fot. z archiwum rodziny Wieczorków, dziedzice przy stawie na początku lat 40. XX wieku

Za dziedzica

Widząc ekranizację powieści "Noce i dnie", wielu owemu obrazowi życia na folwarku daje wiarę. To dobra recenzja dla obrazu Jerzego Antczaka.

Film jest na tyle przekonujący, że zapomina się o jego kanwie – powieści Marii Dąbrowskiej, córki administratora niewielkiego majątku. 

 

Podobnych majątków, jak ten Bogumiła i Barbary, były na ziemiach polskich tysiące.

Dzieje każdego to dobry materiał na powieść. W majątku Ernesta i Sophie Schloesserów niedaleko Kalisza, również bywały noce i dnie.  Bywały też niedziele, jednak zdarzały się rzadziej, niż w zwykłym kalendarzu…

Soplicowo po niemiecku

Historia majątku ziemskiego w Brzezinach opodal Kalisza to dzieje rodziny ewangelickiej Schloesserów i ich pracy organicznej na pograniczu rosyjsko – niemieckim w wieku XIX i polsko – niemieckim w XX. Pochodzący z Akwizgranu fabrykanci, drogą licytacji nabyli w 1875 roku tzw. Klucz Opatówecki – zespół majątków ziemskich w południowo – wschodniej Wielkopolsce. Ostatnie pokolenie Schloesserów, w tym Ernest, przed 1939 rokiem zerwało z rodzinną tradycją i porzuciło industrię na rzecz pracy w ziemi.

 

Brzezińska rezydencja Schloesserów widziana od strony stawów, fot. archiwum Joachima von Manitiusa

Brzezińska rezydencja Schloesserów widziana od strony stawów, fot. archiwum Joachima von Manitiusa

Brzeziny, po założeniu księgi wieczystej i odłączeniu od macierzy w Opatówku, na początku wieku XX, stały się potężnym gospodarstwem, którego właściciele trudnili się przede wszystkim gospodarką leśną oraz hodowlą ryb i uprawą.

Schloesserowie, w których mentalności mocno odznaczały się ewangelickie postawy, w tym skromność, brak epatowania majątkiem i samodoskonalenie przez rzetelną pracę, stworzyli kanonię niemieckiego domu. Domu, który powstał z przebudowy XIX-wiecznej gorzelni, mimo iż właścicieli Opatówka i Brzezin stać było z powodzeniem na wystawną rezydencję, jakich pełno było na nieodległym Śląsku.

Był więc dwór – serce majątku ziemskiego, liczącego sobie w latach 30. ubiegłego stulecia ponad 3 tyś hektarów. Był przed dworem kwietny klomb, a tuż obok, jak gdyby nieco schowany za zieloną kotarą ruczaju – kierat, do którego zaprzęgano parę najsilniejszych koni.

 

„Na wejściu do pałacu otwierały się szeroko schody zaopatrzone w tynkowaną balustradę (…). Do wnętrza dostawać się mogło swobodnie dużo światła dziennego przez cztery duże okna charakterystycznie dzielone na wiele kwater i drzwi wejściowe dodatkowo zaopatrzone w kolorowe szkło. Dzięki temu dziedziczka z powodzeniem mogła w okresie zimy gromadzić i hodować tutaj swoje ulubione fiołki alpejskie. Latem cała weranda pachniała cytrynami i pomarańczami. Nierzadko udawało się też dziedziczce wychować kwiaty kaktusów; widać je było za szybami, nawet sprzed bramy obejścia dworu. Latem za podlewanie prezentowanych w werandzie oraz tych najpiękniejszych, wystawianych przed pałacem donic z egzotycznymi roślinami, dostawaliśmy od razu z ręki dziedzica trochę orzechów” – wspomina jednak z pracownic Schloesserów.

 

Zaręczyny Ernesta Schloessera z Sophie de domo Schnerr. Atelier Wincentego Borettiego w Kaliszu, rok 1908, fot. z archiwum Joachima von Manitiusa

Zaręczyny Ernesta Schloessera z Sophie de domo Schnerr. Atelier Wincentego Borettiego w Kaliszu, rok 1908, fot. z archiwum Joachima von Manitiusa

Ernest Schloesser i jego żona – Sophie de domo Schnerr, stali się właścicielami majątku Brzeziny w 1909 roku, po zawarciu małżeństwa i przepisie części większego dominium przez Natalję Schloesser na jej syna – wspomnianego wyżej Ernesta.

 

Według wszelkich wspomnień osób pamiętających dziedziców, była to para zakochana w sobie w zupełności. Spełnione uczucie dla jednej i drugiej strony.

Poświadczają to zapiski ich wnuka – Joachima von Manitiusa, którego pamiętniki w znacznym stopniu pomogły w zbudowaniu portretu tej rodziny i za które to zapiski autor niniejszego artykułu składa podziękowania.

W wielu retrospekcjach na temat Schloesserów pojawia się też inny charakterystyczny rys tego małżeństwa, widoczny i zapamiętany przez każdego, kto dzielił z nimi dni na majątku. Była to różnica charakterów, która jednak nie przeszkadzała w trwaniu w małżeństwie w pełnej zgodzie i obopólnym szacunku.

Dziedzic był spokojny do szpiku kości. Mawiano z przekąsem, że by zaburzyć jego spokojny ton głosu i wyważone ruchy, trzeba było napracować się więcej, niż w majątkowym kieracie.

 

Inaczej zapamiętano małżonkę Ernesta, słynącą z cech opozycyjnych do wyżej wymienionych.

Pochodząca z Kalisza Sophie z Schnerrów Schloesserowa słynęła nie tylko z ciętego języka i wymierzania kar, ale też z wielkiego poświęcenia na rzecz majątku. Pracowała fizycznie od rana do obiadu, wymagając od siebie tyle samo, co od swoich pracowników. Dziedzic – książkowy wręcz przykład Pana, czuwał nad swoim dobytkiem, przydzielając pracę w uprzejmy i serdeczny przy tym sposób. Nie stronił od długich rozmów z pracownikami. Chętnie też w dodatkowy sposób wynagradzał ich za trud pracy na rzecz majątku.

Sophie z domu Schnerr - dziedziczka Brzezin, fot. z 1926 roku z archiwum Joachima von Manitiusa

Sophie z domu Schnerr – dziedziczka Brzezin, fot. z 1926 roku z archiwum Joachima von Manitiusa

Dziedziczka, wychowana w tradycji wielkiego poszanowania dla własności, także cudzej, nie uznawała żadnych, nawet dziecięcych wybryków przy tzw. „harendzie”.

 

„Ile jagód się nazrywało z jagodziwia, tyle razy nas dziedziczka karała chłostą” – to kolejna impresja z brzezińskiego majątku.

Praca nieletnich w majątku brzezińskim była urzeczywistnieniem poglądów Ernesta i Sophie Schloesserów o stawaniu się lepszym człowiekiem poprzez pracę. Tak też były wychowywane dwie córki właścicieli majątku – Dagmara oraz Ragna, których nie przyzwyczajono do wygód i wysługiwania się służbą dworską.

 

Obie sumiennie i bez pretensji pracowały u rodziców, którzy wymagali od nich tyle samo, co od zatrudnionych rodzin chłopskich.

Dzieci wstawały o tej samej porze, co rodzice, a więc o piątej rano. W sezonie letnim pracę w majątku zaczynano o godzinie szóstej. Natomiast fornale, by zapewnić koniom wyżywienie i przygotować do pracy w polu, podkuwając je i zaprzęgając – rozpoczynali pracę o godzinie czwartej.

Podczas przerw służba wracała na posiłek do domów, rzadziej urządzając prowizoryczne paleniska, przy których gromadzono się pokaźną liczbą osób. W kuchni dla Państwa zlokalizowanej na pierwszym piętrze pałacu, pracowała Stanisława Baraniecka. Pracy nigdy nie brakowało i przychodziło się do domu na dwukwadransowe przerwy – śniadaniową i obiadową.

 

Zaprzęg chłopski. Zdjęcie z lat 30 XX wieku, fot. ze zbiorów rodziny Marciniak

Zaprzęg chłopski. Zdjęcie z lat 30 XX wieku, fot. ze zbiorów rodziny Marciniak

„Pracowaliśmy codziennie do godzin wieczornych. Dostawaliśmy połowę pensji dorosłych, a fakt pracy wszystkich domowników skutkował podarunkami z rąk dziedziców. Rodzice otrzymywali często dodatkowo fasolę, kaszę, pszenicę, oraz dwa litry mleka. Pewnego razu do ogrodu podczas naszej pracy przyszła dziedziczka z posnutymi pończochami, z których zaczęliśmy żartować. Uwagę Schloesserowej zwróciła moja mama, której dziedziczka w języku polskim odpowiedziała: „I tak wiadomo kim tu jestem” – wspomina dziś ponad dziewięćdziesięcioletnia mieszkanka Brzezin.

Codzienności

W zwyczaju właścicieli Brzezin był podwieczorek. Codziennie o godzinie szesnastej parze małżonków i ich córkom podawano zsiadłe mleko w porcelanowych kubkach. Rozmawiali o wrażeniach z dnia i przeglądali prasę, którą dostarczała poczta.

 

Na werandzie dworu brzezińskiego, lata 30 XX wieku, Ernest i Sophie Schloesserowie, fot. ze zbiorów rodziny Molków

Na werandzie dworu brzezińskiego, lata 30 XX wieku, Ernest i Sophie Schloesserowie, fot. ze zbiorów rodziny Molków

Po podwieczorku dziedzice oddawali się stałemu elementowi rozrywki, jakim było pisanie listów. Poczta z Brzezin szła do Opatówka, Kalisza, Ozorkowa, Łodzi i Wrocławia – do krewnych i partnerów w biznesie.

Wieczorami, po kolacji, kiedy ruch w pałacu ustawał, panienki chętnie wypuszczały z klatki żółwie hodowlane, dokarmiając je mleczem. Zajmowano się także amatorską hodowlą żab słodkowodnych, dla których pokarm łapały pokojówki wraz ze służbą. 

Przyjęcie w pałacu było zadaniem sprawdzającym organizację jego właścicieli oraz służby. W tych dniach dziedziczka wydawała polecenia od wpół do ósmej rano, by jak najlepiej ugościć przybyłych. Szykowano odpowiednią zastawę, właściwą dla rangi wizytujących pałac, cięto najokazalsze kwiaty z oranżerii, by ozdobić nimi pomieszczenia.

W kuchni dworskiej znajdował się trójkomorowy zlew, szeroki na całą ścianę w którym zmywano, płukano i wykładano brudne naczynia. Zlokalizowany pośrodku pomieszczenia piec z brązowych kafli posiadał 8 palenisk z tzw. fajerkami. Dzieli się wspomnieniami pani Kunegunda Marciniak:

 

Na stawie przed dworem brzezińskim, fot. z archiwum Joachima von Manitiusa

Na stawie przed dworem brzezińskim, fot. z archiwum Joachima von Manitiusa

„Wraz z pozostałą służbą pracującą w pałacu upodobaliśmy sobie jako miejsce spożywania posiłków stół przy oknie z widokiem na przydworski staw, jednakże można było nam przy nim zasiadać tylko wtedy, kiedy w pałacu nie przebywali jego właściciele. W przeciwnym razie przechodziliśmy do małego pokoiku nazywanego „przyrządzalnią”. Pierwszeństwo w korzystaniu z urokliwego miejsca z widokiem na wielki staw przysługiwało lokajowi. Widywaliśmy nader często krzątającą się po kuchni starszą córkę dziedziców – Dagmarę, której ulubionym przysmakiem był chleb z masłem i miodem”.

 

Do najznamienitszych gości, którzy odwiedzali brzezińską rezydencję, należeli: biskup kaliski Stanisław Zdzitowiecki, czołowi przedstawiciele wojska polskiego, kolejni pastorzy parafii ewangelickiej w Sobiesękach, a także władze powiatu kaliskiego.

Przed zapadnięciem zmroku bardzo chętnie urządzano rejsy łodzią po stawie. Inne zbiorniki wodne należące do Schloesserów – stawy w Chodobie i Fajum – służyły hodowli ryb. W ich łowieniu uczestniczyła sama dziedziczka, która pilnowała, by nikt – zarówno z pracowników, jak i kupujących – nie przywłaszczył sobie jej mienia.

Innym sposobem spędzania wolnego czasu były rozgrywki w tenisa. Nieopodal pałacu znajdował się prywatny kort, z którego chętnie korzystali zarówno ojciec, córki, jak i zarządca majątku – pan Strzelecki. Była to też okazja dla najmłodszych pracowników majątku. Dziedzic chętnie nagradzał małoletnich orzechami i rzadziej cukierkami – za podawanie piłki i napojów oraz wymianę rakiet. 

Reqiem dla niemieckiego ziemiaństwa

Kryzys światowy lat trzydziestych nie wpłynął znacząco na Brzeziny. Właściciele majątku odczuli jedynie spadek obrotu drewnem. Gospodarka leśna jednak nie upadła, a jedynie zwolniła.

 

Mercedes należący do dziedziców, fot. ze zbiorów rodziny Wieczorków

Mercedes należący do dziedziców, fot. ze zbiorów rodziny Wieczorków

„Z powodu obecnego kryzysu gospodarczego, prosiłbym wydane pozwolenie na zalesienie rozłożyć na przeciąg 5 lat, z tem aby akcję zalesiania rozpocząć wiosną 1936 roku, w celu wykorzystania posiadanego we własnych rozsadnikach sadzonek sosny, a także wykorzystania łatwości najmu siły roboczej, co przyczyni się jednocześnie do częściowego zmniejszenia okolicznego bezrobocia. […]” – list Ernesta Schloessera, Brzeziny dn. 30 września 1935 roku.

 

Wojska hitlerowskich Niemiec wkroczyły do Brzezin 3 września 1939 roku. Były to oddziały szturmowe 24 dywizji gen. Olbrichta. Już w niedzielę, 2 września, wysadzono dwa główne mosty na południu w Grabowie i tuż przy pałacu brzezińskim, odcinając drogę w kierunku północno – zachodnim.

Przed zajęciem Brzezin przez 32 pułk piechoty Wehrmachtu, spalono kilka pobliskich wsi, m.in. Ostrów Kaliski. Dokonano także pierwszego masowego mordu na ludności cywilnej, zabijając na tym terenie siedemnaście osób.

 

Dwór w Brzezinach od strony bramy wejściowej, fot. z archiwum Joachima von Manitiusa

Dwór w Brzezinach od strony bramy wejściowej, fot. z archiwum Joachima von Manitiusa

Bezpieczne miejsce, jakim był pałac przez okres rządów nazistowskich, zapewne stałoby się miejscem masowej egzekucji jego mieszkańców z chwilą wkroczenia do Brzezin armii czerwonej.

Dziedzicowi i jego małżonce, uciekającym w stronę Grabowa, 19 stycznia 1945 roku towarzyszyły najbardziej oddane osoby z ich majątku. Pośród nich Stolarek, Wieczorek i Kuświk.

Prócz najbardziej wartościowych rzeczy – pamiątek, kolekcji, darów i prezentów, takich jak porcelana, czy biżuteria – zdążono spakować dokumenty, akty własności i polecenia wypłat z kont bankowych, które zamierzano zrealizować we Wrocławiu.

 

Ucieczka z miejsca długoletniego zamieszkania i przyczyna, która do niej doprowadziła, najwyraźniej odsłoniła stare rany w psychice Ernesta Schloessera, doświadczonego w przeszłości przez wojska rosyjskie w I wojnie światowej. Już na terytorium upadającej Rzeszy Niemieckiej odebrał on sobie życie.

Na docelowe miejsce, do miejscowości Sundern, zaprzęg dotarł po kilku tygodniach. Na powrót do Brzezin leżących już w innej Polsce, zdecydowało się potem kilku pracowników dworu Schloesserów.

 

„Ponieważ od sierpnia 1944 roku codziennie koło nas maszerowały wojska, niekiedy 2,3 razy dziennie, a od nas 20 – 24 km na wschód był teren, dokąd uciekano, powiedzieliśmy sobie, że trzeba mieć wszystko pod ręką, również leki, środki pierwszej pomocy. Po tym, jak się skończyło bombardowanie, widzieliśmy liczne samochody jadące z kierunku Łodzi. Byliśmy w pokoju, myśleliśmy, co powinniśmy zrobić, postanowiliśmy w końcu, że ojciec nasz powinien jechać jutro do Kalisza, odwiedzić tam naszych znajomych, poszukać wyjścia z sytuacji, wspomóc ich i oczekiwać również pomocy, powiedzieć jakie jest położenie. Był ciągle pełen nadziei. 12.01 powiedział mi, że linia frontu jest blisko. 13.01 jechał z adiutantem i 20.01 przyjechał do Ozorkowa. Tam był jego oddział [nieczytelne], w pałacu rodzinnym Twojego dziadka. W tym czasie, do południa 17.01 przybyło do nas SS-komando i kazało nam być gotowymi do ucieczki, gdy zostanie wydany rozkaz. 7 wozów zostało dla nas przygotowanych, wszystkie pozostałe, oraz konie zostały zabrane dla innych uchodźców. Nie może zostać żadna „niemiecka krew” – tak mówili. Jeśli nie posłuchamy – zginiemy. Po powrocie Twojego ojca, zaczęły się przygotowania do ucieczki. 4 wozy i jeden zakryty dla matki i nas dzieci zostały przygotowane i załadowane. 11 koni zostało zaprzęgniętych. Jakie szczęście, że mieliśmy żelazo na podkowy. W takim śniegu i ślizgawicy jak wtedy nie przeszlibyśmy zamierzonej drogi. Było – 15st mrozu. Przede wszystkim częsta moja myśl, że muszę porzucić moją ukochaną ojczyznę. Na wschodzie widać było gorejące niebo od łun pożarów i słychać było kanonady.”

Fragment przetłumaczonego pamiętnika
Siegmunda von Manitiusa z czasu ucieczki z Polski.
Własność – Joachim von Manitius.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
6
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0