajduje się między innymi dadaizm czy teatr absurdu, tutaj szczególnie Samuel Beckett oraz Eugène Ionesco, ale oprócz nich bardzo cenię Yasminę Rezę.

Muzycznie najbliżej mi do rapu, gdzie doceniam utwory takich artystów jak Romèo Elvis czy Lomepal, którzy nie zawodzą też pod względem tworzonych klipów, i tutaj na wyróżnienie zasługuje utwór „Palpal” w wykonaniu Lomepala.

Z kolei z innej bańki muzycznej istotna jest dla mnie postać Angèle, a szczególnie jej utwór „Balance ton quoi”. Utwory francuskojęzycznej Angèle to bowiem coś więcej niż piosenki miłe dla ucha, tylko dzieła zobrazowane genialnymi teledyskami, gdzie w wideo do „Balance ton quoi” widzimy na przykład Akademię przeciwko seksistom, a w utworze „Oui ou non” zostaje wyśmiany sposób działania rynku oraz forma i estetyka reklam.

 

KKB: A jak wyglądają Twoje najbliższe plany?

AL: Trochę żyję w zawieszeniu, pewne plany wyjazdowe musiałam odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Mam kilka pomysłów na przyszły rok akademicki, ale wolałabym nie zapeszać, poza tym do jesieni jeszcze wiele czasu i jest szansa, że wymyślę coś innego. Obecnie staram się za dużo nie planować, żyć tu i teraz, cieszyć się słońcem, spacerami, spotkaniami z przyjaciółmi.